podróże


[Na razie pierwszych siedem dni, wkrótce uzupełnię o następne. Zdjęcia można oglądać tutaj.]

Do Szklarskiej Poręby jadę kuszetką z dwojgiem Anglików. Czytam W krupniku rozstrzygnięć. W nocy pęka szyba w oknie na korytarzu albo ktoś ją wybija; podczas kolejnych postojów konduktor usuwa resztki szkła kijem od szczotki a później urękawiczoną dłonią. Anglicy wysiadają nad ranem we Wrocławiu, wkrótce potem śni mi się, że ktoś usypia mnie chloroformem. Budzę się z ogromnym wysiłkiem.

W pekaesie ze Szklarskiej Poręby do Świeradowa-Zdroju pasażerka mówi do drugiej pasażerki: “To jest Zakręt Śmierci. Jakbyś skoczyła, tobyś się zabiła, tak jest głęboko”. Notuję.
W Świeradowie piję kawę w domu zdrojowem. Wyznaję Szumonowi w esemesie, że jakkolwiek xiężne bawiące u wód są niemal bez wyjątku olśniewające, urocze, miłe, takkolwiek, niech wolno mi to będzie powiedzieć, samotność cenię sobie o wiele więcey, a nad uciechy kurortów piękno przyrody po stokroć przedkładam.
Po drodze do schroniska na Stogu Izerskim na jednym z kamieni zauważam napis DROGA MIŁOŚCI I SZCZĘŚCIA. Kawałek dalej, na innym kamieniu, ale na tej samej drodze: DROGA MĘKI, BÓLU I ROZPACZY.
W recepcji schroniska rozmawiam z dziewczyną, pokój wieloosobowy, za ile, na ile.
- Czy boi się pani pająków? - Może w pokoju są pająki. Dziewczyna przygląda mi się z dziwną intensywnością. Zaczyna do mnie docierać.
- Trochę…
- Bo ma pani jednego na plecaku.
Wieczorem wychodzę sfotografować tabliczkę UWAGA ŻMIJOWSKO. WSTĘP WZBRONIONY.

Minąwszy nieczynną kopalnię kwarcu, spotykam starego geologa. Dowiaduję się od niego, że białe kamyki, które wzięłam z drogi, to właśnie kwarc, czyli tlenek krzemu, es i o dwa. A to błyszczące na ich powierzchni to krzem, w postaci heksagonalnych piramidek, to znaczy - o heksagonalnym przekroju.
Docieram do schroniska przy wodospadzie Kamieńczyka, rozmawiam chwilę ze zjaranym miejscowym, na koniec on życzy mi wszystkiego najmilszego, a ja jemu wszystkiego dobrego.

Rano kupuję bilet wstępu do wodospadu, złotych pięć, plastikowy kask przy wejściu, dostęp w godz. 9-17, skandal. Schodki barierki, mnóstwo ludzi, jakaś autystyczna dziewczynka chodzi wte i wewte i fałszywie gra na fujarce.
Drogę na Szrenicę wybrukowano pułapką epistemologiczną - czymś, co jest jednocześnie płytą chodnikową i kamieniem. Że Niemiec, któren tu ongi urzędował, uczynił te góry w wielu miejscach tak łatwo dostępnymi, pętają się po nich grubotyłe dresówny, parobcy adidasosostopi, aktywnie wypoczywający starcy z nordikijami i dzieci przedwcześnie otłuszczone, tępospodełba patrzące. Irytuje mnie to i boli. Zwłaszcza te spojrzenia.
Za Szrenicą pogoda się psuje i całe to kuche-kluche-zimmer-frei znika jak ręką odjął. Idę sama w poziomym deszczu, to znaczy we właśnie skraplającej się chmurze i w silnym wietrze zarazem. Przy Śnieżnych Kotłach, wychylając się nad brzegiem urwiska, widzę tylko mgły kotłujące się w kotlinie i jestem rozczarowana, że samej kotliny nie zobaczę. Ale wtem wiatr wieje jeszcze mocniej, o mało mnie nie zdmuchuje, trzepocą spłoszone moje talejrandy - i moim oczom ukazuje się widok. Widok robi na mnie duże wrażenie.
Schronisko na Przełęczy Karkonoskiej całe gwiżdże od wiatru. Najbardziej przejmująco wyje kratka wentylacyjna w łazience.

Na Śnieżce tłumy. Przeszkadzają mi oglądać mgły, włażą w kadr. Potem nikogo, bruk ze stojących ludzi, tęcza, ścieżka ze złotych i srebrnych kamieni, las muchomorów.

Schodzę do Niedamirowa, drogą idzie wariatka. Siwa, gruba, na spuchniętych nogach. Do ubrania, torebki i plecaka ma poprzyszywane koraliki, kawałki futerka, sznureczki. Idzie, śpiewa “Nie płacz, kiedy odjadę”, kręci młynka torebką, krzyczy “Juuu-hu!”. Zatrzymuje się, kiedy nadjeżdża kombajn. Mijam ją, mówi: “Ale se majtki pani machła! - Mam krótkie spodenki. - Ja se nie machłam, bo jestem zakonnicą. Specjalną”. Uśmiecham się do niej, idę dalej. Spotykamy się pod sklepem. Do otwarcia, o 15, zostało pół godziny. W tym samym budynku jest punkt biblioteczny - wychodzi stamtąd mężczyzna z butelką piwa. Wariatka wkurza się nie na żarty, krzyczy: “Będzie mi tu chrząkał butelką, jak idę! Na rozstrzelanie! Tak prawo kościelne mówi!”.
- Będziemy pili dzisiaj alkohol? - zwraca się do mnie. Kiwam głową. - A za mnie?
- Za pani zdrowie? - Przytakuje. - Dobrze.
A potem ona mówi do siebie, a ja notuję na komórce: “Trzoda chlewna, że na nią miejsca w piekle nie ma! Cała wieś zła. Cała wieś zła. Ja to alkoholiczka jestem od dziecka. Kupię spirytus z szyszek. Innego nie ma. Będzie mi tu chrząkał… I taki wysoki, a mu nie wstyd! Ja to niska jestem jak chuj. Cała wieś zła. Bo my wszyscy jesteśmy winni, wszyscy głosujemy za wojną”. A potem inscenizuje rozmowę między lekarzem (względnie - Adolfem Hitlerem) a pielęgniarką. Zmienia głos, intonację: “Proszę podnieść poziom trucizny w alkoholu! Proszę wykonać rozkaz!”. Przyjeżdża sprzedawczyni, otwiera sklep. Wchodzimy. Kupuję piwo, jogurt i żółty ser. A wariatka “Dwa chleby, margaryny dwie. Dwa chleby, margaryny dwie. I mielune. Mielune”. Idę za wieś, siadam przy polu pod drzewem i piję zdrowie wariatki.
Tego samego dnia docieram do Lubawki (Marcin powie później, że Lubawka to takie miejsce, gdzie w starożytności ludzie przyjeżdżali się lubić) i natychmiast się w niej zakochuję. Zabytkowy zapuszczony rynek nazywa się Plac Wolności. Zatrzymuję się w stojącym przy tymż placu hotelu Lubavia. W holu wisi kartka z napisem ZAKAZ SPOŻYWANIA ALKOHOLU NA HOLU!!! W zapadającym zmroku spaceruję po mieście. Odkrywam ogromny (co dziwne w tak małej miejscowości) zrujnowany dworzec kolejowy. Siadam z piwem w podcieniach na rynku, przysłuchuję się rozmowie chłopców. “Chodź, idziemy”. “O Jezusie brodaty, a ja tak sobie fajnie usiadłem!”

W hotelowej restauracji, przy porannej kawie, słyszę, jak jakaś kobieta, zaciągając, mówi do telefonu: “Bohatemu to i byk się ocieli”.
W pekaesie do Kamiennej Góry notuję rozmowę -
DZIEWCZYNKA: Mama, a gdzie jest koniec świata?
MATKA: Nie ma. Bo świat jest okrągły. Jest okrągła kulą.
W Kamiennej Górze kupuję namiot za jedyne 39,90.
W peakesie do Boguszowa-Gorc kierowca wzdycha: “Tak wszystkie poprostować drogi, panie… Te serpentyny nasze”.
W Boguszowie sprzedawczyni zapytana o drogę do dworca udziela mi instrukcji, którą odnotowuję w pamięci: “Za rzeźnikiem w lewo”. Rzeźnik okazuje się sklepem mięsnym.

Idę przez przelotne deszcze, które później przechodzą w deszcze stałe i obfite. Zaobserwuję wodę ściekającą strumieniami po gładkich pniach buków. Przemoknę. Wchodząc bez wahania do strumieni będę rozmyślać o niespodziewanym poczuciu wolności, jakie daje odrzucenie pewnych konwencjonalnych ograniczeń. Będę miała nawet nadzieję - płonną, jak się potem okaże - że ta woda dobrze butom zrobi: wypłuczą się, może po następnym przemoczeniu mniej będą śmierdziały.
W lesie rosną zielone grzyby. Spotykam czarownicę, jest bardzo stara. Pomarszczona, bezzębna, z niesamowicie jasnymi oczami. Towarzyszy jej dużo młodsza kobieta, pewnie córka lub wnuczka. Ta młodsza pyta:
- A pani tak sama?
- Sama.
- Nie boi się pani? - Pyta stara.
- Nie boję.
- I bardzo dobrze - odpowiada. - Ja sama tyle lat chodzę, na grzyby, nie boję się.
- Do lasu, sama… - mówi ta młodsza. - Ja bym… Ja to bym ze strachu… Nie wiem…
- W majtki byś narobiła - mówi stara.

podróże


Dwaj dresiarze w tramwaju. Ogolone głowy, tatuaże, wybite zęby.
Dresiarz 1: Ja nie jestem bandziorem.
Dresiarz 2: No… A jak mi się kiedyś śmiać chciało, jak ty powiedziałeś, czekaj, bandyta? Nie, gangster powiedziałeś. Bandyta, gangster - nie ma czegoś takiego w Polsce. Zbir, łotr - to tak…

podróże


Przesiadam się zwykle na przystanku tramwajowym nieopodal tego, co zostało z Największego Bazaru w Mieście. Nie zostało dużo, bazar dogorywa. Podobno w przyszłą sobotę mają go ostatecznie zlikwidować.
Granice między miastem a bazarem są płynne i ruchome. Tuż obok wiaty przystanku starsi panowie i zniszczone kobiety rozkładają towary na stolikach turystycznych, na barierkach odgradzających tory od chodnika wiszą kwieciste bluzki, w spalonej słońcem trawie leżą parasole. Przy pasach kręcą się śniadzi mężczyźni, szepczący ochryple „Papierosy… Spirytus…”. Papierosy / spirytus trzymają w czarnej torbie pod latarnią. Pobliski tojtoj rozsiewa wokoło specyficzny zapach starego moczu i perfumowanych środków dezynfekujących.

Czasami nagle robi się dziwnie nerwowo. Handlarze błyskawicznie zwijają swoje towary i znikają. Wtapiają się w tłum. Właśnie tędy przechodzili, wysiedli z tramwaju, czekają na tramwaj. Starszy pan nie jest już wystarczająco szybki, lekko drżącymi rękami zbiera ze zdezelowanego stolika wyliniałe nakręcane szczury. Znika w ostatnim momencie. Policjanci idą dalej.

Wieczorem na przystanku jest pusto.
Wczoraj doszło tam do sprzeczki między motorniczym tramwaju a pasażerem. Ogolony na zero chłopak wysiadł i spokojnie przechodził przez tory. Śmiał się głośno i w odpowiedzi na obelgi motorniczego odkrzykiwał: „Frajer!”. Motorniczy, zdławionym od emocji głosem, wrzeszczał za nim przez okienko: „Na końskim chuju psu podawany!”.

podróże


P-no, dworzec PKP chwilę przed dziewiątą rano. Siadam na ławce, po chwili dosiada się starsza pani i zaraz druga.
- O, dzień dobry. Z targu?
- Z targu, z targu. Pory kupiłam, dwadzieścia groszy sztuka, posadzę, do zupy dobre, do wszystkiego; wie pani, wzmacnia smak.

Zakładam słuchawki, ale empetrójka natychmiast się rozładowuje. Przysłuchuję się więc rozmowie, najpierw mimowolnie, potem coraz uważniej. To nie jest zwyczajna rozmowa, nie służy wymianie informacji i poglądów, kobiety nie spierają się, ani nie utwierdzają nawzajem w swoich przekonaniach, pojawiają się wprawdzie opinie i fakty, ale wyłącznie w roli pretekstu - to raczej obrzęd, coś, co się celebruje, coś stanowiącego cel sam w sobie.

- Co za pogoda. I ciągle pada. Słyszałam, że to przez ten wulkan.
- A wie pani, bardzo możliwe. Chmura była, na słońcu się jakieś zaćmienia porobiły pewnie…
- U mnie wszystko potopione, ziemniaki potopione, na polu woda stoi.
- Ale to nic; jak pomyślę, co mają te ludzie, gdzie największa powódź była… Biedne ludzie!

I kobieta, która kupiła pory po dwadzieścia groszy sztuka, zaczyna lamentować. Mówi ze śpiewną intonacją, frazy zataczają kręgi i wracają w jednostajnym rytmie. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek miałby użalać się nade mną, chciałabym, żeby tak właśnie to robił.
- Biedne ludzie! Gdzie oni znajdą siły, żeby teraz to wszystko odbudować, gdzie? Domy potopione, samochody potopione, pola potopione, biedne ludzie! Jak ja to w telewizji widzę, jak nieraz telewizor włączę, to mnie się płakać chce. Gdzie oni siły znajdą, pieniądze gdzie? Całe życie człowiek harował, a tu woda przyszła i wszystko zabrała. I za co to? Co te ludzie winne? Nic nie winne. A złodzieje, oszuści, chodzą sobie, nic im się nie dzieje. Nie ma sprawiedliwości. I te ludzie, takie biedne! Woda cały dobytek zabrała, siły zabrała, wiarę w Boga zabrała. A to najgorsze.

- Tak jak ten Ratzinger powiedział, jak w Oświęcimiu był. Patrzy na to wszystko, na te baraki, na te piece, i mówi: Boże gdzieś ty był?
- No właśnie. Bo gdzie? Nie było go.
Druga kobieta zawahała się, poprawiła się na ławce, sapnęła.
- Aby nie zgrzeszyć, aby nie zgrzeszyć.
- Ale! Tam u mnie to księża się pobudowali, w takim wielkim domu żyją, pięciu ich tam mieszka, a nie ma za co nowego dachu na kościele położyć. Kościołów nie budują, tylko domy dla swoich rodzin. Pani, to jest biznes! Miliard wiernych, niech każdy po złotówce da, jakie to są pieniądze!
- U mnie w parafii to na tacę idą papierowe.
- Papierowe?
- A jak! Dziesiątki, dwudziestki, pięćdziesiątki…

Zamilkły na chwilę. Potem ta, która kupiła pory po dwadzieścia groszy sztuka, powiedziała:
- Ja nieraz patrzę, jak na targ idę, jak te Ukraińcy stoją, najmie ich ktoś do roboty, czy nie. A nasi, Polacy, inaczej w tej Anglii mają?
- Teraz takie czasy. Robotnik chciał kapitalizmu, to ma. Bo to się tak mówi, że jest demokracja, a to jest zwykły średniowieczny kapitalizm!

podróże


Kiedy nie zajmuję się niczym konkretnym, opowiadam sobie historie albo prowadzę w myślach rozmowy. Niestety często wyobrażam sobie sytuacje irytujące i nieprzyjemne i potem chodzę wkurzona.

Dziś wieczorem, wracając po angielskim do domu, byłam trochę smutna, więc zaczęłam sobie wyobrażać, że w moim życiu zaszły niespodziewane zmiany i oto po sześciu latach mieszkam w Australii, gdzieś pod - chwileczkę, rzucę okiem na mapę - gdzieś pod Wagin (naprawdę mają takie miasto).
Którejś soboty idę na spacer. Na pustynię, czy co tam się nieopodal Wagin znajduje. Spaceruję po tym australijskim stepie i rozkoszuję się dziką przyrodą. Dookoła skaczą kangury, bardzo wysoko, wombaty śpią w krzakach, a elefanty chodzą. Mijam wioskę Eufagów - podobnych do ludzi trójokich istot, które jedzą tylko to, co smaczne, w związku z czym grozi im wyginięcie; Eufagowie są przyjaźni i, jak ze wszystkimi inteligentnymi stworzeniami w kosmosie, bez problemu można się z nimi porozumieć po amerykańsku. Mijam łąkę, na której pasą się jednosorożce. Trawy falują na wietrze, na niebie wyświetla się zorza polarna…

(Oczywiście opowiadałam sobie zupełnie inną historię, ale nie będę przecież publikować na blogu historii, które sobie naprawdę opowiadam.)

WTEM, na krętej ścieżce pośród tych jedwabistych traw, natykam się znienacka na dawnych znajomych, jeszcze z Polski, Iksa i Igreka. Jesteśmy wszyscy bardzo zaskoczeni.
- Iks! Igrek! - wykrzykuję. - Nigdy bym nie pomyślała, że spotkamy się kiedyś w takim miejscu!

I wtedy przypominam sobie mgliście, że kilka lat temu, chyba tego samego dnia, kiedy wyjmowano mi szwy po wyrwaniu ósemki, wracając po angielskim do domu, wyobrażałam sobie, że mieszkam w Australii pod Wagin i którejś soboty w rezerwacie Eufagów niespodziewanie spotykam Iksa i Igreka.

podróże


W zeszłą niedzielę pojechałam na rowerze do P-c, odwiedzić rodziców. Wracałam po zmroku, padał deszcz. Jechałam dość szybko, prawie trzydzieści na godzinę. W którymś momencie zniosło mnie na pobocze. Chciałam wrócić na drogę, ale nie zauważyłam różnicy poziomów.
Po ułamku sekundy zorientowałam się, że leżę na boku, z twarzą na ziemi, a lewe szkło okularów z jednej strony dotyka mojego oka, z drugiej asfaltu.
Wstałam, obmacałam się, żadne kości nie wystawały. Wytarłam nos wierzchem dłoni - krew. Splunęłam na rękę - zęby na miejscu. Zdjęłam okulary - trochę się wykrzywiły. Rower w porządku. Na liczniku trzy duże krople krwi. Odczekałam chwilę - nie kręciło mi się w głowie. Obejrzałam się w lusterku wstecznym - krew w obu dziurkach od nosa, łuk brwiowy rozcięty. Miałam do przejechania jeszcze jakieś dwadzieścia pięć kilometrów.
W domu odkryłam otarcia na kostkach prawej dłoni, gigantycznego siniaka na lewym biodrze, mniejsze na łokciu, nadgarstku i nosie.

Następnego dnia rano miałam eleganckie limo. Kupiłam sobie sukienkę pod kolor i żel na stłuczenia „Siniak Żel”.
W pracy stwierdziliśmy, że można do mojego podbitego oka dorobić opowieść heroiczną. Zaczęłam:
- Idę ja sobie w niedzielę, aż tu nagle patrzę i co widzę? Po drugiej stronie ulicy chłopiec, mały, dziesięć lat, nie więcej. I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z łokmena. Nie… Z diskmena. Nie, cholera… Wyskakuj z empetrójki. Kiepsko brzmi… I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z komóry…

Wczoraj byłam w Cafe A. Barmanki są tam bardzo bezpośrednie, więc nie zdziwiłam się zbytnio, kiedy jedna z nich podając mi piwo, zapytała:
- A co się pani stało?
- Wywaliłam się na rowerze.
Spojrzała na mnie spode łba. Widać było, że nie wierzy.
- Wygląda pani, jakby ktoś panią pobił.
- Nie pozwoliłabym.
Nie przekonało jej to.
- Niech się pani tak nie daje.

podróże


Smutny kioskarz rozszerzył ofertę o pieczywo i ciastka. Na ścianie nakleił reklamę piekarni, a przed kioskiem wystawił tablicę, na której starannym, trochę dziecinnym pismem napisano:
Do każdego zakupu powyżej 1 zł pączek gratis!
To samo hasło znajduje się na dużej płachcie papieru przyklejonej do pobliskiego słupa ogłoszeniowego. Poniżej jest jeszcze dopisek drukowanymi literami:
DO WYCZERPANIA.

[trzy kioski 1]

podróże


Byłam na urlopie. Pojechałam w góry na osiem dni. Sama.

Góry zimą są niebezpieczne. Jeśli się gdzieś utknie, można po prostu zamarznąć. Trzeba chodzić ostrożnie, żeby sobie czegoś nie złamać, trzeba dobrze się odżywiać, oszczędzać siły i docierać do celu przed zmrokiem. Trzeba mieć tabliczkę czekolady i naładowany telefon. I lepiej nie błądzić. Niby można w razie czego wrócić po własnych śladach, ale one potrafią bardzo szybko zniknąć - kiedy mocno wieje, wystarczy kilka minut.

Jeżeli szlak jest nieprzetarty, trzeba wypatrywać zagłębień, nierówności, zarysów ścieżek. Niektórzy idą po prostu najkrótszą drogą, niezależnie od głębokości śniegu. Ja starałam się chodzić po najpłytszym. Znajdowałam miejsca, gdzie wystawały rośliny, szukałam śladów zwierząt, szłam zygzakiem między zaspami.

Jeżeli szlak jest przetarty, to idziesz po wydeptanym, więc się tak bardzo nie męczysz. Kiedy śnieg jest głębszy, trzeba celować nogami w dołki zrobione przez poprzednika - jest trochę niewygodnie, jeśli ten stawiał dużo mniejsze lub dużo większe kroki, ale zawsze to jakieś ułatwienie. I przede wszystkim - jak są ślady, to wiadomo, którędy iść.

Bo odruchowo przyjmowałam, że ten, kto szedł przede mną, szedł w tym samym kierunku co ja i nie błądził. Ale - myślałam, idąc - mógł mieć bardzo kiepską orientację. Mógł iść gdzieś indziej. Może się w końcu zgubił. Niechcący albo celowo. Może się zmęczył i nie miał siły wrócić. Ślady, zamiast do wsi czy do schroniska, mogą przecież prowadzić do zamarzniętego trupa.

[zdjęcia]

podróże


Koło dworca kolejowego w P-nie są trzy kioski.

Pierwszy jest biały, duży, z tych, do których się wchodzi. Przy wejściu stoi plastikowy stolik z dwoma krzesełkami, a zewnętrzną ścianę zdobi krzepiący napis GORĄCA KAWA (litery naklejone, różnokolorowe). Sprzedawca ma siwą brodę, jest powolny i smutny.
Któregoś razu, kiedy przechodziłam tamtędy wcześniej niż zwykle, widziałam, jak zdejmuje kłódkę z drzwi stojącego nieopodal tojtoja. I zrozumiałam, że tak naprawdę jest Strażnikiem Tojtoja, a kiosk prowadzi tylko dla niepoznaki - żeby ukryć swoją właściwą profesję, której nie lubi i której się wstydzi. Potem zauważyłam jeszcze jeden napis na ścianie. NAPRAWA OBUWIA. I aż mi się serce ścisnęło. On był kiedyś szewcem.
Nie kupuję w tym kiosku. Sam jego widok napełnia mnie głębokim smutkiem. Kiedy tamtędy przechodzę, spuszczam wzrok.

Drugi kiosk jest zielony, mały, z tych z okienkiem. Sprzedawca nie ma brody, jest szybki i wesoły.
Od paru miesięcy codziennie rano kupuję u niego puszkę coli. Wesoły kioskarz wyjmuje puszkę z lodówki, zanim cokolwiek powiem. Potem ja mówię dzień dobry, on podaje mi colę i uśmiecha się, trochę jakby rozbawiony, a ja dziękuję, uśmiecham się i wyciągam z kieszeni płaszcza zawczasu przygotowane dwa złote.
Tylko raz było inaczej. Dostałam colę, podziękowałam i poprosiłam jeszcze o paczkę chusteczek higienicznych. A on podał mi chusteczki, uśmiechnął się i powiedział: “To i tak będzie dwa złote”.

Do trzeciego kiosku nigdy nie zaglądam.

podróże


Tydzień temu wróciłam z wakacji. Byliśmy z Michałem na rowerach w Estonii, na Łotwie i Litwie. Przejechaliśmy z Talina do Pabradė. Ponad tysiąc kilometrów, dwa tygodnie.
[Zdjęcia w galerii - estonia, lotwa i litwa 2009.]

Przez większość czasu milczeliśmy. Ludzi spotykaliśmy rzadko. Dlatego powrót pociągiem do Polski był dość męczący - w Augustowie do naszego przedziału wsiadło troje towarzysko usposobionych pasażerów. Małżeństwo po pięćdziesiątce i młody chłopak. Mężczyzna był gruby i absorbujący; zajmował dużo miejsca i dużo mówił. Najwięcej. Kobieta była wesoła i przyjacielska.  Chłopak - wszystkiego ciekaw i pełen zapału.

Więc wsiedli. Przyszedł konduktor. Pokazaliśmy bilety. Mężczyzna wyciągnął jakąś legitymację.
- Ja jeżdżę za darmo.
- Już niedługo, już niedługo - powiedział zgryźliwie konduktor.
- Komu niedługo, temu niedługo.
Chwilę sobie podokuczali, konduktor poszedł. Chłopak zapytał, co to za legitymacja. Okazało się, że mężczyzna jest maszynistą. I że maszyniści nie lubią się z kierownikami pociągów.
- Phi, taki kierownik pociągu. Nie wywalczyli sobie, to nie mają. Kierownik pociągu! On to mi może… Mówi taki, że pociąg przyprowadził na czas. Ty przyprowadziłeś?! To ty się całą drogę wyśpisz, a ja tam w lokomotywie z zapałkami w oczach, dwanaście godzin jadę, i ty mówisz, że przyprowadziłeś?! A idź…

Kobieta (pielęgniarka ze żłobka, jak się później okazało) zapytała, gdzie pracujemy. Powiedzieliśmy. Jak padło „historia najnowsza, totalitaryzmy, komunizm”, to się zaczęło. Maszynista zaczął.
- Komunizm, komunizm. Bo teraz to wszyscy tak na ten komunizm, a tak szczerze, to ja wtedy miałem lepiej. Było mnie stać na samochód, mieszkanie, a teraz co? I się handlowało… Na Węgrzech peruki schodziły, to poupychałem te peruki w lokomotywie i jechałem. I porządek był, nie to co teraz. Narkomania, te dżety nie dżety palą. A uderzysz, to cię do sądu poda. A wtedy dostał od ojca, milicjant pałą poprawił i porządek był. Mnie ojciec bił i wyszedłem na ludzi. Jakby nie bił, to sam nie wiem, co by ze mnie wyrosło.

A potem chłopak zadał pytanie, którego ani Michał, ani ja nigdy nie odważylibyśmy się zadać.
- Ile pan miał wypadków?
Na co maszynista, z absolutnym spokojem, odpowiedział:
- Dwadzieścia cztery.
I zaczął wyliczać.
- Pierwszy to było, jak wjechałem w dużego fiata na przejeździe. Pięć osób za jednym zamachem. A, i jeszcze pies był. Potem dwie osoby w starze, drugi star: jedna, dwie w osobowym, kierowca przeżył… To już jest dziewięć? Liczysz? - szturchnął żonę w bok, roześmiał się. - Babcia wyszła na tory. Chłopaki się bawili, kładli się na torach i który ostatni ucieknie: dwóch na raz. Dziadek szedł, trąbiłem, trąbiłem, potem się okazało, że głuchy był…

A my siedzimy, słuchamy i śmiejemy się, histerycznie. Tylko żona maszynisty zachowuje spokój, pewnie dlatego, jak powie później Michał, że już te historie zna. Maszynista wyjaśnia:
- Przy prędkości sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę droga hamowania wynosi półtora kilometra. To co zrobisz? Jak tych chłopaków zobaczyłem, to miałem sto dwadzieścia.

Chłopak dopytuje:
- A samobójcy?
- Samobójcy też. Raz dziewczyna się na torach położyła, zakryła twarz czapką, głowa na szynach. Drugi maszynista mówi: „Hamuj, dziewczyna na torach leży!”. A ja na to: „Co będę hamował, zatrąbię. Zejdzie, to zejdzie - nie zejdzie, to nie zejdzie”. Zatrąbiłem, nie zeszła, walnąłem, głowę obciąłem, poleciała, dopiero zacząłem hamować.