zwierzęta domowe


Kiedy nie zajmuję się niczym konkretnym, opowiadam sobie historie albo prowadzę w myślach rozmowy. Niestety często wyobrażam sobie sytuacje irytujące i nieprzyjemne i potem chodzę wkurzona.

Dziś wieczorem, wracając po angielskim do domu, byłam trochę smutna, więc zaczęłam sobie wyobrażać, że w moim życiu zaszły niespodziewane zmiany i oto po sześciu latach mieszkam w Australii, gdzieś pod - chwileczkę, rzucę okiem na mapę - gdzieś pod Wagin (naprawdę mają takie miasto).
Którejś soboty idę na spacer. Na pustynię, czy co tam się nieopodal Wagin znajduje. Spaceruję po tym australijskim stepie i rozkoszuję się dziką przyrodą. Dookoła skaczą kangury, bardzo wysoko, wombaty śpią w krzakach, a elefanty chodzą. Mijam wioskę Eufagów - podobnych do ludzi trójokich istot, które jedzą tylko to, co smaczne, w związku z czym grozi im wyginięcie; Eufagowie są przyjaźni i, jak ze wszystkimi inteligentnymi stworzeniami w kosmosie, bez problemu można się z nimi porozumieć po amerykańsku. Mijam łąkę, na której pasą się jednosorożce. Trawy falują na wietrze, na niebie wyświetla się zorza polarna…

(Oczywiście opowiadałam sobie zupełnie inną historię, ale nie będę przecież publikować na blogu historii, które sobie naprawdę opowiadam.)

WTEM, na krętej ścieżce pośród tych jedwabistych traw, natykam się znienacka na dawnych znajomych, jeszcze z Polski, Iksa i Igreka. Jesteśmy wszyscy bardzo zaskoczeni.
- Iks! Igrek! - wykrzykuję. - Nigdy bym nie pomyślała, że spotkamy się kiedyś w takim miejscu!

I wtedy przypominam sobie mgliście, że kilka lat temu, chyba tego samego dnia, kiedy wyjmowano mi szwy po wyrwaniu ósemki, wracając po angielskim do domu, wyobrażałam sobie, że mieszkam w Australii pod Wagin i którejś soboty w rezerwacie Eufagów niespodziewanie spotykam Iksa i Igreka.

zwierzęta domowe


Sklep rybny był koło szewca, w podwórku. Zapach ryb mieszał się z zapachem kleju. Karpie pływały w prostokątnej metalowej kadzi. Wystawiały pyszczki nad powierzchnię wody i poruszały nimi, jakby coś bezgłośnie mówiły. Starsza z moich młodszych sióstr i ja mogłyśmy patrzeć na nie godzinami.
Przed świętami przychodziliśmy tam z wiaderkiem. Sprzedawca wyławiał karpia siatką jak na motyle. Przez parę dni karp pływał w dużej blaszanej balii. A potem rodzice go uwalniali. Wypuszczali do rzeki.
Jakoś nie myśleli o tym, że karpie żyją w stawach.

zwierzęta domowe


Wyszłam z domu chwilę przed zmierzchem. Od ganku do bramy prowadziły kocie ślady odciśnięte w głębokim śniegu. Miasto było puste, chodniki i ulice zaśnieżone - dziś rano nikt ich nie sprzątał.
Potrzebowałam maści cynkowej. Nie spodziewałam się, że apteka będzie otwarta, ale była. Chłopak, który przyszedł chwilę po mnie, kupował Alka-Seltzer. Aptekarz mówił cicho i powoli.
Kiedy wracałam, w niebo wystrzeliwały resztki fajerwerków.

zwierzęta domowe


Zimą znajdują sobie miejsca chłodne, ciemne i ustronne. Układają się jedna obok drugiej, w kręgi, półkola, szeregi - znaki diabelskich alfabetów. Czarne, tłuste, połyskliwe. Śpią. Półprzejrzyste skrzydełka drżą w powiewach cieplejszego powietrza.

A ja siedzę przy kominku, czyszczę pokryte zaciekami soli buty i mamroczę strasznym gardłowym głosem: Muszki, muszki, moje służki…

Jeśli nie dasz mi wina - mówię do mamy - to je obudzę…

zwierzęta domowe


- Opowiedzieć ci coś strasznego? - zapytała niedawno młodsza z moich młodszych sióstr.
- Opowiedz.

Ludwik podarował jej swego czasu dwie myszki japońskie, samiczki. Ostatnio zaczęły się dziwnie zachowywać. Chowały się po kątach klatki, wytrzeszczały oczy, dygotały. Po kilku dniach jedna zdechła, a druga wpełzła do zainstalowanego w klatce drewnianego domku i długo nie wychodziła. Gdy wreszcie zaniepokojona siostra podniosła daszek, zobaczyła swoją mysz z dziewięciorgiem szarych mysząt.
Minęło parę dni. Którejś nocy siostra usłyszała, że w mysim domku coś hałasuje. Kiedy podeszła, żeby zajrzeć do środka, z klatki czmychnęła dzika mysz.

Pod nieobecność siostry karmiłam myszkę pokruszonym chlebem. Czułam się wtedy nieswojo. Myślałam o złu, które się wydarzyło. Młode cichutko popiskiwały w trocinach. Nie byłam ciekawa, jak wyglądają.
Potem, kiedy otworzyły im się oczy i uszy, zaczęły wychodzić na zewnątrz i przeciskać się między prętami. Zanim włożyłam klatkę do wysokiego tekturowego pudła, dwie myszki uciekły. Jedną złapałam, druga pobiegła do pokoju obok. Szukałam, nie udało mi się jej znaleźć.

Siostra wróciła i przeniosła całą zawartość klatki do pudła. Myszki biegały, właziły jedna na drugą i zagrzebywały się w trocinach. Zaniepokojona matka bez przerwy je odkopywała.
Weterynarz powiedział, że młode są dzikie i nie uda się ich oswoić. Trzeba odczekać jeszcze ze dwa tygodnie, żeby dorosły, a potem wywieźć co najmniej dziesięć kilometrów od domu i wypuścić na wolność. Przed upływem tygodnia przegryzły się przez tekturę i rozbiegły po pokoju. Siostra złapała wszystkie i wywiozła na górki nad zalewem.

Minął mniej więcej miesiąc. W sieni zaczęło śmierdzieć. Z początku myślałam, że coś psuje się w lodówce. Sprawdziłam. Nic się nie psuło. Stwierdziłam, że to śmieci i wyniosłam je na zewnątrz. Nie pomogło. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Coś zdechło pod schodami. Śmierdziało padliną. I było coraz gorzej. Dławiący, słodkawy odór wpełzał po schodach do mansardy, w której suszymy pranie. Przechodząc tamtędy trzeba było wstrzymywać oddech.

W czwartek wieczorem siostra zapowiedziała, że następnego dnia sprawdzi, co tam jest. Spojrzałam na nią ponuro:
- Pewnie coś dużego…
W piątek po południu zadzwoniła. Pod schodami stoi wysoka kamionkowa kadź. I w tej kadzi siostra znalazła gnijące zwłoki małej szarej myszki.

zwierzęta domowe


Kiedyś mieszkałam z babcią, przez jakieś dwa lata.
Babcia ma psa, Kwarka. Kupuje mu w sklepie z artykułami dla zwierząt różne obrzydlistwa. Suszone mięśnie, tchawice, przełyki, uszy. Cuchnące. Zwłaszcza kiedy pies już je obślini i przeżuje.
Któregoś razu w sklepie z tym ohydztwem babcia zauważyła suszone wołowe penisy. Jest bardzo pruderyjna, więc najpierw wstydziła się nawet o tym myśleć. Potem postanowiła jednak je kupić. Nie była wstanie wymówić strasznego słowa “penisy”, więc posłużyła się fortelem. Zapytała sprzedawczynię: “Co to jest to?”. Sprzedawczyni odpowiedziała. “A to?” Sprzedawczyni odpowiedziała. “A to?” … “To poproszę to”.
Babcia bez przerwy mówi do swojego psa i często używa zdrobnień. I mówiła do niego czasami: “Kwarkulku, chodź, dostaniesz wołowe peniski”. A ja się wtedy denerwowałam, bo bardzo nie lubię zdrobnień, i pytałam, czy ma też krowie waginki.