z dzieciństwa


Nie lubiliśmy, kiedy Dorośli byli zbyt blisko. Ze swoimi głupimi nakazami i zakazami tylko nam przeszkadzali. Oni chyba też woleli, żebyśmy trzymali się od nich z daleka. Mówili często „Dzieci do dziecinnego”, „Dzieci do ogrodu” albo „Dzieci na Madagaskar”.
Ale kiedy Dorosłych nie było, kiedy byli pijani albo kiedy spali, czuliśmy się źle. Traciliśmy poczucie bezpieczeństwa. I nie chodziło o strach przed złodziejami i potworami. Z nimi byśmy sobie poradzili. Chodziło o coś dużo poważniejszego - bez Dorosłych rzeczywistość się rozmywała. Usuwała nam się spod stóp. Czuliśmy, że nikt jej nie kontroluje. Jacy by nie byli, Dorośli stanowili jednak gwarancję porządku świata.

Filmy i książki dla dzieci wywoływały we mnie zazwyczaj nieprzyjemny niepokój właśnie dlatego, że bohaterowie większości z nich chociaż byli dziećmi, to nie mieli mamy i taty. Weźmy choćby dobranocki - taki na przykład miś Uszatek. Dzieckiem był ewidentnie, bo wcześnie kładł się spać i spał w piżamie (Dorośli, jak wiadomo, śpią na golasa). A Reksio? A Pszczółka Maja? Smerfy wreszcie? I Kolargol też - chodził nawet do przedszkola. A rodzice gdzie? Widział ktoś kiedyś jego rodziców?
Przedszkole w dodatku nie miało ścian, dachu i podłogi. O ile dobrze pamiętam, były to po prostu stoliki i krzesełka ustawione w lesie.
Bohaterów książek i filmów dla dzieci często przedstawia się bez tła. Stoi taka mama Muminka z patelnią, podrzuca naleśnik - ale wokół jest tylko biała kartka. Żadnej kuchenki, zlewu, stołu, nic! Straszliwa pustka.

Wstawaliśmy zwykle wcześniej niż Dorośli. Te poranki były zawieszone w próżni, przesiąknięte trudną do zniesienia niepewnością, właśnie jakby pozbawione tła. Wiedzieliśmy, że dopóki Oni nie wstaną, życie będzie tkwiło w miejscu. Musieliśmy ich budzić. Nie lubiliśmy tego robić, bo się wtedy gniewali, ale nie było innego wyjścia.
Zaczynaliśmy od budzenia niechcący. Zachowywaliśmy się hałaśliwie, trzaskaliśmy drzwiami, odkręcaliśmy wodę. Jeśli to nie skutkowało, właziliśmy rodzicom do łóżka, szturchaliśmy ich i powtarzaliśmy cichutko „Wstawajcie”.

Raz posunęłam się jeszcze dalej i delikatnie otworzyłam oko mamy. Ku swojemu zdumieniu zamiast tęczówki zobaczyłam białko. Wtedy zrozumiałam, że kiedy człowiek śpi, gałka oczna obraca się o sto osiemdziesiąt stopni - oko patrzy do środka, w głąb mózgu. I widzi sny.

z dzieciństwa


Opowiadałam Adamowi, że kiedy byłam mała, mówiłam o sobie w drugiej osobie liczby pojedynczej. Pewnie dlatego, że inni tak się do mnie zwracali. Jesteś głodna, zbudowałaś zamek, musisz iść spać, i tak dalej.
A kiedy robiłam coś obrzydliwego i Dorośli prosili, żebym przestała, odpowiadałam z obleśnym uśmiechem: “Lubisz to robić”.

Chwilę później do naszego pokoju weszła szefowa. Akurat obydwoje rozmawialiśmy przez telefon.
- A, rozmawiasz - powiedziała szefowa. - To potem do ciebie przyjdę.
- Do kogo? - spytałam Adama, kiedy wyszła.
Adam wzruszył ramionami:
- Do ciebie.
Szefowa wróciła po paru minutach.
- Przyszłaś do ciebie? - zapytałam.

Niedługo potem pojawił się Darek. Mieliśmy iść razem do Uli.
- Zadzwoniła do mnie Ula - oznajmił - i powiedziała “Najpierw ty”.
- “Najpierw ty”?
- Tak.
- Ale kto?
- “Ty”.
- Ty?

z dzieciństwa


Sklep rybny był koło szewca, w podwórku. Zapach ryb mieszał się z zapachem kleju. Karpie pływały w prostokątnej metalowej kadzi. Wystawiały pyszczki nad powierzchnię wody i poruszały nimi, jakby coś bezgłośnie mówiły. Starsza z moich młodszych sióstr i ja mogłyśmy patrzeć na nie godzinami.
Przed świętami przychodziliśmy tam z wiaderkiem. Sprzedawca wyławiał karpia siatką jak na motyle. Przez parę dni karp pływał w dużej blaszanej balii. A potem rodzice go uwalniali. Wypuszczali do rzeki.
Jakoś nie myśleli o tym, że karpie żyją w stawach.

z dzieciństwa


Są takie wspomnienia z dzieciństwa, dla których nie zostało rozstrzygnięte, czy należą do starszej z moich młodszych sióstr, czy do mnie. Czasami się o to kłócimy. Rodzice, świadkowie tamtych zdarzeń, wiadomo: są stronniczy (oczywiście tylko wtedy, gdy przyznają rację siostrze). Dlatego nie wiem, która z nas mówiła na koty “nionio” i która asystowała pradziadkowi przy porannym goleniu a potem jadła z nim jajecznicę.

Nie wiem też, która z nas dzieliła wszystkie żywe stworzenia na dwie grupy: “gizące i scypiące” oraz pozostałe, i gdy natykała się na jakąś nieznaną istotę, zaczynała od przypisania jej do jednej z tych kategorii.
Któregoś razu właśnie ta z nas miała nocować u babci. Nad łóżeczkiem wisiał obrazek.
- Kto to jest? - zapytała właśnie ta z nas.
- Matka Boska - opowiedziała babcia.
- Giząca i scypiąca?

z dzieciństwa


img379Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to - tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych - rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.

Czarny obszar w górnej części rysunku to mózg. To, że mózg jest w głowie, też nietrudno stwierdzić - doświadczenie poucza, że myśli znajdują się w głowie; Dorośli mówią, że myśli są wytwarzane przez mózg; zatem mózg jest w głowie.

Sformułowałam też kilka istotnych tez dotyczących życia płodowego człowieka. Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). “Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).
Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.

Potem natrafiłam na problemy nieco subtelniejszej natury. Dotarły do mnie wzmianki o duszy, czyli niewidzialnej części człowieka, która nigdy nie umiera, a po śmierci ciała idzie do nieba, czyśćca lub piekła, w zależności od tego, czy dana osoba była grzeczna, czy nie.
Wcześniej sądziłam, że człowiek to ciało, ale z tych nowych informacji wynikało, że człowiek to raczej dusza albo ciało i dusza połączone ze sobą w jakiś sposób. Dorośli mówili, że dusza jest najważniejszą częścią człowieka, ale proszeni o udzielenie dokładniejszych informacji mówili niejasno i trochę się plątali, więc szczegóły musiałam ustalić sama.
Nie było to łatwe. No bo tak: najważniejsza część człowieka, na przykład mnie, to ja. Ja to jest to, co myśli. Jeśli, jak można było wnosić z wypowiedzi Dorosłych, człowiek jest duszą, to albo dusza jest mózgiem (bo, jak pamiętamy, myśli są wytwarzane przez mózg), albo znajduje się w mózgu i tak naprawdę to ona wytwarza myśli. Jednakże dusza nie może być mózgiem, ponieważ jest niewidzialna. Zatem jeżeli człowiek jest duszą, to dusza znajduje się w mózgu. Jeśli człowiek jest połączeniem duszy i ciała, to sprawa przedstawia się o wiele prościej - dusza znajduje się wewnątrz ciała, stanowi jego niewidzialną kopię i szczelnie je wypełnia. Początkowo przyjęłam właśnie tę koncepcję - choć w późniejszym okresie skłonna byłam twierdzić, że dusza znajduje się w lewym ramieniu - ale z czasem odrzuciłam ją na rzecz twierdzenia o duszy znajdującej się w mózgu.

A potem poszłam do szkoły.
Ala ma kota.

z dzieciństwa


Kiedy miałam jakieś  cztery, może pięć lat, jedną z moich ulubionych dobranocek była Pszczółka Maja.
Po każdym odcinku rodzice opowiadali mi swoją wersję. W tej alternatywnej dobranocce występowała antagonistka Pszczółki Mai - Osa Kosa. Niebezpieczna, zła i okrutna. Robiła Mai różne świństwa, uprzykrzała życie, pragnęła jej śmierci.
Zazwyczaj, chociaż działy się rzeczy przerażające, to jednak wszystko kończyło się dobrze. Ale któregoś razu rodziców poniosło. Opowiedzieli mi o tym, jak Osa Kosa zabiła Gucia. Złapała, poddała najstraszliwszym torturom, a na koniec zabiła. Zrozpaczona Pszczółka Maja włożyła zmasakrowane zwłoki przyjaciela do pudełka po zapałkach i zalewając się łzami, zaczęła kopać grób…
No i nie wiem, co było dalej, bo w tym momencie wybuchnęłam płaczem, zrobiłam awanturę z krzykiem i tupaniem i kazałam rodzicom wszystko odkręcić.

[Kadr z Pszczółki Mai skopiowałam bez pytania z bloga wspomnieniostan.]

z dzieciństwa


W starym domu w P-nie jest dużo luster. W drzwiach dwu szaf pionowe, na całą wysokość. W trzydrzwiowej owalne, w bieliźniarce prostokątne. Oba kryształowe, trochę zmętniałe, ze ściętymi krawędziami, w których załamuje się obraz i rozszczepia światło. (Trzecie takie, wymontowane z toaletki prababci, miałam kiedyś w pokoju.) W łazience poziome, przez całą długość ściany, zielonkawe. U młodszej z moich młodszych sióstr pionowe średniej wielkości. Trochę krzywe, z jednej strony pogrubia. Na stole trzymam małe prostokątne, którego pradziadek używał rano przy goleniu.

U babci, tej, z którą przez jakiś czas mieszkałam, lustra są tylko trzy, wszystkie małe. Kiedy babcia szczotkuje włosy szczotką jak do butów, staje przed tym w przedpokoju i zamyka oczy. Zaciska z całej siły. Mówi, że nie chce robić sobie przykrości.

Kiedy byłam dzieckiem, powtarzała: “Nie patrz w lustro, bo zobaczysz diabła”.
Brzmiało obiecująco, więc wpatrywałam się w lustro godzinami. Czekałam. Pewnie nie pojawia się tak od razu.  Zastanawiałam się - czy zobaczę go za swoimi plecami? Czy raczej wyjrzy z lustra jak z okna? A może po prostu zamiast własnej twarzy zobaczę jego twarz? Czy będzie to znaczyło, że jestem diabłem albo właśnie się nim stałam?

Przeglądam się we wszystkim, w czym przejrzeć się można. W lustrach, szybach wystawowych, lusterkach wstecznych, ciemnych oknach.
Jeszcze go nie widziałam. Tak mi się przynajmniej wydaje.

z dzieciństwa


Kiedy byliśmy dziećmi, wielki ogród w P-nie był dużo bardziej uporządkowany. Pradziadek gracował ścieżki, kosił trawniki, pielęgnował róże i wyrywał chwasty, a na gałęziach czereśni wiązał czerwone szmatki, które miały odstraszać szpaki. Czasami wieszał banany na winorośli albo kładł arbuzy w pokrzywach i tłumaczył, że tam najlepiej rosną.

Dzikie były tylko niektóre rejony, w dole, gdzie ogród rozrastał się chorobliwie, z siatki zwieszały się jakieś pnącza, a w najwyższych chaszczach Dorośli hodowali marihuanę. “To? To taka egzotyczna przyprawa. Tylko nie mówcie dziadzi.” (Pradziadek miał przed wojną skład apteczny, nie dałby się nabrać.)

W tej części zainstalowaliśmy sobie na drzewach ławki i windy, zbudowaliśmy szałas, dookoła wykopaliśmy pułapki. Pułapki były naprawdę niezłe. Kopało się dołek, niezbyt szeroki, tyle, żeby się noga zmieściła, głęboki na jakieś trzydzieści centymetrów, na górze układało się kratownicę z kruchych badyli, na kratownicy zeschłe liście i to wszystko przysypywało się cienką warstwą ziemi. Raz w taką pułapkę wpadł ojciec. Nawet się nie pogniewał, bo był naprawdę pod wrażeniem - zapytał, czy nie moglibyśmy zrobić takich samych wzdłuż ogrodzenia.

Oprócz prac inżynierskich mieliśmy i inne zajęcia. Zakładaliśmy bandy, w których przeważnie było dwóch dowódców (Iwasz i ja) oraz kuchcik (starsza z moich młodszych sióstr). Bandy się rozpadały, dzieliły na frakcje. Bywało, że siostra zakładała swoją, przeciwko nam. Albo Iwasz z siostrą przeciwko mojemu przyjacielowi Krzysiowi (banda nazywała się PK, co było skrótem od “Przeciwko Krzyśkowi”). Opracowywaliśmy szyfry i alfabety. Mieliśmy hasła, flagi i wymyślne rytuały inicjacyjne (np. bieganie w samych majtkach przez pokrzywy, siostra chyba do dziś mi tego nie wybaczyła). Organizowaliśmy wyprawy badawcze. Wymykaliśmy się przez dziurę w ogrodzeniu, chodziliśmy po okolicy, nad rzekę, do lasu, po polach i nieużytkach, nadawaliśmy wszystkiemu nazwy, rysowaliśmy mapy.

Duża część zabaw odbywała się w wyobraźni. Każde z nas miało swoje królestwo, niektórzy nawet po kilka. Opowiadaliśmy sobie historie (często powracał wątek gównianego i sterylnego miasta), powoływaliśmy do życia potwory, odgrywaliśmy role. Mieliśmy huśtawkę, która pozwalała przenosić się między światami. Światów było kilkanaście, może i kilkadziesiąt. Trzeba było uważnie liczyć bujnięcia, żeby się nie zgubić albo nie wylądować z powrotem w świecie, z którego chwilę wcześniej uciekło się przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Mieliśmy naturalnie po kilka żyć, ale nie tak znowu dużo, żeby nierozważnie nimi szastać.

Te zabawy wymagały ogromnego skupienia i bezustannej czujności. Chwila nieuwagi mogła spowodować przegraną, śmierć, wybuch bomby atomowej, koniec świata.
A przecież komuś może się zachcieć siku. Albo ktoś się skaleczy i trzeba będzie przemyć ranę wodą utlenioną (woda utleniona nie szczypie), zakleić plastrem. Albo Dorośli będą czegoś chcieli (”Dzieeeci! Dzieeeci!”).

W takich sytuacjach krzyczało się głośno: “Zabawa stop!”. I już. Czas się zatrzymywał, światy zastygały, potwory zamierały w bezruchu.
To hasło stosowaliśmy tylko w najbardziej krytycznych sytuacjach. Nie nadużywaliśmy go. I zawsze respektowaliśmy.

Przydałoby się coś takiego w świecie Dorosłych.