rodzina


Mój brat, wówczas pewnie czteroletni, do kolegi z przedszkola: Nie kłam, to wstyd.
Przedszkolanka do mojego brata, nieco poirytowana: Wstyd to chodzić z gołą pupą.

rodzina


Przedwczoraj był u mnie mój trzynastoletni brat.
Zjedliśmy bób, skończyły nam się tematy. Brat poczuł się niekomfortowo.

- Rozmawiajmy. Rzuć jakiś temat - poprosił.
- Ale nie musimy przecież cały czas rozmawiać. Możemy trochę pomilczeć.
- Nie lubię milczeć - powiedział. - Szukam tematu i nic nie mogę wymyślić - westchnął po chwili. Widać było, że się nudzi.
- Nudzisz się? - zapytałam.
- Mhm.
- Ale dlaczego? Przecież coś robisz, zastanawiasz się, o czym moglibyśmy porozmawiać.
- Ja mam podzielną uwagę.

rodzina


Nie lubiliśmy, kiedy Dorośli byli zbyt blisko. Ze swoimi głupimi nakazami i zakazami tylko nam przeszkadzali. Oni chyba też woleli, żebyśmy trzymali się od nich z daleka. Mówili często „Dzieci do dziecinnego”, „Dzieci do ogrodu” albo „Dzieci na Madagaskar”.
Ale kiedy Dorosłych nie było, kiedy byli pijani albo kiedy spali, czuliśmy się źle. Traciliśmy poczucie bezpieczeństwa. I nie chodziło o strach przed złodziejami i potworami. Z nimi byśmy sobie poradzili. Chodziło o coś dużo poważniejszego - bez Dorosłych rzeczywistość się rozmywała. Usuwała nam się spod stóp. Czuliśmy, że nikt jej nie kontroluje. Jacy by nie byli, Dorośli stanowili jednak gwarancję porządku świata.

Filmy i książki dla dzieci wywoływały we mnie zazwyczaj nieprzyjemny niepokój właśnie dlatego, że bohaterowie większości z nich chociaż byli dziećmi, to nie mieli mamy i taty. Weźmy choćby dobranocki - taki na przykład miś Uszatek. Dzieckiem był ewidentnie, bo wcześnie kładł się spać i spał w piżamie (Dorośli, jak wiadomo, śpią na golasa). A Reksio? A Pszczółka Maja? Smerfy wreszcie? I Kolargol też - chodził nawet do przedszkola. A rodzice gdzie? Widział ktoś kiedyś jego rodziców?
Przedszkole w dodatku nie miało ścian, dachu i podłogi. O ile dobrze pamiętam, były to po prostu stoliki i krzesełka ustawione w lesie.
Bohaterów książek i filmów dla dzieci często przedstawia się bez tła. Stoi taka mama Muminka z patelnią, podrzuca naleśnik - ale wokół jest tylko biała kartka. Żadnej kuchenki, zlewu, stołu, nic! Straszliwa pustka.

Wstawaliśmy zwykle wcześniej niż Dorośli. Te poranki były zawieszone w próżni, przesiąknięte trudną do zniesienia niepewnością, właśnie jakby pozbawione tła. Wiedzieliśmy, że dopóki Oni nie wstaną, życie będzie tkwiło w miejscu. Musieliśmy ich budzić. Nie lubiliśmy tego robić, bo się wtedy gniewali, ale nie było innego wyjścia.
Zaczynaliśmy od budzenia niechcący. Zachowywaliśmy się hałaśliwie, trzaskaliśmy drzwiami, odkręcaliśmy wodę. Jeśli to nie skutkowało, właziliśmy rodzicom do łóżka, szturchaliśmy ich i powtarzaliśmy cichutko „Wstawajcie”.

Raz posunęłam się jeszcze dalej i delikatnie otworzyłam oko mamy. Ku swojemu zdumieniu zamiast tęczówki zobaczyłam białko. Wtedy zrozumiałam, że kiedy człowiek śpi, gałka oczna obraca się o sto osiemdziesiąt stopni - oko patrzy do środka, w głąb mózgu. I widzi sny.

rodzina


Przeprowadziłam się.
W ostatnią sobotę maja młodsza z moich młodszych sióstr i ja wyprawiłyśmy huczną imprezę pożegnalną (około pięćdziesięciu osób, trzech papieży, tańce do muzyki poważnej itd.), a we wtorek się wyprowadziłam. Wczoraj konkubent starszej z moich młodszych sióstr (przy wsparciu starszej z moich młodszych sióstr oraz inkubenta) pomógł mi przewieźć rzeczy.
W starym domu puścił ostatni zawias, na którym trzymały się drzwi wejściowe. Gdyby nie konkubent starszej (który chyba naprawia wszystko, co zobaczy), młodsza z moich młodszych sióstr zostałaby w domu bez drzwi.
Czuję się trochę jak dezerter.

W nowym domu jest fajnie. Mam wielkie łóżko, łazienkę z oknem na klatkę schodową, wysoki sufit, bardzo grube ściany, przeszklone dwuskrzydłowe drzwi między kuchnią a pokojem i dużo miejsca. Pierwszy raz mieszkam sama.

rodzina


Znalazłam kartkę, na której w 2001 roku zanotowałam rozmowę ze swoim trzynastoletnim bratem. Wtedy miał pięć lat.

- Wiesz, śniły mi się kiedyś dwa księżyce… - powiedział.
- Na niebie? - zapytałam.
- Tak, obok siebie. Ale jeden był nieprawdziwy.
- Dlaczego?
- Bo był odbity w wodzie.
- Ale był na niebie, nie w wodzie?
- Na niebie.
- Fajny sen.
- Śnił ci się kiedyś?
- Nie.
- To ci się przyśni.

Następnego dnia mój brat zapytał:
- Co ci się śniło?
- Nie pamiętam - odpowiedziałam.
- Ale ja pamiętam.
- Co mi się śniło?
- Śniły ci się dwa księżyce na niebie. Jeden z nich był odbity w wodzie.

rodzina


Opowiadałam Adamowi, że kiedy byłam mała, mówiłam o sobie w drugiej osobie liczby pojedynczej. Pewnie dlatego, że inni tak się do mnie zwracali. Jesteś głodna, zbudowałaś zamek, musisz iść spać, i tak dalej.
A kiedy robiłam coś obrzydliwego i Dorośli prosili, żebym przestała, odpowiadałam z obleśnym uśmiechem: “Lubisz to robić”.

Chwilę później do naszego pokoju weszła szefowa. Akurat obydwoje rozmawialiśmy przez telefon.
- A, rozmawiasz - powiedziała szefowa. - To potem do ciebie przyjdę.
- Do kogo? - spytałam Adama, kiedy wyszła.
Adam wzruszył ramionami:
- Do ciebie.
Szefowa wróciła po paru minutach.
- Przyszłaś do ciebie? - zapytałam.

Niedługo potem pojawił się Darek. Mieliśmy iść razem do Uli.
- Zadzwoniła do mnie Ula - oznajmił - i powiedziała “Najpierw ty”.
- “Najpierw ty”?
- Tak.
- Ale kto?
- “Ty”.
- Ty?

rodzina


Wieczorami stary dom w P-nie drży w posadach. Dawniej tak nie było. Co najwyżej dzwoniły szyby, kiedy ulicą przejeżdżała większa ciężarówka.
Myślę, że grunt pod fundamentami zamienia się w trzęsawisko. Dom się zapada. Po naszej wyprowadzce zniknie pod ziemią jak ten kościół z ludowych legend. (Swoją drogą, z tego, co widzę w internecie, w Polsce jest bardzo dużo zapadniętych kościołów.) Na powierzchni zostanie tylko antena. Czasami będzie tam słychać stłumione bicie zegara. I tyle.

Robię zdjęcia, żeby coś po tym domu zostało. Można je obejrzeć w galerii, tutaj.
Na razie nie jest ich dużo, ale to dopiero początek.

rodzina


Starsza z moich młodszych sióstr jest w ciąży. Bardzo się tym przejmuję, a ją to wzrusza.
Chociaż to dopiero czwarty miesiąc, siostra ma już całkiem spory brzuch, który w dodatku w zastraszającym tempie się powiększa. Niewykluczone, że jej dziecko też ma w brzuchu dziecko i to dziecko ma w brzuchu dziecko, i to dziecko ma w brzuchu dziecko, i tak dalej.
Bo na przykład koleżanka z pracy, która też jest w czwartym miesiącu, wcale nie ma brzucha. Za to dręczą ją migreny. Podejrzewam, że płód zagnieździł się w mózgu, jak jajo tasiemca albo Atena.

rodzina


Mieszkałam kiedyś na Śląsku, przez parę lat.
Moje życie wyglądało wtedy trochę inaczej. Na przykład starałam się gotować obiady.
Podchodziłam do sprawy systematycznie. Zupa ogórkowa. Telefon do mamy.
- Cześć, mamo. Jak się robi zupę ogórkową?
- Więc tak. Bierzesz ziemniaki…
- Ile?
- Nie wiem ile, na oko.
- Jak to na oko?
- No, jakiś kilogram.
- A ile to jest ziemniaków? Ile sztuk?
- Nie wiem.
- Oj, proszę, tak z grubsza.
- Z grubsza siedem.

Potem szłam do warzywnioka na winklu.
Sąsiad mówił:
- Dej mi no kartofli.
- Wiela? - pytała ekspedientka.
- Pół kila.
- Dzień dobry - mówiłam ja. - Poproszę ziemniaki.
Ekspedientka przełączała się ze śląskiego na polski.
- Ile?
- Siedem.

rodzina


W zeszłą niedzielę pojechałam na rowerze do P-c, odwiedzić rodziców. Wracałam po zmroku, padał deszcz. Jechałam dość szybko, prawie trzydzieści na godzinę. W którymś momencie zniosło mnie na pobocze. Chciałam wrócić na drogę, ale nie zauważyłam różnicy poziomów.
Po ułamku sekundy zorientowałam się, że leżę na boku, z twarzą na ziemi, a lewe szkło okularów z jednej strony dotyka mojego oka, z drugiej asfaltu.
Wstałam, obmacałam się, żadne kości nie wystawały. Wytarłam nos wierzchem dłoni - krew. Splunęłam na rękę - zęby na miejscu. Zdjęłam okulary - trochę się wykrzywiły. Rower w porządku. Na liczniku trzy duże krople krwi. Odczekałam chwilę - nie kręciło mi się w głowie. Obejrzałam się w lusterku wstecznym - krew w obu dziurkach od nosa, łuk brwiowy rozcięty. Miałam do przejechania jeszcze jakieś dwadzieścia pięć kilometrów.
W domu odkryłam otarcia na kostkach prawej dłoni, gigantycznego siniaka na lewym biodrze, mniejsze na łokciu, nadgarstku i nosie.

Następnego dnia rano miałam eleganckie limo. Kupiłam sobie sukienkę pod kolor i żel na stłuczenia „Siniak Żel”.
W pracy stwierdziliśmy, że można do mojego podbitego oka dorobić opowieść heroiczną. Zaczęłam:
- Idę ja sobie w niedzielę, aż tu nagle patrzę i co widzę? Po drugiej stronie ulicy chłopiec, mały, dziesięć lat, nie więcej. I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z łokmena. Nie… Z diskmena. Nie, cholera… Wyskakuj z empetrójki. Kiepsko brzmi… I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z komóry…

Wczoraj byłam w Cafe A. Barmanki są tam bardzo bezpośrednie, więc nie zdziwiłam się zbytnio, kiedy jedna z nich podając mi piwo, zapytała:
- A co się pani stało?
- Wywaliłam się na rowerze.
Spojrzała na mnie spode łba. Widać było, że nie wierzy.
- Wygląda pani, jakby ktoś panią pobił.
- Nie pozwoliłabym.
Nie przekonało jej to.
- Niech się pani tak nie daje.