Tydzień temu wróciłam z wakacji. Byliśmy z Michałem na rowerach w Estonii, na Łotwie i Litwie. Przejechaliśmy z Talina do Pabradė. Ponad tysiąc kilometrów, dwa tygodnie.
[Zdjęcia w galerii - estonia, lotwa i litwa 2009.]
Przez większość czasu milczeliśmy. Ludzi spotykaliśmy rzadko. Dlatego powrót pociągiem do Polski był dość męczący - w Augustowie do naszego przedziału wsiadło troje towarzysko usposobionych pasażerów. Małżeństwo po pięćdziesiątce i młody chłopak. Mężczyzna był gruby i absorbujący; zajmował dużo miejsca i dużo mówił. Najwięcej. Kobieta była wesoła i przyjacielska. Chłopak - wszystkiego ciekaw i pełen zapału.
Więc wsiedli. Przyszedł konduktor. Pokazaliśmy bilety. Mężczyzna wyciągnął jakąś legitymację.
- Ja jeżdżę za darmo.
- Już niedługo, już niedługo - powiedział zgryźliwie konduktor.
- Komu niedługo, temu niedługo.
Chwilę sobie podokuczali, konduktor poszedł. Chłopak zapytał, co to za legitymacja. Okazało się, że mężczyzna jest maszynistą. I że maszyniści nie lubią się z kierownikami pociągów.
- Phi, taki kierownik pociągu. Nie wywalczyli sobie, to nie mają. Kierownik pociągu! On to mi może… Mówi taki, że pociąg przyprowadził na czas. Ty przyprowadziłeś?! To ty się całą drogę wyśpisz, a ja tam w lokomotywie z zapałkami w oczach, dwanaście godzin jadę, i ty mówisz, że przyprowadziłeś?! A idź…
Kobieta (pielęgniarka ze żłobka, jak się później okazało) zapytała, gdzie pracujemy. Powiedzieliśmy. Jak padło „historia najnowsza, totalitaryzmy, komunizm”, to się zaczęło. Maszynista zaczął.
- Komunizm, komunizm. Bo teraz to wszyscy tak na ten komunizm, a tak szczerze, to ja wtedy miałem lepiej. Było mnie stać na samochód, mieszkanie, a teraz co? I się handlowało… Na Węgrzech peruki schodziły, to poupychałem te peruki w lokomotywie i jechałem. I porządek był, nie to co teraz. Narkomania, te dżety nie dżety palą. A uderzysz, to cię do sądu poda. A wtedy dostał od ojca, milicjant pałą poprawił i porządek był. Mnie ojciec bił i wyszedłem na ludzi. Jakby nie bił, to sam nie wiem, co by ze mnie wyrosło.
A potem chłopak zadał pytanie, którego ani Michał, ani ja nigdy nie odważylibyśmy się zadać.
- Ile pan miał wypadków?
Na co maszynista, z absolutnym spokojem, odpowiedział:
- Dwadzieścia cztery.
I zaczął wyliczać.
- Pierwszy to było, jak wjechałem w dużego fiata na przejeździe. Pięć osób za jednym zamachem. A, i jeszcze pies był. Potem dwie osoby w starze, drugi star: jedna, dwie w osobowym, kierowca przeżył… To już jest dziewięć? Liczysz? - szturchnął żonę w bok, roześmiał się. - Babcia wyszła na tory. Chłopaki się bawili, kładli się na torach i który ostatni ucieknie: dwóch na raz. Dziadek szedł, trąbiłem, trąbiłem, potem się okazało, że głuchy był…
A my siedzimy, słuchamy i śmiejemy się, histerycznie. Tylko żona maszynisty zachowuje spokój, pewnie dlatego, jak powie później Michał, że już te historie zna. Maszynista wyjaśnia:
- Przy prędkości sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę droga hamowania wynosi półtora kilometra. To co zrobisz? Jak tych chłopaków zobaczyłem, to miałem sto dwadzieścia.
Chłopak dopytuje:
- A samobójcy?
- Samobójcy też. Raz dziewczyna się na torach położyła, zakryła twarz czapką, głowa na szynach. Drugi maszynista mówi: „Hamuj, dziewczyna na torach leży!”. A ja na to: „Co będę hamował, zatrąbię. Zejdzie, to zejdzie - nie zejdzie, to nie zejdzie”. Zatrąbiłem, nie zeszła, walnąłem, głowę obciąłem, poleciała, dopiero zacząłem hamować.