- Opowiedzieć ci coś strasznego? - zapytała niedawno młodsza z moich młodszych sióstr.
- Opowiedz.
Ludwik podarował jej swego czasu dwie myszki japońskie, samiczki. Ostatnio zaczęły się dziwnie zachowywać. Chowały się po kątach klatki, wytrzeszczały oczy, dygotały. Po kilku dniach jedna zdechła, a druga wpełzła do zainstalowanego w klatce drewnianego domku i długo nie wychodziła. Gdy wreszcie zaniepokojona siostra podniosła daszek, zobaczyła swoją mysz z dziewięciorgiem szarych mysząt.
Minęło parę dni. Którejś nocy siostra usłyszała, że w mysim domku coś hałasuje. Kiedy podeszła, żeby zajrzeć do środka, z klatki czmychnęła dzika mysz.
Pod nieobecność siostry karmiłam myszkę pokruszonym chlebem. Czułam się wtedy nieswojo. Myślałam o złu, które się wydarzyło. Młode cichutko popiskiwały w trocinach. Nie byłam ciekawa, jak wyglądają.
Potem, kiedy otworzyły im się oczy i uszy, zaczęły wychodzić na zewnątrz i przeciskać się między prętami. Zanim włożyłam klatkę do wysokiego tekturowego pudła, dwie myszki uciekły. Jedną złapałam, druga pobiegła do pokoju obok. Szukałam, nie udało mi się jej znaleźć.
Siostra wróciła i przeniosła całą zawartość klatki do pudła. Myszki biegały, właziły jedna na drugą i zagrzebywały się w trocinach. Zaniepokojona matka bez przerwy je odkopywała.
Weterynarz powiedział, że młode są dzikie i nie uda się ich oswoić. Trzeba odczekać jeszcze ze dwa tygodnie, żeby dorosły, a potem wywieźć co najmniej dziesięć kilometrów od domu i wypuścić na wolność. Przed upływem tygodnia przegryzły się przez tekturę i rozbiegły po pokoju. Siostra złapała wszystkie i wywiozła na górki nad zalewem.
Minął mniej więcej miesiąc. W sieni zaczęło śmierdzieć. Z początku myślałam, że coś psuje się w lodówce. Sprawdziłam. Nic się nie psuło. Stwierdziłam, że to śmieci i wyniosłam je na zewnątrz. Nie pomogło. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Coś zdechło pod schodami. Śmierdziało padliną. I było coraz gorzej. Dławiący, słodkawy odór wpełzał po schodach do mansardy, w której suszymy pranie. Przechodząc tamtędy trzeba było wstrzymywać oddech.
W czwartek wieczorem siostra zapowiedziała, że następnego dnia sprawdzi, co tam jest. Spojrzałam na nią ponuro:
- Pewnie coś dużego…
W piątek po południu zadzwoniła. Pod schodami stoi wysoka kamionkowa kadź. I w tej kadzi siostra znalazła gnijące zwłoki małej szarej myszki.