śmierć


Byłam na urlopie. Pojechałam w góry na osiem dni. Sama.

Góry zimą są niebezpieczne. Jeśli się gdzieś utknie, można po prostu zamarznąć. Trzeba chodzić ostrożnie, żeby sobie czegoś nie złamać, trzeba dobrze się odżywiać, oszczędzać siły i docierać do celu przed zmrokiem. Trzeba mieć tabliczkę czekolady i naładowany telefon. I lepiej nie błądzić. Niby można w razie czego wrócić po własnych śladach, ale one potrafią bardzo szybko zniknąć - kiedy mocno wieje, wystarczy kilka minut.

Jeżeli szlak jest nieprzetarty, trzeba wypatrywać zagłębień, nierówności, zarysów ścieżek. Niektórzy idą po prostu najkrótszą drogą, niezależnie od głębokości śniegu. Ja starałam się chodzić po najpłytszym. Znajdowałam miejsca, gdzie wystawały rośliny, szukałam śladów zwierząt, szłam zygzakiem między zaspami.

Jeżeli szlak jest przetarty, to idziesz po wydeptanym, więc się tak bardzo nie męczysz. Kiedy śnieg jest głębszy, trzeba celować nogami w dołki zrobione przez poprzednika - jest trochę niewygodnie, jeśli ten stawiał dużo mniejsze lub dużo większe kroki, ale zawsze to jakieś ułatwienie. I przede wszystkim - jak są ślady, to wiadomo, którędy iść.

Bo odruchowo przyjmowałam, że ten, kto szedł przede mną, szedł w tym samym kierunku co ja i nie błądził. Ale - myślałam, idąc - mógł mieć bardzo kiepską orientację. Mógł iść gdzieś indziej. Może się w końcu zgubił. Niechcący albo celowo. Może się zmęczył i nie miał siły wrócić. Ślady, zamiast do wsi czy do schroniska, mogą przecież prowadzić do zamarzniętego trupa.

[zdjęcia]

śmierć


Kiedy miałam jakieś  cztery, może pięć lat, jedną z moich ulubionych dobranocek była Pszczółka Maja.
Po każdym odcinku rodzice opowiadali mi swoją wersję. W tej alternatywnej dobranocce występowała antagonistka Pszczółki Mai - Osa Kosa. Niebezpieczna, zła i okrutna. Robiła Mai różne świństwa, uprzykrzała życie, pragnęła jej śmierci.
Zazwyczaj, chociaż działy się rzeczy przerażające, to jednak wszystko kończyło się dobrze. Ale któregoś razu rodziców poniosło. Opowiedzieli mi o tym, jak Osa Kosa zabiła Gucia. Złapała, poddała najstraszliwszym torturom, a na koniec zabiła. Zrozpaczona Pszczółka Maja włożyła zmasakrowane zwłoki przyjaciela do pudełka po zapałkach i zalewając się łzami, zaczęła kopać grób…
No i nie wiem, co było dalej, bo w tym momencie wybuchnęłam płaczem, zrobiłam awanturę z krzykiem i tupaniem i kazałam rodzicom wszystko odkręcić.

[Kadr z Pszczółki Mai skopiowałam bez pytania z bloga wspomnieniostan.]

śmierć


- Opowiedzieć ci coś strasznego? - zapytała niedawno młodsza z moich młodszych sióstr.
- Opowiedz.

Ludwik podarował jej swego czasu dwie myszki japońskie, samiczki. Ostatnio zaczęły się dziwnie zachowywać. Chowały się po kątach klatki, wytrzeszczały oczy, dygotały. Po kilku dniach jedna zdechła, a druga wpełzła do zainstalowanego w klatce drewnianego domku i długo nie wychodziła. Gdy wreszcie zaniepokojona siostra podniosła daszek, zobaczyła swoją mysz z dziewięciorgiem szarych mysząt.
Minęło parę dni. Którejś nocy siostra usłyszała, że w mysim domku coś hałasuje. Kiedy podeszła, żeby zajrzeć do środka, z klatki czmychnęła dzika mysz.

Pod nieobecność siostry karmiłam myszkę pokruszonym chlebem. Czułam się wtedy nieswojo. Myślałam o złu, które się wydarzyło. Młode cichutko popiskiwały w trocinach. Nie byłam ciekawa, jak wyglądają.
Potem, kiedy otworzyły im się oczy i uszy, zaczęły wychodzić na zewnątrz i przeciskać się między prętami. Zanim włożyłam klatkę do wysokiego tekturowego pudła, dwie myszki uciekły. Jedną złapałam, druga pobiegła do pokoju obok. Szukałam, nie udało mi się jej znaleźć.

Siostra wróciła i przeniosła całą zawartość klatki do pudła. Myszki biegały, właziły jedna na drugą i zagrzebywały się w trocinach. Zaniepokojona matka bez przerwy je odkopywała.
Weterynarz powiedział, że młode są dzikie i nie uda się ich oswoić. Trzeba odczekać jeszcze ze dwa tygodnie, żeby dorosły, a potem wywieźć co najmniej dziesięć kilometrów od domu i wypuścić na wolność. Przed upływem tygodnia przegryzły się przez tekturę i rozbiegły po pokoju. Siostra złapała wszystkie i wywiozła na górki nad zalewem.

Minął mniej więcej miesiąc. W sieni zaczęło śmierdzieć. Z początku myślałam, że coś psuje się w lodówce. Sprawdziłam. Nic się nie psuło. Stwierdziłam, że to śmieci i wyniosłam je na zewnątrz. Nie pomogło. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Coś zdechło pod schodami. Śmierdziało padliną. I było coraz gorzej. Dławiący, słodkawy odór wpełzał po schodach do mansardy, w której suszymy pranie. Przechodząc tamtędy trzeba było wstrzymywać oddech.

W czwartek wieczorem siostra zapowiedziała, że następnego dnia sprawdzi, co tam jest. Spojrzałam na nią ponuro:
- Pewnie coś dużego…
W piątek po południu zadzwoniła. Pod schodami stoi wysoka kamionkowa kadź. I w tej kadzi siostra znalazła gnijące zwłoki małej szarej myszki.

śmierć


Jeżdżę do pracy pociągiem. Stacja, na której wysiadam, jest nieduża. Peron z jednej, peron z drugiej, ławeczki, tablica, tyle. Później jakieś dziesięć minut na piechotę. Chodzę na skróty. W dół z nasypu i rozjeżdżoną gruntową drogą, która po deszczu zamienia się w gliniaste bajoro. Kiedyś były w tej okolicy domy z ogródkami. Teraz są chaszcze. W gęstwinie można dojrzeć zdziczałe drzewa owocowe, poprzerastane chwastami krzaki porzeczek, resztki ogrodzeń, śmieci, kupki gruzu. Za chaszczami jest plac budowy, kilka całkiem nowych domów, potem już normalnie. Sklep, asfalt, chodnik.
Ostatnio często pada i na drogę wyłażą ślimaki bez skorupek. Mnóstwo. Pełzają albo leżą martwe. Martwe wyglądają, jakby rozpuściły się z nadmiaru wilgoci. Do śliskiej plamy zlatują muchy o tęczowo lśniących odwłokach i schodzą inne pomrowy. Zjadają zwłoki.

Kiedy przyjeżdżam wcześniejszym pociągiem, za każdym razem trafiam na samochód. Za każdym razem ten sam. Osobowy, żółty z niebieskim napisem “Poczta Polska”. Stoi z włączonym silnikiem w miejscu, gdzie do błotnistej drogi dochodzi prowadząca z nasypu ścieżka. Kierowca, młody ciemnowłosy chłopak, czasem siedzi w środku, z rękami założonymi za głowę i nieruchomo patrzy przed siebie. A czasem. No właśnie. A czasem stoi w krzakach, tuż koło drogi, i sika. Jeszcze żeby chociaż odwrócił się do drogi plecami. Ale nie. Prawie na drogę sika. Albo w kierunku, z którego idę.

I zastanawiam się. Po pierwsze: Dlaczego on z tym samochodem tam stoi? Czy złośliwie, żeby listy dostarczyć z opóźnieniem? Czy czeka na coś albo na kogoś? A po drugie: Czemu tak bezwstydnie sika? Za pierwszym razem pomyślałam, że się nie spodziewał. Wymieniliśmy spojrzenia, poczułam się niezręcznie, sądziłam, że on także. Ale za drugim razem? Za kolejnym? Musiał wiedzieć.

Kiedy przyjeżdżam późniejszym pociągiem, samochodu nie ma. Mijam miejsce, w którym zwykle stoi, patrzę w chaszcze. Pusto. Wydeptana ścieżka, trochę śmieci, zbutwiałe deski. Idę, patrzę w chaszcze i myślę: Tutaj sika listonosz.

śmierć


Tydzień temu wróciłam z wakacji. Byliśmy z Michałem na rowerach w Estonii, na Łotwie i Litwie. Przejechaliśmy z Talina do Pabradė. Ponad tysiąc kilometrów, dwa tygodnie.
[Zdjęcia w galerii - estonia, lotwa i litwa 2009.]

Przez większość czasu milczeliśmy. Ludzi spotykaliśmy rzadko. Dlatego powrót pociągiem do Polski był dość męczący - w Augustowie do naszego przedziału wsiadło troje towarzysko usposobionych pasażerów. Małżeństwo po pięćdziesiątce i młody chłopak. Mężczyzna był gruby i absorbujący; zajmował dużo miejsca i dużo mówił. Najwięcej. Kobieta była wesoła i przyjacielska.  Chłopak - wszystkiego ciekaw i pełen zapału.

Więc wsiedli. Przyszedł konduktor. Pokazaliśmy bilety. Mężczyzna wyciągnął jakąś legitymację.
- Ja jeżdżę za darmo.
- Już niedługo, już niedługo - powiedział zgryźliwie konduktor.
- Komu niedługo, temu niedługo.
Chwilę sobie podokuczali, konduktor poszedł. Chłopak zapytał, co to za legitymacja. Okazało się, że mężczyzna jest maszynistą. I że maszyniści nie lubią się z kierownikami pociągów.
- Phi, taki kierownik pociągu. Nie wywalczyli sobie, to nie mają. Kierownik pociągu! On to mi może… Mówi taki, że pociąg przyprowadził na czas. Ty przyprowadziłeś?! To ty się całą drogę wyśpisz, a ja tam w lokomotywie z zapałkami w oczach, dwanaście godzin jadę, i ty mówisz, że przyprowadziłeś?! A idź…

Kobieta (pielęgniarka ze żłobka, jak się później okazało) zapytała, gdzie pracujemy. Powiedzieliśmy. Jak padło „historia najnowsza, totalitaryzmy, komunizm”, to się zaczęło. Maszynista zaczął.
- Komunizm, komunizm. Bo teraz to wszyscy tak na ten komunizm, a tak szczerze, to ja wtedy miałem lepiej. Było mnie stać na samochód, mieszkanie, a teraz co? I się handlowało… Na Węgrzech peruki schodziły, to poupychałem te peruki w lokomotywie i jechałem. I porządek był, nie to co teraz. Narkomania, te dżety nie dżety palą. A uderzysz, to cię do sądu poda. A wtedy dostał od ojca, milicjant pałą poprawił i porządek był. Mnie ojciec bił i wyszedłem na ludzi. Jakby nie bił, to sam nie wiem, co by ze mnie wyrosło.

A potem chłopak zadał pytanie, którego ani Michał, ani ja nigdy nie odważylibyśmy się zadać.
- Ile pan miał wypadków?
Na co maszynista, z absolutnym spokojem, odpowiedział:
- Dwadzieścia cztery.
I zaczął wyliczać.
- Pierwszy to było, jak wjechałem w dużego fiata na przejeździe. Pięć osób za jednym zamachem. A, i jeszcze pies był. Potem dwie osoby w starze, drugi star: jedna, dwie w osobowym, kierowca przeżył… To już jest dziewięć? Liczysz? - szturchnął żonę w bok, roześmiał się. - Babcia wyszła na tory. Chłopaki się bawili, kładli się na torach i który ostatni ucieknie: dwóch na raz. Dziadek szedł, trąbiłem, trąbiłem, potem się okazało, że głuchy był…

A my siedzimy, słuchamy i śmiejemy się, histerycznie. Tylko żona maszynisty zachowuje spokój, pewnie dlatego, jak powie później Michał, że już te historie zna. Maszynista wyjaśnia:
- Przy prędkości sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę droga hamowania wynosi półtora kilometra. To co zrobisz? Jak tych chłopaków zobaczyłem, to miałem sto dwadzieścia.

Chłopak dopytuje:
- A samobójcy?
- Samobójcy też. Raz dziewczyna się na torach położyła, zakryła twarz czapką, głowa na szynach. Drugi maszynista mówi: „Hamuj, dziewczyna na torach leży!”. A ja na to: „Co będę hamował, zatrąbię. Zejdzie, to zejdzie - nie zejdzie, to nie zejdzie”. Zatrąbiłem, nie zeszła, walnąłem, głowę obciąłem, poleciała, dopiero zacząłem hamować.

śmierć


Udało się. Po kilku dniach ślęczenia nad drucikami, nadajnikami i programatorami od pralek, po kilku bezsennych nocach. Próby przeprowadzał w lasku. Za siódmym razem wszystko poszło jak należy. Wysłał do M. esemesa o treści TAK. Eksplozja nastąpiła dokładnie pięć minut po tym, jak przyszedł raport o dostarczeniu wiadomości. Nie za duża, w sam raz. Akurat taka, jakiej trzeba, żeby wysadzić w powietrze samochód osobowy.
M. zebrała informacje o planach ministra na najbliższe dni. Dokładnie przeanalizowała grafik i trasy. Najlepszy był piątek. Jutro.
Dopracował szczegóły planu działania, minuta po minucie. Przekazał M. instrukcje. Przygotował bombę. Dokładnie sprawdził styki. Wysłał trzy próbne sygnały. Wszystko było w najlepszym porządku.
Odetchnął i poszedł nastawić wodę na kawę. Zerknął na wiszący w kuchni kalendarz.
Dzień zamachu wypadał w piątek trzynastego.
- Nie - jęknął. - Szlag by to trafił! Trzynasty, kurwa. Piątek! Przecież to nie może się udać.
Sięgnął po telefon.
- M.? Operacja odwołana. Jak to dlaczego!?

śmierć


W komentarzu do notki w samolocie Iwasz napisał, pozwolę sobie przytoczyć:
To słuchaj tego: teściowa ostatnio wracała z wakacji samolotem. W pewnym momencie kazano wszystkim zapiąć pasy i się nie stresować, bo nic takiego się nie dzieje. Potem poleciał dym z silnika, a samolot zaczął zawracać i zmniejszać pułap. Przez jakiś czas spuszczał paliwo do morza, a potem wylądował. Na lotnisku pełno karetek, etc. Ludzie mdleli i płakali.
Nic takiego się nie dzieje. Pewnie. Wygląda na to, że w samolotach po prostu nigdy nic takiego się nie dzieje. Ani takiego, ani w ogóle nic złego.

Na przykład się nie umiera. Wiem od Michała. Bo Mistrz Instrukcji Bezpieczeństwa na tej samej imprezie, na której zrobił furorę odgrywając swój show, zdradził też kilka zawodowych tajemnic. Na przykład, że jeśli na pokładzie samolotu ktoś umrze (a to się zdarza, to znaczy oczywiście nigdy się nie zdarza, ale jak jest ktoś starszy, chory na serce albo coś, i jeszcze te wszystkie zmiany ciśnienia - no, może być różnie), to wtedy stewardesa przesadza pasażera z sąsiedniego fotela na inne miejsce - ten pan się źle poczuł, muszę się nim zająć, pozwoli pan - a potem opatula trupa kocykiem, siada obok i do końca podróży trzyma go za rękę. Bywa, jeżeli lot jest długi, że takiemu nieboszczykowi, siedzącemu dla niepoznaki z pochyloną głową, robią się na twarzy plamy opadowe. To nic takiego. Trochę gorzej się poczuł. Stewardesa zakłada mu maskę tlenową.

Ale może nie wszystkich się oszukuje. Może niektórzy mają dostęp do prawdy.
- Stał między fotelami - opowiadam Michałowi o pokazie Mistrza. - Plecami do zasłonki oddzielającej pierwszą klasę od drugiej…
- Bo to jest takie mydlenie oczu - mówi Michał. - Dla plebsu. W business class tego nie pokazują.

śmierć


W marcu pojechałyśmy z Moniką nad morze. Chodziłyśmy na spacery i na obiady, zbierałyśmy kamyki, piłyśmy szkocką, robiłyśmy zdjęcia, czytałyśmy książki i spałyśmy do późna.
Jastarnia. Za kościołem dom, na podwórku Archanioł Michał na około półtorametrowym cokole. Biały, niewysoki, dość niezgrabny. Krótka sukienka, potężne uda, buty na obcasie, w ręku miecz. Nie pamiętam już, czy depcze tymi obcasami jakiegoś potwora i co jest napisane na postumencie. Chyba coś w rodzaju “Od powietrza, głodu, wojny”.
Oglądamy.
- Michał Anioł - mówi ktoś za nami.
Odwracamy się. Na ganku domu po drugiej stronie ulicy stoi gruby facet, pali papierosa.
I opowiada.
Przed wojną tam, gdzie teraz stoi ta rzeźba, była studnia. Którejś zimy Michał szedł w drewnianych laczkach po wodę. Pośliznął się, wpadł do środka i utonął. Ciała nie udało się wydobyć, więc ojciec Michała zalał studnię betonem i postawił na niej figurę.

śmierć


Ostatnio sporo pada i pełno ślimaków wszędzie. Nie ma siły, żeby chociaż jednego dziennie nie rozdeptać. Źle mi z tym, bo bardzo lubię ślimaki.

Miniony piątek - idziemy z Michałem do Marcina. Noc, mokro, Michał z rowerem. Przednią lampkę włączył i oświetla drogę. Wypatrujemy ślimaków, żeby móc je ominąć. Idziemy powoli. Michał wyjaśnia:
- Bo ślimaki są bardzo niezdecydowane. Na przykład co do płci: taki ślimak nie wie, czy jest płci męskiej, czy żeńskiej…
- One są obupłciowe - prostuję. I dodaję, z satysfakcją, bo to jedna z rzeczy, za które lubię ślimaki - i się nawzajem kochają i nawzajem zapładniają.
- Ślimaki są bardzo niezdecydowane - ciągnie Michał - i jak na ślimaka nadepniesz, to on długo nie może się zdecydować, czy jest jeszcze żywy, czy już martwy…
- No tak. W dodatku są bardzo powolne, to jeszcze wszystko wydłuża…
- I taki ślimak trwa w zawieszeniu.
- Między życiem a śmiercią.
- I to się ciągnie całą wieczność.

Temat śmierci powrócił w sobotę rano. Jeśli istnieje dusza, ale nie jest nieśmiertelna, to ci, którzy w nieśmiertelność duszy wierzą, nigdy nie dowiedzą się o swojej pomyłce. A właściwie czemu nie?
- Może - mówi Marcin - wyświetla się jakiś ekran powitalny?
- O! Jakiś komunikat. “Nie ma życia po śmierci. Kliknij OK, aby kontynuować.”
- A można zrobić “Anuluj”?
- Czasami. Potem się mówi, że to była śmierć kliniczna.

A jak ktoś nie chce, jak ktoś się boi, to nie naciska “OK”. I tak trwa, w zawieszeniu. I widzi tylko ten komunikat. I to właśnie jest piekło.