przemiany


Wieczorami stary dom w P-nie drży w posadach. Dawniej tak nie było. Co najwyżej dzwoniły szyby, kiedy ulicą przejeżdżała większa ciężarówka.
Myślę, że grunt pod fundamentami zamienia się w trzęsawisko. Dom się zapada. Po naszej wyprowadzce zniknie pod ziemią jak ten kościół z ludowych legend. (Swoją drogą, z tego, co widzę w internecie, w Polsce jest bardzo dużo zapadniętych kościołów.) Na powierzchni zostanie tylko antena. Czasami będzie tam słychać stłumione bicie zegara. I tyle.

Robię zdjęcia, żeby coś po tym domu zostało. Można je obejrzeć w galerii, tutaj.
Na razie nie jest ich dużo, ale to dopiero początek.

przemiany


Mieszkałam kiedyś na Śląsku, przez parę lat.
Moje życie wyglądało wtedy trochę inaczej. Na przykład starałam się gotować obiady.
Podchodziłam do sprawy systematycznie. Zupa ogórkowa. Telefon do mamy.
- Cześć, mamo. Jak się robi zupę ogórkową?
- Więc tak. Bierzesz ziemniaki…
- Ile?
- Nie wiem ile, na oko.
- Jak to na oko?
- No, jakiś kilogram.
- A ile to jest ziemniaków? Ile sztuk?
- Nie wiem.
- Oj, proszę, tak z grubsza.
- Z grubsza siedem.

Potem szłam do warzywnioka na winklu.
Sąsiad mówił:
- Dej mi no kartofli.
- Wiela? - pytała ekspedientka.
- Pół kila.
- Dzień dobry - mówiłam ja. - Poproszę ziemniaki.
Ekspedientka przełączała się ze śląskiego na polski.
- Ile?
- Siedem.

przemiany


Biorę z półki książkę, którą dostałam od Marcina. Dostałam już jakiś czas temu, 23 grudnia zeszłego roku. Wiem, bo zapisałam tę datę na stronie przedtytułowej, razem ze swoim imieniem i nazwiskiem. Często tak robię.

Przerzucam kartki. Na piątej stronie - wpisana przez Marcina dedykacja:
…a mąż kupił wczoraj kapustę i była za słona (to tak à propos niespodziewanego prezentu)
twój brat Marcin.

A obok, na stronie redakcyjnej, dopisane przeze mnie ołówkiem uzupełnienie:
…więc kapustę trzeba było wypłukać, ale wtedy zrobiła się za mało kwaśna, więc trzeba było dodać cytryny. I nie jest to historia o mężu, ani o kapuście, ale o ZMIANIE. O przemianach.

przemiany


Znalazłem niedawno lusterko, z tych małych, okrągłych, które z jednej strony są normalne, a z drugiej - powiększające. Leżało w lewej szufladzie kredensu, razem z młotkiem, kilkoma pokrzywionymi śrubokrętami, kawałkiem sznurka i pokrywkami od słoików. Pewnie po Marcie zostało. Albo po którejś z córek.
Z normalnej strony wyglądałem normalnie. Z powiększającej - dużo starzej. Nie wiedziałem, że mam tyle zmarszczek. Nie żeby mnie to bardzo zmartwiło. Nie czuję się stary. Zresztą i tak nie wyglądam na swoje lata. Nigdy nie wyglądałem, to rodzinne. Po prostu się zdziwiłem.

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do młodych ludzi. Patrzę, przyglądam się. W tramwajach, autobusach, na ulicy, w metrze. Dyskretnie, rzecz jasna. Podchodzę blisko, ale nie za blisko. W pracy czasem proszę o pomoc koleżankę z pokoju obok - że niby czegoś nie umiem na komputerze. Umiem doskonale. Koleżanka jest śliczna, kiedy tak z przejęciem tłumaczy. Nie, nic od nich nie chcę. Koleżanka mogłaby być moją córką. To nie to. Chcę tylko patrzeć. Być blisko. Chłonąć.

Młodzi ludzie mają tę ogromną przewagę nad resztą świata, że są młodzi. Zazwyczaj jest to ich jedyna przewaga. Ale za to miażdżąca.
I wszyscy są piękni - ponieważ są młodzi. Większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Bywają śmiesznie smutni. Przeżywają takie same i od pokoleń te same problemy, które mają czynić ich wyjątkowymi. Zwykle są naiwni i niezbyt mądrzy. Ale to tylko dodaje im uroku.
Nie, naprawdę nic od nich nie chcę. Po prostu lubię czasem usiąść obok, w autobusie na przykład, i dać się zmiażdżyć.

Parę tygodni temu coś dziwnego stało się z moim językiem. Złapał mnie skurcz. Bolało jak jasna cholera. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem usta, spojrzałem w lustro. Mój język zwinął się w trąbkę i za nic nie chciał się rozprostować. Następnego dnia odwiedziłem doktora R. Dał mi jakiś zastrzyk, który nie pomógł, przepisał leki przeciwbólowe i rozkurczowe, kazał smarować metadozyną i przyjść na kontrolę za tydzień. Po paru dniach ból ustąpił, ale język wciąż pozostawał zwinięty. Nie było to zbyt wygodne. Trąbka bardzo przeszkadzała w mówieniu, utrudniała połykanie, musiałem ją płukać po każdym posiłku, bo zbierały się w niej resztki jedzenia.

Nadszedł dzień wizyty kontrolnej. Wsiadłem do autobusu. Rozejrzałem się. Przy drugich drzwiach, pod oknem, siedział młody chłopak. Był piękny.
Zwykle nie siadam tak blisko, ale tym razem czułem, że muszę, muszę jak najbliżej. Że każda odległość będzie za duża.
Spuściłem wzrok. Uspokoiłem oddech. Zganiłem się w myślach.
- Można? - zapytałem, sepleniąc.
- Tak, proszę. - Miał rozkoszną chrypkę.

Usiadłem. I wtedy moja trąbka drgnęła. Drgnęła i zaczęła pęcznieć. Naprężyła się. Usłyszałem szum swojej krwi i łomot serca. Delikatnie rozchyliłem wargi. Wysunąłem koniuszek nabrzmiałego języka. Troszkę, tylko troszeczkę. Jeszcze trochę… I gwałtownie wciągnąłem powietrze. Przeszedł mnie dreszcz, zacisnąłem pięści, głowa poleciała do tyłu, mimowolnie jęknąłem.

Chłopak zadrżał. Znieruchomiał. Westchnął, jakby coś z niego wypuszczono, jakby coś z niego zeszło, jakby mu ulżyło. Spojrzał na mnie niepewnie. Miał niesamowicie jasne oczy. Jak ten najmniejszy chłopiec z serialu Stawiam na Tolka Banana (ale o czym ja, przecież nie możecie tego pamiętać). I w tych jego jasnych oczach było zdziwienie i, ja wiem, coś jak prośba i pytanie, coś jak wymieszana z wdzięcznością skarga. Miałem ochotę paść mu do stóp, uściskać, błagać o wybaczenie, podziękować, wyznać miłość. Zamiast tego uśmiechnąłem się tylko słabo. Blado. Nieprzekonująco.

Wysiadłem na następnym przystanku. Zapaliłem papierosa. Trochę drżały mi ręce. Spojrzałem w niebo. Poczułem się znowu młody. Poczułem się, jakbym już zawsze miał być młody.

Doktor R. zajrzał mi do ust i parę razy szturchnął moją trąbkę zimną metalową szpatułką.
- Hm, tak - pomrukiwał - tu się zrosło, tutaj zgrubienie, zanik naczyń, przerost tkanki… Wszystko się zgadza… - Usiadł przy biurku. - No cóż. To nic takiego, dość częsta w tym wieku choroba. Pański język zamienił się w ssawkę do forewerjangu. - Nie słuchałem go. Wsłuchiwałem się w siebie. Rozpierała mnie energia. Krew buzowała. Serce podskakiwało, radośnie i trochę głupio. - To się łatwo leczy. Jeśli pan chce - spojrzał na mnie z powątpiewaniem - jedna prosta operacja załatwi sprawę.

przemiany


- Opowiedzieć ci coś strasznego? - zapytała niedawno młodsza z moich młodszych sióstr.
- Opowiedz.

Ludwik podarował jej swego czasu dwie myszki japońskie, samiczki. Ostatnio zaczęły się dziwnie zachowywać. Chowały się po kątach klatki, wytrzeszczały oczy, dygotały. Po kilku dniach jedna zdechła, a druga wpełzła do zainstalowanego w klatce drewnianego domku i długo nie wychodziła. Gdy wreszcie zaniepokojona siostra podniosła daszek, zobaczyła swoją mysz z dziewięciorgiem szarych mysząt.
Minęło parę dni. Którejś nocy siostra usłyszała, że w mysim domku coś hałasuje. Kiedy podeszła, żeby zajrzeć do środka, z klatki czmychnęła dzika mysz.

Pod nieobecność siostry karmiłam myszkę pokruszonym chlebem. Czułam się wtedy nieswojo. Myślałam o złu, które się wydarzyło. Młode cichutko popiskiwały w trocinach. Nie byłam ciekawa, jak wyglądają.
Potem, kiedy otworzyły im się oczy i uszy, zaczęły wychodzić na zewnątrz i przeciskać się między prętami. Zanim włożyłam klatkę do wysokiego tekturowego pudła, dwie myszki uciekły. Jedną złapałam, druga pobiegła do pokoju obok. Szukałam, nie udało mi się jej znaleźć.

Siostra wróciła i przeniosła całą zawartość klatki do pudła. Myszki biegały, właziły jedna na drugą i zagrzebywały się w trocinach. Zaniepokojona matka bez przerwy je odkopywała.
Weterynarz powiedział, że młode są dzikie i nie uda się ich oswoić. Trzeba odczekać jeszcze ze dwa tygodnie, żeby dorosły, a potem wywieźć co najmniej dziesięć kilometrów od domu i wypuścić na wolność. Przed upływem tygodnia przegryzły się przez tekturę i rozbiegły po pokoju. Siostra złapała wszystkie i wywiozła na górki nad zalewem.

Minął mniej więcej miesiąc. W sieni zaczęło śmierdzieć. Z początku myślałam, że coś psuje się w lodówce. Sprawdziłam. Nic się nie psuło. Stwierdziłam, że to śmieci i wyniosłam je na zewnątrz. Nie pomogło. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Coś zdechło pod schodami. Śmierdziało padliną. I było coraz gorzej. Dławiący, słodkawy odór wpełzał po schodach do mansardy, w której suszymy pranie. Przechodząc tamtędy trzeba było wstrzymywać oddech.

W czwartek wieczorem siostra zapowiedziała, że następnego dnia sprawdzi, co tam jest. Spojrzałam na nią ponuro:
- Pewnie coś dużego…
W piątek po południu zadzwoniła. Pod schodami stoi wysoka kamionkowa kadź. I w tej kadzi siostra znalazła gnijące zwłoki małej szarej myszki.

przemiany


Jeżdżę do pracy pociągiem. Stacja, na której wysiadam, jest nieduża. Peron z jednej, peron z drugiej, ławeczki, tablica, tyle. Później jakieś dziesięć minut na piechotę. Chodzę na skróty. W dół z nasypu i rozjeżdżoną gruntową drogą, która po deszczu zamienia się w gliniaste bajoro. Kiedyś były w tej okolicy domy z ogródkami. Teraz są chaszcze. W gęstwinie można dojrzeć zdziczałe drzewa owocowe, poprzerastane chwastami krzaki porzeczek, resztki ogrodzeń, śmieci, kupki gruzu. Za chaszczami jest plac budowy, kilka całkiem nowych domów, potem już normalnie. Sklep, asfalt, chodnik.
Ostatnio często pada i na drogę wyłażą ślimaki bez skorupek. Mnóstwo. Pełzają albo leżą martwe. Martwe wyglądają, jakby rozpuściły się z nadmiaru wilgoci. Do śliskiej plamy zlatują muchy o tęczowo lśniących odwłokach i schodzą inne pomrowy. Zjadają zwłoki.

Kiedy przyjeżdżam wcześniejszym pociągiem, za każdym razem trafiam na samochód. Za każdym razem ten sam. Osobowy, żółty z niebieskim napisem “Poczta Polska”. Stoi z włączonym silnikiem w miejscu, gdzie do błotnistej drogi dochodzi prowadząca z nasypu ścieżka. Kierowca, młody ciemnowłosy chłopak, czasem siedzi w środku, z rękami założonymi za głowę i nieruchomo patrzy przed siebie. A czasem. No właśnie. A czasem stoi w krzakach, tuż koło drogi, i sika. Jeszcze żeby chociaż odwrócił się do drogi plecami. Ale nie. Prawie na drogę sika. Albo w kierunku, z którego idę.

I zastanawiam się. Po pierwsze: Dlaczego on z tym samochodem tam stoi? Czy złośliwie, żeby listy dostarczyć z opóźnieniem? Czy czeka na coś albo na kogoś? A po drugie: Czemu tak bezwstydnie sika? Za pierwszym razem pomyślałam, że się nie spodziewał. Wymieniliśmy spojrzenia, poczułam się niezręcznie, sądziłam, że on także. Ale za drugim razem? Za kolejnym? Musiał wiedzieć.

Kiedy przyjeżdżam późniejszym pociągiem, samochodu nie ma. Mijam miejsce, w którym zwykle stoi, patrzę w chaszcze. Pusto. Wydeptana ścieżka, trochę śmieci, zbutwiałe deski. Idę, patrzę w chaszcze i myślę: Tutaj sika listonosz.

przemiany


Od jakiegoś czasu znowu mieszkam w domu, w którym spędziłam dzieciństwo. Nie potrwa to długo, bo dom już nie należy do nas, ojciec musiał go sprzedać Zarządowi Dróg. Wybudował nowy, trzydzieści kilometrów dalej, w P-cach.
Wkrótce nikogo tutaj nie będzie. Ojciec mieszka w nowym domu, pojawia się rzadko. Mama coraz więcej czasu spędza z ojcem. Starsza z moich młodszych sióstr wyprowadziła się parę lat temu, młodsza nie zawsze wraca na noc. Dwunastoletni brat po wakacjach zamieszka z rodzicami w P-cach. Ja chcę coś wynająć w mieście, w którym pracuję.

Dom ma jakieś sto dwadzieścia lat. Stoi w wielkim zapuszczonym ogrodzie. Skoro już prawie tu nie mieszkamy, nie chce nam się o to wszystko dbać. Sprzątamy rzadko, nie robimy remontów. Dom upada, ogród się rozrasta.
Dach komórki zawalił się i obrósł mchem. Rośliny pną się po ścianie, do okna, włażą wszędzie, zwieszają się górą przez płot opuszczonego od wielu lat ogrodu sąsiadki. W zaroślach lęgną się dziwne płochliwe ptaki. W rynnach  zalegają butwiejące liście. W kuchni mieszkają myszy, które wygryzają tunele w chlebie. W łazience, pod prysznicem, pojawiły się ślimaki bez skorupek. Za muszlą klozetową wyrosła anemiczna roślinka. Ktoś ją później wyrwał, chyba się zawstydził. Woda smakuje, jakby w studni coś się utopiło. Wieczorem zlatują się ćmy i wyłażą ogromne pająki, które potrafią godzinami tkwić w bezruchu. Brat - z właściwym sobie ponurym fatalizmem - mówi, że to inwazja. Nocą w ścianach coś biega i chrobocze. Wszystko oblepia wilgoć. Powietrze w domu ma zatęchły, trochę kwaśny zapach. Tak pachną wnętrza bardzo starych szaf, od dawna nienoszone ubrania, książki z nalotem pleśni na pofałdowanych kartkach. Noszę ten zapach na sobie.
Przed zaśnięciem myślę czasem o roślinach, które wtargną do środka, kiedy już nikogo tutaj nie będzie.

przemiany


Rozmawiam z Olem o pornografii. Że na Śląsku w kiosku te gazety tak na wierzchu. Gwałt przez oczy.
A Olo mówi, że takie gazety są coraz mniej popularne, że teraz jest pornografia w internecie, a w kioskach to niedługo będzie tylko “Poradnik Działkowca”.
- “Poradnik Działkowca”? Olo, to nie pornografia?! Pomyśl tylko. Grządki. Rowki. Nasiona. Kompost. Butwiejące liście. I ślimaki, które uwielbiają to jeść…