zło


Zimą znajdują sobie miejsca chłodne, ciemne i ustronne. Układają się jedna obok drugiej, w kręgi, półkola, szeregi - znaki diabelskich alfabetów. Czarne, tłuste, połyskliwe. Śpią. Półprzejrzyste skrzydełka drżą w powiewach cieplejszego powietrza.

A ja siedzę przy kominku, czyszczę pokryte zaciekami soli buty i mamroczę strasznym gardłowym głosem: Muszki, muszki, moje służki…

Jeśli nie dasz mi wina - mówię do mamy - to je obudzę…

zło


Kiedy miałam jakieś  cztery, może pięć lat, jedną z moich ulubionych dobranocek była Pszczółka Maja.
Po każdym odcinku rodzice opowiadali mi swoją wersję. W tej alternatywnej dobranocce występowała antagonistka Pszczółki Mai - Osa Kosa. Niebezpieczna, zła i okrutna. Robiła Mai różne świństwa, uprzykrzała życie, pragnęła jej śmierci.
Zazwyczaj, chociaż działy się rzeczy przerażające, to jednak wszystko kończyło się dobrze. Ale któregoś razu rodziców poniosło. Opowiedzieli mi o tym, jak Osa Kosa zabiła Gucia. Złapała, poddała najstraszliwszym torturom, a na koniec zabiła. Zrozpaczona Pszczółka Maja włożyła zmasakrowane zwłoki przyjaciela do pudełka po zapałkach i zalewając się łzami, zaczęła kopać grób…
No i nie wiem, co było dalej, bo w tym momencie wybuchnęłam płaczem, zrobiłam awanturę z krzykiem i tupaniem i kazałam rodzicom wszystko odkręcić.

[Kadr z Pszczółki Mai skopiowałam bez pytania z bloga wspomnieniostan.]

zło


- Opowiedzieć ci coś strasznego? - zapytała niedawno młodsza z moich młodszych sióstr.
- Opowiedz.

Ludwik podarował jej swego czasu dwie myszki japońskie, samiczki. Ostatnio zaczęły się dziwnie zachowywać. Chowały się po kątach klatki, wytrzeszczały oczy, dygotały. Po kilku dniach jedna zdechła, a druga wpełzła do zainstalowanego w klatce drewnianego domku i długo nie wychodziła. Gdy wreszcie zaniepokojona siostra podniosła daszek, zobaczyła swoją mysz z dziewięciorgiem szarych mysząt.
Minęło parę dni. Którejś nocy siostra usłyszała, że w mysim domku coś hałasuje. Kiedy podeszła, żeby zajrzeć do środka, z klatki czmychnęła dzika mysz.

Pod nieobecność siostry karmiłam myszkę pokruszonym chlebem. Czułam się wtedy nieswojo. Myślałam o złu, które się wydarzyło. Młode cichutko popiskiwały w trocinach. Nie byłam ciekawa, jak wyglądają.
Potem, kiedy otworzyły im się oczy i uszy, zaczęły wychodzić na zewnątrz i przeciskać się między prętami. Zanim włożyłam klatkę do wysokiego tekturowego pudła, dwie myszki uciekły. Jedną złapałam, druga pobiegła do pokoju obok. Szukałam, nie udało mi się jej znaleźć.

Siostra wróciła i przeniosła całą zawartość klatki do pudła. Myszki biegały, właziły jedna na drugą i zagrzebywały się w trocinach. Zaniepokojona matka bez przerwy je odkopywała.
Weterynarz powiedział, że młode są dzikie i nie uda się ich oswoić. Trzeba odczekać jeszcze ze dwa tygodnie, żeby dorosły, a potem wywieźć co najmniej dziesięć kilometrów od domu i wypuścić na wolność. Przed upływem tygodnia przegryzły się przez tekturę i rozbiegły po pokoju. Siostra złapała wszystkie i wywiozła na górki nad zalewem.

Minął mniej więcej miesiąc. W sieni zaczęło śmierdzieć. Z początku myślałam, że coś psuje się w lodówce. Sprawdziłam. Nic się nie psuło. Stwierdziłam, że to śmieci i wyniosłam je na zewnątrz. Nie pomogło. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Coś zdechło pod schodami. Śmierdziało padliną. I było coraz gorzej. Dławiący, słodkawy odór wpełzał po schodach do mansardy, w której suszymy pranie. Przechodząc tamtędy trzeba było wstrzymywać oddech.

W czwartek wieczorem siostra zapowiedziała, że następnego dnia sprawdzi, co tam jest. Spojrzałam na nią ponuro:
- Pewnie coś dużego…
W piątek po południu zadzwoniła. Pod schodami stoi wysoka kamionkowa kadź. I w tej kadzi siostra znalazła gnijące zwłoki małej szarej myszki.

zło


W komentarzu do notki w samolocie Iwasz napisał, pozwolę sobie przytoczyć:
To słuchaj tego: teściowa ostatnio wracała z wakacji samolotem. W pewnym momencie kazano wszystkim zapiąć pasy i się nie stresować, bo nic takiego się nie dzieje. Potem poleciał dym z silnika, a samolot zaczął zawracać i zmniejszać pułap. Przez jakiś czas spuszczał paliwo do morza, a potem wylądował. Na lotnisku pełno karetek, etc. Ludzie mdleli i płakali.
Nic takiego się nie dzieje. Pewnie. Wygląda na to, że w samolotach po prostu nigdy nic takiego się nie dzieje. Ani takiego, ani w ogóle nic złego.

Na przykład się nie umiera. Wiem od Michała. Bo Mistrz Instrukcji Bezpieczeństwa na tej samej imprezie, na której zrobił furorę odgrywając swój show, zdradził też kilka zawodowych tajemnic. Na przykład, że jeśli na pokładzie samolotu ktoś umrze (a to się zdarza, to znaczy oczywiście nigdy się nie zdarza, ale jak jest ktoś starszy, chory na serce albo coś, i jeszcze te wszystkie zmiany ciśnienia - no, może być różnie), to wtedy stewardesa przesadza pasażera z sąsiedniego fotela na inne miejsce - ten pan się źle poczuł, muszę się nim zająć, pozwoli pan - a potem opatula trupa kocykiem, siada obok i do końca podróży trzyma go za rękę. Bywa, jeżeli lot jest długi, że takiemu nieboszczykowi, siedzącemu dla niepoznaki z pochyloną głową, robią się na twarzy plamy opadowe. To nic takiego. Trochę gorzej się poczuł. Stewardesa zakłada mu maskę tlenową.

Ale może nie wszystkich się oszukuje. Może niektórzy mają dostęp do prawdy.
- Stał między fotelami - opowiadam Michałowi o pokazie Mistrza. - Plecami do zasłonki oddzielającej pierwszą klasę od drugiej…
- Bo to jest takie mydlenie oczu - mówi Michał. - Dla plebsu. W business class tego nie pokazują.