smutek


Przesiadam się zwykle na przystanku tramwajowym nieopodal tego, co zostało z Największego Bazaru w Mieście. Nie zostało dużo, bazar dogorywa. Podobno w przyszłą sobotę mają go ostatecznie zlikwidować.
Granice między miastem a bazarem są płynne i ruchome. Tuż obok wiaty przystanku starsi panowie i zniszczone kobiety rozkładają towary na stolikach turystycznych, na barierkach odgradzających tory od chodnika wiszą kwieciste bluzki, w spalonej słońcem trawie leżą parasole. Przy pasach kręcą się śniadzi mężczyźni, szepczący ochryple „Papierosy… Spirytus…”. Papierosy / spirytus trzymają w czarnej torbie pod latarnią. Pobliski tojtoj rozsiewa wokoło specyficzny zapach starego moczu i perfumowanych środków dezynfekujących.

Czasami nagle robi się dziwnie nerwowo. Handlarze błyskawicznie zwijają swoje towary i znikają. Wtapiają się w tłum. Właśnie tędy przechodzili, wysiedli z tramwaju, czekają na tramwaj. Starszy pan nie jest już wystarczająco szybki, lekko drżącymi rękami zbiera ze zdezelowanego stolika wyliniałe nakręcane szczury. Znika w ostatnim momencie. Policjanci idą dalej.

Wieczorem na przystanku jest pusto.
Wczoraj doszło tam do sprzeczki między motorniczym tramwaju a pasażerem. Ogolony na zero chłopak wysiadł i spokojnie przechodził przez tory. Śmiał się głośno i w odpowiedzi na obelgi motorniczego odkrzykiwał: „Frajer!”. Motorniczy, zdławionym od emocji głosem, wrzeszczał za nim przez okienko: „Na końskim chuju psu podawany!”.

smutek


Niedaleko mojego nowego domu jest Biedronka. Byłam tam parę razy, nie podobało mi się. Przygnębiający sklep ze smutnymi rzeczami, z których większość wygląda na oszukane. A już zupełnie sercerozdzierający jest widok półki z roślinami doniczkowymi. Zaniedbane, podsuszone, ze zwisającymi smętnie listkami.
Byłam tam dzisiaj, chciałam kupić gumowe rękawiczki, do Sprzątania. Nie było. Półka z roślinami stoi niedaleko wyjścia. Wzięłam roślinkę, która wyglądała na najbardziej nieszczęśliwą, postawiłam na taśmie.
- Dzień dobry - powiedziała kasjerka. - Dziewięćdziesiąt dziewięć groszy. - Uśmiechnęła się - pani jej życie uratuje!

smutek


Wieczorami stary dom w P-nie drży w posadach. Dawniej tak nie było. Co najwyżej dzwoniły szyby, kiedy ulicą przejeżdżała większa ciężarówka.
Myślę, że grunt pod fundamentami zamienia się w trzęsawisko. Dom się zapada. Po naszej wyprowadzce zniknie pod ziemią jak ten kościół z ludowych legend. (Swoją drogą, z tego, co widzę w internecie, w Polsce jest bardzo dużo zapadniętych kościołów.) Na powierzchni zostanie tylko antena. Czasami będzie tam słychać stłumione bicie zegara. I tyle.

Robię zdjęcia, żeby coś po tym domu zostało. Można je obejrzeć w galerii, tutaj.
Na razie nie jest ich dużo, ale to dopiero początek.

smutek


Naprzeciwko Cafe A., po drugiej stronie ulicy, znajduje się Bar Kawowy P. Założony w latach 60. od tamtej pory niewiele się chyba zmienił.
Do Baru Kawowego P. przychodzą głównie geje, przeważnie starsi, przedemancypacyjni.

Bywa, że pije się tam metodycznie, w zaciętym milczeniu, przerywanym jedynie pijackimi kłótniami. Kiedy indziej przegięte ciotki ruszają w szalony taniec, a chuda barmanka pogłaśnia muzykę. Czasami dwóch mężczyzn, którzy przyszli osobno, wychodzi razem i wsiada do jednej taksówki.
W Barze Kawowym P. często można spotkać byłą prostytutkę, panią I. Pani I. ma obfite kształty, głęboki dekolt i ciężkie powieki. Jest nie pierwszej młodości i skórę ma trochę wiotką, ale włosy czarne, spływające w lokach godnych Violetty Villas, a w tych włosach kryształowe motyle.
W Barze Kawowym P. panuje półmrok, powietrze gęstnieje od dymu. Zasuwka w drzwiach ubikacji jest obluzowana, sedes stoi na podwyższeniu, po każdym pociągnięciu za spłuczkę dołem wycieka woda.

Któregoś wieczora podchodzę do drzwi tej ubikacji. Zajęte. Jest kolejka, przede mną stoi potężny, dwumetrowy chłopak. Patrzy na mnie z góry, uśmiecha się łagodnie i mówi:
- Idź pierwsza.
- Dziękuję - uśmiecham się.
- Tylko obróć sobie papierem parę razy, wiesz… - dodaje troskliwie. - Bo tu różne rzeczy się dzieją…

smutek


Kiedy nie zajmuję się niczym konkretnym, opowiadam sobie historie albo prowadzę w myślach rozmowy. Niestety często wyobrażam sobie sytuacje irytujące i nieprzyjemne i potem chodzę wkurzona.

Dziś wieczorem, wracając po angielskim do domu, byłam trochę smutna, więc zaczęłam sobie wyobrażać, że w moim życiu zaszły niespodziewane zmiany i oto po sześciu latach mieszkam w Australii, gdzieś pod - chwileczkę, rzucę okiem na mapę - gdzieś pod Wagin (naprawdę mają takie miasto).
Którejś soboty idę na spacer. Na pustynię, czy co tam się nieopodal Wagin znajduje. Spaceruję po tym australijskim stepie i rozkoszuję się dziką przyrodą. Dookoła skaczą kangury, bardzo wysoko, wombaty śpią w krzakach, a elefanty chodzą. Mijam wioskę Eufagów - podobnych do ludzi trójokich istot, które jedzą tylko to, co smaczne, w związku z czym grozi im wyginięcie; Eufagowie są przyjaźni i, jak ze wszystkimi inteligentnymi stworzeniami w kosmosie, bez problemu można się z nimi porozumieć po amerykańsku. Mijam łąkę, na której pasą się jednosorożce. Trawy falują na wietrze, na niebie wyświetla się zorza polarna…

(Oczywiście opowiadałam sobie zupełnie inną historię, ale nie będę przecież publikować na blogu historii, które sobie naprawdę opowiadam.)

WTEM, na krętej ścieżce pośród tych jedwabistych traw, natykam się znienacka na dawnych znajomych, jeszcze z Polski, Iksa i Igreka. Jesteśmy wszyscy bardzo zaskoczeni.
- Iks! Igrek! - wykrzykuję. - Nigdy bym nie pomyślała, że spotkamy się kiedyś w takim miejscu!

I wtedy przypominam sobie mgliście, że kilka lat temu, chyba tego samego dnia, kiedy wyjmowano mi szwy po wyrwaniu ósemki, wracając po angielskim do domu, wyobrażałam sobie, że mieszkam w Australii pod Wagin i którejś soboty w rezerwacie Eufagów niespodziewanie spotykam Iksa i Igreka.

smutek


Smutny kioskarz rozszerzył ofertę o pieczywo i ciastka. Na ścianie nakleił reklamę piekarni, a przed kioskiem wystawił tablicę, na której starannym, trochę dziecinnym pismem napisano:
Do każdego zakupu powyżej 1 zł pączek gratis!
To samo hasło znajduje się na dużej płachcie papieru przyklejonej do pobliskiego słupa ogłoszeniowego. Poniżej jest jeszcze dopisek drukowanymi literami:
DO WYCZERPANIA.

[trzy kioski 1]

smutek


Koło dworca kolejowego w P-nie są trzy kioski.

Pierwszy jest biały, duży, z tych, do których się wchodzi. Przy wejściu stoi plastikowy stolik z dwoma krzesełkami, a zewnętrzną ścianę zdobi krzepiący napis GORĄCA KAWA (litery naklejone, różnokolorowe). Sprzedawca ma siwą brodę, jest powolny i smutny.
Któregoś razu, kiedy przechodziłam tamtędy wcześniej niż zwykle, widziałam, jak zdejmuje kłódkę z drzwi stojącego nieopodal tojtoja. I zrozumiałam, że tak naprawdę jest Strażnikiem Tojtoja, a kiosk prowadzi tylko dla niepoznaki - żeby ukryć swoją właściwą profesję, której nie lubi i której się wstydzi. Potem zauważyłam jeszcze jeden napis na ścianie. NAPRAWA OBUWIA. I aż mi się serce ścisnęło. On był kiedyś szewcem.
Nie kupuję w tym kiosku. Sam jego widok napełnia mnie głębokim smutkiem. Kiedy tamtędy przechodzę, spuszczam wzrok.

Drugi kiosk jest zielony, mały, z tych z okienkiem. Sprzedawca nie ma brody, jest szybki i wesoły.
Od paru miesięcy codziennie rano kupuję u niego puszkę coli. Wesoły kioskarz wyjmuje puszkę z lodówki, zanim cokolwiek powiem. Potem ja mówię dzień dobry, on podaje mi colę i uśmiecha się, trochę jakby rozbawiony, a ja dziękuję, uśmiecham się i wyciągam z kieszeni płaszcza zawczasu przygotowane dwa złote.
Tylko raz było inaczej. Dostałam colę, podziękowałam i poprosiłam jeszcze o paczkę chusteczek higienicznych. A on podał mi chusteczki, uśmiechnął się i powiedział: “To i tak będzie dwa złote”.

Do trzeciego kiosku nigdy nie zaglądam.

smutek


Jechałam tramwajem, ze szpitala do pracy. Na którymś przystanku wsiadło dużo starych kobiet. Wstałam, żeby nie było. Szybko zdążyły się rozlokować, miejsce, które zwolniłam, zostało puste. Stojący nieopodal starszy pan uśmiechnął się do mnie.
- Niech pani siada, postoję.
- Nie, nie, niedługo wysiadam.

Stoimy koło siebie.
- Wie pani, ja to wychodzę z założenia, że młody człowiek też ma prawo być zmęczony… A tak w ogóle to nie lubię mężczyzn w moim wieku. Są obrzydliwi… A jak podjeżdża autobus czy tramwaj, jak się pchają, jak biegną, żeby tylko dopaść wolnego miejsca…

I tak stoimy, jedziemy, starszy pan mówi, ja słucham, patrzę mu w oczy, kiwam głową, od czasu do czasu mruczę “Mhm”. Bo starszy pan mówi jak ktoś samotny, kto rzadko z kimkolwiek rozmawia. Monolog co chwila zmienia kierunek, rwą się kolejne wątki. Takim ludziom nie trzeba przerywać. Nie trzeba o nic pytać. Ważne, że się słucha.

- Ja tutaj jeżdżę po chleb, na tamtej ulicy jest taka piekarnia, nigdzie lepszego nie ma. Wolę przejechać te trzy przystanki, niż tam koło siebie kupować, bo to nie chleb, dwa dni i do niczego się nie nadaje… - Starszy pan patrzy na rurkę pod oknem, moja dłoń, przerwa, jego dłoń, trochę odsuwa swoją. - Wie pani, teraz to się tych pedofilów… Kiedyś tego nie było. A może nie mówiło się o tym tyle… Mam wnuczkę, już duża panna, siedemnaście lat, ale jak była mniejsza, to jeździłem z nią tramwajem do szkoły. I raz wsiadł jeden taki, stanął koło niej i widzę, że tak się przysuwa, przysuwa… Nie żebym go uderzył, nie. Stanąłem po prostu obok i tak go popchnąłem… - Uśmiecha się. - Popchnąłem, a że trafiłem w twarz…
Całe życie coś zbierałem. Na przykład zegarki, takie na rękę. Zimą wszystkie czyściłem i reperowałem, na wiosnę regulowałem i wymieniałem baterie. Koło mnie jest szkoła, to chodziłem i dzieciom rozdawałem. I zawsze wyczyszczone, jak nowe, jak pasek był zniszczony, to wymieniałem. Żeby tych dzieci nie upokarzać, bo nikt nie lubi być upokarzany, nawet dziecko… Ale parę lat temu, jak zaczęli o tych pedofilach, stwierdziłem, że nie powinienem tak na ulicy. Jeszcze ludzie coś pomyślą. Dzieci zaczepia, rozmawia, prezenty daje, a wiadomo, co za jeden? Więc następnej wiosny poszedłem do tej szkoły i zaniosłem zegarki nauczycielce, żeby ona dzieciom rozdała. Parę dni później idę, dzieciaki biegają po boisku, podchodzę do ogrodzenia i wołam. Pytam chłopaczka: Dała wam pani zegarki? A on mi na to, że nie. Powiedziała tylko, że ma i da im, jak będą grzeczni.

I tutaj monolog mógłby się kończyć. Albo ja mogłabym to tak zostawić. Bo potem starszy pan powiedział:
- Byłem niedawno u kolegi w szpitalu. Gastrologia. Strasznie tam jest. Starość jest obrzydliwa. I choroby… Jak od niego wychodziłem, to sam prosił, żebym go więcej nie odwiedzał…
Na następnym wysiadam. Do tej piekarni pójdę. A jutro na onkologię. Zobaczymy. Czy operacja, czy naświetlanie.

smutek


Od jakiegoś czasu znowu mieszkam w domu, w którym spędziłam dzieciństwo. Nie potrwa to długo, bo dom już nie należy do nas, ojciec musiał go sprzedać Zarządowi Dróg. Wybudował nowy, trzydzieści kilometrów dalej, w P-cach.
Wkrótce nikogo tutaj nie będzie. Ojciec mieszka w nowym domu, pojawia się rzadko. Mama coraz więcej czasu spędza z ojcem. Starsza z moich młodszych sióstr wyprowadziła się parę lat temu, młodsza nie zawsze wraca na noc. Dwunastoletni brat po wakacjach zamieszka z rodzicami w P-cach. Ja chcę coś wynająć w mieście, w którym pracuję.

Dom ma jakieś sto dwadzieścia lat. Stoi w wielkim zapuszczonym ogrodzie. Skoro już prawie tu nie mieszkamy, nie chce nam się o to wszystko dbać. Sprzątamy rzadko, nie robimy remontów. Dom upada, ogród się rozrasta.
Dach komórki zawalił się i obrósł mchem. Rośliny pną się po ścianie, do okna, włażą wszędzie, zwieszają się górą przez płot opuszczonego od wielu lat ogrodu sąsiadki. W zaroślach lęgną się dziwne płochliwe ptaki. W rynnach  zalegają butwiejące liście. W kuchni mieszkają myszy, które wygryzają tunele w chlebie. W łazience, pod prysznicem, pojawiły się ślimaki bez skorupek. Za muszlą klozetową wyrosła anemiczna roślinka. Ktoś ją później wyrwał, chyba się zawstydził. Woda smakuje, jakby w studni coś się utopiło. Wieczorem zlatują się ćmy i wyłażą ogromne pająki, które potrafią godzinami tkwić w bezruchu. Brat - z właściwym sobie ponurym fatalizmem - mówi, że to inwazja. Nocą w ścianach coś biega i chrobocze. Wszystko oblepia wilgoć. Powietrze w domu ma zatęchły, trochę kwaśny zapach. Tak pachną wnętrza bardzo starych szaf, od dawna nienoszone ubrania, książki z nalotem pleśni na pofałdowanych kartkach. Noszę ten zapach na sobie.
Przed zaśnięciem myślę czasem o roślinach, które wtargną do środka, kiedy już nikogo tutaj nie będzie.