telefon


Opowiadałam Adamowi, że kiedy byłam mała, mówiłam o sobie w drugiej osobie liczby pojedynczej. Pewnie dlatego, że inni tak się do mnie zwracali. Jesteś głodna, zbudowałaś zamek, musisz iść spać, i tak dalej.
A kiedy robiłam coś obrzydliwego i Dorośli prosili, żebym przestała, odpowiadałam z obleśnym uśmiechem: “Lubisz to robić”.

Chwilę później do naszego pokoju weszła szefowa. Akurat obydwoje rozmawialiśmy przez telefon.
- A, rozmawiasz - powiedziała szefowa. - To potem do ciebie przyjdę.
- Do kogo? - spytałam Adama, kiedy wyszła.
Adam wzruszył ramionami:
- Do ciebie.
Szefowa wróciła po paru minutach.
- Przyszłaś do ciebie? - zapytałam.

Niedługo potem pojawił się Darek. Mieliśmy iść razem do Uli.
- Zadzwoniła do mnie Ula - oznajmił - i powiedziała “Najpierw ty”.
- “Najpierw ty”?
- Tak.
- Ale kto?
- “Ty”.
- Ty?

telefon


Kiedy pod koniec sierpnia po kontrolnej wizycie w szpitalu okulistycznym dostałam skierowanie na VER, od razu zadzwoniłam do Marcina, żeby zapytać na czym to badanie polega. Zaniepokoiło mnie zwłaszcza użyte przez okulistkę słowo “elektrody”. Marcin nie wiedział dokładnie. “Chyba zakłada się taką płaską elektrodę na oko… Nie no, w znieczuleniu oczywiście… Ale lepiej sprawdź, bo nie jestem pewny.” Płaską elektrodę na oko. Jezu. Sprawdziłam w internecie. Okazało się, że elektrody przyczepia się do skóry głowy. I że nie boli, tylko czasem może być wylew krwi do oka.

W wyznaczonym terminie, 1 grudnia, przyjechałam do szpitala. Miałam ze sobą maszynkę do golenia i jedwabną chustkę - na wypadek, gdyby okazało się, że muszą mi ogolić głowę w miejscach umocowania elektrod. Maszynkę i chustkę ukryłam głęboko, bo wstydziłam się swojej, jak podejrzewałam, zbytecznej zapobiegliwości. Pani w recepcji była bardzo miła i ładnie się uśmiechała. Gabinet nr 42.

W korytarzach szpitala okulistycznego można zobaczyć straszne rzeczy, jeżeli się widzi. Na ścianach wiszą plakaty z wielkimi kolorowymi zdjęciami chorych oczu. Na ławkach siedzą ludzie z chorymi oczami. Przeszłam ze spuszczonym wzrokiem. Usiadłam. Naprzeciwko, na wprost drzwi gabinetu nr 42, siedziała starsza pani w kraciastej spódnicy. Na oczach miała okrągłe gaziki, zachodzące schodkami jeden na drugi, po siedem na każdym, całość przewiązana bordową wstążką. Wyglądała przerażająco. Trochę jak jakiś wielki owad. Robiła wrażenie speszonej, była dość sztywna. Starałam się nie myśleć, co ma pod tym opatrunkiem.

Czas mijał. Z gabinetu nr 33 wyszła ciemnowłosa lekarka, uśmiechnęła się do mnie, zapytała: “Ktoś czeka na pole widzenia?”. Nikt nie odpowiedział. Uśmiechnęłam się do lekarki. “Nikt nie chce do mnie czekać?” Nikt nie chciał. A pole widzenia - z tego, co czytałam, bo nigdy mi nie robili - to takie miłe badanie! Jakaś “czasza”, zapalające się w różnych miejscach światełka… W każdym razie na pewno nie powoduje wylewów i nie trzeba zakładać przerażających opatrunków.

Do kobiety z gazikami przysiadła się dziewczyna. Kobieta zaczęła do niej mówić. Dziewczyna w ogóle nie słuchała, była czymś bardzo zmartwiona. Kobieta z opatrunkiem oczywiście nie mogła tego zobaczyć.

A potem z gabinetu nr 42, z tego gabinetu, w którym miałam mieć przyczepiane do głowy elektrody, ale w sumie nic strasznego, tylko ewentualnie wylew krwi do oka, wyszła młoda lekarka w gumowych rękawiczkach, podeszła do kobiety owada, podała jej obie ręce i idąc powoli do tyłu, wciągnęła ją do środka, po czym przekręciła klucz w zamku.

Wyobraziłam sobie siebie z takimi gazikami i bordową wstążką. I z tym, co tam mogło być pod spodem. Włożyłam płaszcz do plecaka, żeby mieć tylko jeden pakunek. Telefon ustawiłam tak, żeby móc dwoma kliknięciami w zieloną słuchawkę dodzwonić się do mamy, Michała albo Marcina. Obiecałam sobie, że jeżeli koś usiądzie obok, nie będę do niego mówić. I czekałam.

Wreszcie kobieta owad wyszła. Już bez opatrunku. Poruszała się trochę niepewnie, ale nie jak ktoś, kto nie widzi. Jej oczy wyglądały normalnie.
Chwilę potem poproszono mnie do środka.

- Czy ktoś wyjaśnił pani, na czym polega to badanie?
- Nie, nikt mi nie wyjaśniał.
- Przyczepimy pani do głowy elektrody: na czole, na czubku i z tyłu. Zasłonimy jedno oko. Będzie pani patrzyła w monitor, na czerwony krzyżyk pośrodku. Szachownica na ekranie będzie się zmieniała. Przez minutę. Potem zrobimy to samo z drugim okiem. W porządku?
- W porządku.

Lekarka podeszła, żeby umocować elektrody. “Muszę zrobić peeling i odtłuszczanie”, powiedziała. Nie było to zbyt przyjemne, ale nie miało nic wspólnego z goleniem głowy.

telefon


Udało się. Po kilku dniach ślęczenia nad drucikami, nadajnikami i programatorami od pralek, po kilku bezsennych nocach. Próby przeprowadzał w lasku. Za siódmym razem wszystko poszło jak należy. Wysłał do M. esemesa o treści TAK. Eksplozja nastąpiła dokładnie pięć minut po tym, jak przyszedł raport o dostarczeniu wiadomości. Nie za duża, w sam raz. Akurat taka, jakiej trzeba, żeby wysadzić w powietrze samochód osobowy.
M. zebrała informacje o planach ministra na najbliższe dni. Dokładnie przeanalizowała grafik i trasy. Najlepszy był piątek. Jutro.
Dopracował szczegóły planu działania, minuta po minucie. Przekazał M. instrukcje. Przygotował bombę. Dokładnie sprawdził styki. Wysłał trzy próbne sygnały. Wszystko było w najlepszym porządku.
Odetchnął i poszedł nastawić wodę na kawę. Zerknął na wiszący w kuchni kalendarz.
Dzień zamachu wypadał w piątek trzynastego.
- Nie - jęknął. - Szlag by to trafił! Trzynasty, kurwa. Piątek! Przecież to nie może się udać.
Sięgnął po telefon.
- M.? Operacja odwołana. Jak to dlaczego!?

telefon


Załatwiwszy sobie dostęp do sieci także w domu, jakbym nową rzeczywistość odkryła. I mam na jej temat refleksje. Na przykład:

Wraz z rozpowszechnieniem się internetu pojawiło się nowe kryterium pozwalające rozstrzygać o istnieniu bądź nieistnieniu przedmiotu. Powiedział mi o nim Olo. Kryterium jest bardzo proste: Czego nie ma w Google, to nie istnieje.
Na szczęście fakt występowania w Google nie pociąga za sobą faktu istnienia. W przeciwnym razie ile by istniało potwornych rzeczy! Zresztą - wyników wyszukiwania dla słowa “nic” jest około czterdzieści milionów. Nawet jeśli nic istnieje, to przecież nie aż tak bardzo.

Internet, poza tym, że dostarcza użytecznego (choć, jak widać, niewystarczającego) kryterium rozstrzygania o tym, co istnieje, a co nie, może także służyć za narzędzie do podtrzymywania bądź wzmacniania w istnieniu. Podtrzymywanie i wzmacnianie metodami tradycyjnymi jest męczące i czasochłonne, a włożonego w nie wysiłku przeważnie nikt nie docenia. Wiem, bo długie godziny spędzałam siedząc w fotelu i w głębokim skupieniu podtrzymując istnienie świata. Zazwyczaj spotykałam się z zarzutem, że nic nie robię.
Teraz jest to o wiele prostsze i szybsze.

Dziś w pracy. Natalia mówi, że zrobiła sobie z kolegami z zespołu sesję zdjęciową w parku. Monika na to:
- To zawieś zdjęcia na Facebooku, komentów ci nabiję.

No właśnie. Żeby podtrzymać albo wzmocnić (w tym przypadku) kogoś w istnieniu, po prostu dajesz mu koment. I nikt się nie przyczepi, bo trwa to chwilę.

Wzmacniać (ale już nie podtrzymywać) istnienie ludzi można też przez telefon - zwracając się do nich po imieniu. Z kolegą z pracy planowaliśmy nawet założyć firmę, która by się tym zajmowała. Ja bym wzmacniała, on by osłabiał (bo istnieć za bardzo wcale nie jest dobrze).
Któregoś razu wymyśliłam usprawnienie i wysłałam mu esemesa:
Od 0700777: Darku, Darku. // Istniej bardziej, istniej mocniej, istniej lepiej. Wzmacnianie w istnieniu teraz także przez SMS! Pierwsze 7 wzmocnień za darmo. Więcej informacji na stronie www.istniejmocniej.pl
Dostałam odpowiedź, z której wynikało, że kolega jest wprawdzie bardzo ofertą zainteresowany, ale niestety zupełnie niewypłacalny.