medycyna


Przed pierwszym rezonansem magnetycznym obawiałam się, że nie wytrzymam bez ruchu przez całą godzinę. Ale okazało się to dość łatwe.
Maszyna huczała, buczała, szumiała i stukała, zmieniały się sekwencje i częstotliwości. Szybko straciłam poczucie czasu, a dźwięki zaczęły układać się w muzykę, głosy, śpiew ptaków, szum liści. Kolejne badania sprawiały mi nawet przyjemność.

Któregoś razu jednak miałam rezonans w szpitalu M, zamiast jak zwykle w B. Technik założył mi słuchawki.
- Radio - powiedział. - Powinno trochę zagłuszyć hałas.
I zanim zdążyłam zaprotestować, wsunął mnie do środka. Musiałam wytrzymać pół godziny (na szczęście mieli krótszy program), leżąc bez ruchu i słuchając Radia Dla Ciebie.

medycyna


Kiedy nie zajmuję się niczym konkretnym, opowiadam sobie historie albo prowadzę w myślach rozmowy. Niestety często wyobrażam sobie sytuacje irytujące i nieprzyjemne i potem chodzę wkurzona.

Dziś wieczorem, wracając po angielskim do domu, byłam trochę smutna, więc zaczęłam sobie wyobrażać, że w moim życiu zaszły niespodziewane zmiany i oto po sześciu latach mieszkam w Australii, gdzieś pod - chwileczkę, rzucę okiem na mapę - gdzieś pod Wagin (naprawdę mają takie miasto).
Którejś soboty idę na spacer. Na pustynię, czy co tam się nieopodal Wagin znajduje. Spaceruję po tym australijskim stepie i rozkoszuję się dziką przyrodą. Dookoła skaczą kangury, bardzo wysoko, wombaty śpią w krzakach, a elefanty chodzą. Mijam wioskę Eufagów - podobnych do ludzi trójokich istot, które jedzą tylko to, co smaczne, w związku z czym grozi im wyginięcie; Eufagowie są przyjaźni i, jak ze wszystkimi inteligentnymi stworzeniami w kosmosie, bez problemu można się z nimi porozumieć po amerykańsku. Mijam łąkę, na której pasą się jednosorożce. Trawy falują na wietrze, na niebie wyświetla się zorza polarna…

(Oczywiście opowiadałam sobie zupełnie inną historię, ale nie będę przecież publikować na blogu historii, które sobie naprawdę opowiadam.)

WTEM, na krętej ścieżce pośród tych jedwabistych traw, natykam się znienacka na dawnych znajomych, jeszcze z Polski, Iksa i Igreka. Jesteśmy wszyscy bardzo zaskoczeni.
- Iks! Igrek! - wykrzykuję. - Nigdy bym nie pomyślała, że spotkamy się kiedyś w takim miejscu!

I wtedy przypominam sobie mgliście, że kilka lat temu, chyba tego samego dnia, kiedy wyjmowano mi szwy po wyrwaniu ósemki, wracając po angielskim do domu, wyobrażałam sobie, że mieszkam w Australii pod Wagin i którejś soboty w rezerwacie Eufagów niespodziewanie spotykam Iksa i Igreka.

medycyna


Starsza z moich młodszych sióstr jest w ciąży. Bardzo się tym przejmuję, a ją to wzrusza.
Chociaż to dopiero czwarty miesiąc, siostra ma już całkiem spory brzuch, który w dodatku w zastraszającym tempie się powiększa. Niewykluczone, że jej dziecko też ma w brzuchu dziecko i to dziecko ma w brzuchu dziecko, i to dziecko ma w brzuchu dziecko, i tak dalej.
Bo na przykład koleżanka z pracy, która też jest w czwartym miesiącu, wcale nie ma brzucha. Za to dręczą ją migreny. Podejrzewam, że płód zagnieździł się w mózgu, jak jajo tasiemca albo Atena.

medycyna


W zeszłą niedzielę pojechałam na rowerze do P-c, odwiedzić rodziców. Wracałam po zmroku, padał deszcz. Jechałam dość szybko, prawie trzydzieści na godzinę. W którymś momencie zniosło mnie na pobocze. Chciałam wrócić na drogę, ale nie zauważyłam różnicy poziomów.
Po ułamku sekundy zorientowałam się, że leżę na boku, z twarzą na ziemi, a lewe szkło okularów z jednej strony dotyka mojego oka, z drugiej asfaltu.
Wstałam, obmacałam się, żadne kości nie wystawały. Wytarłam nos wierzchem dłoni - krew. Splunęłam na rękę - zęby na miejscu. Zdjęłam okulary - trochę się wykrzywiły. Rower w porządku. Na liczniku trzy duże krople krwi. Odczekałam chwilę - nie kręciło mi się w głowie. Obejrzałam się w lusterku wstecznym - krew w obu dziurkach od nosa, łuk brwiowy rozcięty. Miałam do przejechania jeszcze jakieś dwadzieścia pięć kilometrów.
W domu odkryłam otarcia na kostkach prawej dłoni, gigantycznego siniaka na lewym biodrze, mniejsze na łokciu, nadgarstku i nosie.

Następnego dnia rano miałam eleganckie limo. Kupiłam sobie sukienkę pod kolor i żel na stłuczenia „Siniak Żel”.
W pracy stwierdziliśmy, że można do mojego podbitego oka dorobić opowieść heroiczną. Zaczęłam:
- Idę ja sobie w niedzielę, aż tu nagle patrzę i co widzę? Po drugiej stronie ulicy chłopiec, mały, dziesięć lat, nie więcej. I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z łokmena. Nie… Z diskmena. Nie, cholera… Wyskakuj z empetrójki. Kiepsko brzmi… I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z komóry…

Wczoraj byłam w Cafe A. Barmanki są tam bardzo bezpośrednie, więc nie zdziwiłam się zbytnio, kiedy jedna z nich podając mi piwo, zapytała:
- A co się pani stało?
- Wywaliłam się na rowerze.
Spojrzała na mnie spode łba. Widać było, że nie wierzy.
- Wygląda pani, jakby ktoś panią pobił.
- Nie pozwoliłabym.
Nie przekonało jej to.
- Niech się pani tak nie daje.

medycyna


img379Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to - tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych - rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.

Czarny obszar w górnej części rysunku to mózg. To, że mózg jest w głowie, też nietrudno stwierdzić - doświadczenie poucza, że myśli znajdują się w głowie; Dorośli mówią, że myśli są wytwarzane przez mózg; zatem mózg jest w głowie.

Sformułowałam też kilka istotnych tez dotyczących życia płodowego człowieka. Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). “Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).
Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.

Potem natrafiłam na problemy nieco subtelniejszej natury. Dotarły do mnie wzmianki o duszy, czyli niewidzialnej części człowieka, która nigdy nie umiera, a po śmierci ciała idzie do nieba, czyśćca lub piekła, w zależności od tego, czy dana osoba była grzeczna, czy nie.
Wcześniej sądziłam, że człowiek to ciało, ale z tych nowych informacji wynikało, że człowiek to raczej dusza albo ciało i dusza połączone ze sobą w jakiś sposób. Dorośli mówili, że dusza jest najważniejszą częścią człowieka, ale proszeni o udzielenie dokładniejszych informacji mówili niejasno i trochę się plątali, więc szczegóły musiałam ustalić sama.
Nie było to łatwe. No bo tak: najważniejsza część człowieka, na przykład mnie, to ja. Ja to jest to, co myśli. Jeśli, jak można było wnosić z wypowiedzi Dorosłych, człowiek jest duszą, to albo dusza jest mózgiem (bo, jak pamiętamy, myśli są wytwarzane przez mózg), albo znajduje się w mózgu i tak naprawdę to ona wytwarza myśli. Jednakże dusza nie może być mózgiem, ponieważ jest niewidzialna. Zatem jeżeli człowiek jest duszą, to dusza znajduje się w mózgu. Jeśli człowiek jest połączeniem duszy i ciała, to sprawa przedstawia się o wiele prościej - dusza znajduje się wewnątrz ciała, stanowi jego niewidzialną kopię i szczelnie je wypełnia. Początkowo przyjęłam właśnie tę koncepcję - choć w późniejszym okresie skłonna byłam twierdzić, że dusza znajduje się w lewym ramieniu - ale z czasem odrzuciłam ją na rzecz twierdzenia o duszy znajdującej się w mózgu.

A potem poszłam do szkoły.
Ala ma kota.

medycyna


Wyszłam z domu chwilę przed zmierzchem. Od ganku do bramy prowadziły kocie ślady odciśnięte w głębokim śniegu. Miasto było puste, chodniki i ulice zaśnieżone - dziś rano nikt ich nie sprzątał.
Potrzebowałam maści cynkowej. Nie spodziewałam się, że apteka będzie otwarta, ale była. Chłopak, który przyszedł chwilę po mnie, kupował Alka-Seltzer. Aptekarz mówił cicho i powoli.
Kiedy wracałam, w niebo wystrzeliwały resztki fajerwerków.

medycyna


Kiedy pod koniec sierpnia po kontrolnej wizycie w szpitalu okulistycznym dostałam skierowanie na VER, od razu zadzwoniłam do Marcina, żeby zapytać na czym to badanie polega. Zaniepokoiło mnie zwłaszcza użyte przez okulistkę słowo “elektrody”. Marcin nie wiedział dokładnie. “Chyba zakłada się taką płaską elektrodę na oko… Nie no, w znieczuleniu oczywiście… Ale lepiej sprawdź, bo nie jestem pewny.” Płaską elektrodę na oko. Jezu. Sprawdziłam w internecie. Okazało się, że elektrody przyczepia się do skóry głowy. I że nie boli, tylko czasem może być wylew krwi do oka.

W wyznaczonym terminie, 1 grudnia, przyjechałam do szpitala. Miałam ze sobą maszynkę do golenia i jedwabną chustkę - na wypadek, gdyby okazało się, że muszą mi ogolić głowę w miejscach umocowania elektrod. Maszynkę i chustkę ukryłam głęboko, bo wstydziłam się swojej, jak podejrzewałam, zbytecznej zapobiegliwości. Pani w recepcji była bardzo miła i ładnie się uśmiechała. Gabinet nr 42.

W korytarzach szpitala okulistycznego można zobaczyć straszne rzeczy, jeżeli się widzi. Na ścianach wiszą plakaty z wielkimi kolorowymi zdjęciami chorych oczu. Na ławkach siedzą ludzie z chorymi oczami. Przeszłam ze spuszczonym wzrokiem. Usiadłam. Naprzeciwko, na wprost drzwi gabinetu nr 42, siedziała starsza pani w kraciastej spódnicy. Na oczach miała okrągłe gaziki, zachodzące schodkami jeden na drugi, po siedem na każdym, całość przewiązana bordową wstążką. Wyglądała przerażająco. Trochę jak jakiś wielki owad. Robiła wrażenie speszonej, była dość sztywna. Starałam się nie myśleć, co ma pod tym opatrunkiem.

Czas mijał. Z gabinetu nr 33 wyszła ciemnowłosa lekarka, uśmiechnęła się do mnie, zapytała: “Ktoś czeka na pole widzenia?”. Nikt nie odpowiedział. Uśmiechnęłam się do lekarki. “Nikt nie chce do mnie czekać?” Nikt nie chciał. A pole widzenia - z tego, co czytałam, bo nigdy mi nie robili - to takie miłe badanie! Jakaś “czasza”, zapalające się w różnych miejscach światełka… W każdym razie na pewno nie powoduje wylewów i nie trzeba zakładać przerażających opatrunków.

Do kobiety z gazikami przysiadła się dziewczyna. Kobieta zaczęła do niej mówić. Dziewczyna w ogóle nie słuchała, była czymś bardzo zmartwiona. Kobieta z opatrunkiem oczywiście nie mogła tego zobaczyć.

A potem z gabinetu nr 42, z tego gabinetu, w którym miałam mieć przyczepiane do głowy elektrody, ale w sumie nic strasznego, tylko ewentualnie wylew krwi do oka, wyszła młoda lekarka w gumowych rękawiczkach, podeszła do kobiety owada, podała jej obie ręce i idąc powoli do tyłu, wciągnęła ją do środka, po czym przekręciła klucz w zamku.

Wyobraziłam sobie siebie z takimi gazikami i bordową wstążką. I z tym, co tam mogło być pod spodem. Włożyłam płaszcz do plecaka, żeby mieć tylko jeden pakunek. Telefon ustawiłam tak, żeby móc dwoma kliknięciami w zieloną słuchawkę dodzwonić się do mamy, Michała albo Marcina. Obiecałam sobie, że jeżeli koś usiądzie obok, nie będę do niego mówić. I czekałam.

Wreszcie kobieta owad wyszła. Już bez opatrunku. Poruszała się trochę niepewnie, ale nie jak ktoś, kto nie widzi. Jej oczy wyglądały normalnie.
Chwilę potem poproszono mnie do środka.

- Czy ktoś wyjaśnił pani, na czym polega to badanie?
- Nie, nikt mi nie wyjaśniał.
- Przyczepimy pani do głowy elektrody: na czole, na czubku i z tyłu. Zasłonimy jedno oko. Będzie pani patrzyła w monitor, na czerwony krzyżyk pośrodku. Szachownica na ekranie będzie się zmieniała. Przez minutę. Potem zrobimy to samo z drugim okiem. W porządku?
- W porządku.

Lekarka podeszła, żeby umocować elektrody. “Muszę zrobić peeling i odtłuszczanie”, powiedziała. Nie było to zbyt przyjemne, ale nie miało nic wspólnego z goleniem głowy.

medycyna


Znalazłem niedawno lusterko, z tych małych, okrągłych, które z jednej strony są normalne, a z drugiej - powiększające. Leżało w lewej szufladzie kredensu, razem z młotkiem, kilkoma pokrzywionymi śrubokrętami, kawałkiem sznurka i pokrywkami od słoików. Pewnie po Marcie zostało. Albo po którejś z córek.
Z normalnej strony wyglądałem normalnie. Z powiększającej - dużo starzej. Nie wiedziałem, że mam tyle zmarszczek. Nie żeby mnie to bardzo zmartwiło. Nie czuję się stary. Zresztą i tak nie wyglądam na swoje lata. Nigdy nie wyglądałem, to rodzinne. Po prostu się zdziwiłem.

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do młodych ludzi. Patrzę, przyglądam się. W tramwajach, autobusach, na ulicy, w metrze. Dyskretnie, rzecz jasna. Podchodzę blisko, ale nie za blisko. W pracy czasem proszę o pomoc koleżankę z pokoju obok - że niby czegoś nie umiem na komputerze. Umiem doskonale. Koleżanka jest śliczna, kiedy tak z przejęciem tłumaczy. Nie, nic od nich nie chcę. Koleżanka mogłaby być moją córką. To nie to. Chcę tylko patrzeć. Być blisko. Chłonąć.

Młodzi ludzie mają tę ogromną przewagę nad resztą świata, że są młodzi. Zazwyczaj jest to ich jedyna przewaga. Ale za to miażdżąca.
I wszyscy są piękni - ponieważ są młodzi. Większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Bywają śmiesznie smutni. Przeżywają takie same i od pokoleń te same problemy, które mają czynić ich wyjątkowymi. Zwykle są naiwni i niezbyt mądrzy. Ale to tylko dodaje im uroku.
Nie, naprawdę nic od nich nie chcę. Po prostu lubię czasem usiąść obok, w autobusie na przykład, i dać się zmiażdżyć.

Parę tygodni temu coś dziwnego stało się z moim językiem. Złapał mnie skurcz. Bolało jak jasna cholera. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem usta, spojrzałem w lustro. Mój język zwinął się w trąbkę i za nic nie chciał się rozprostować. Następnego dnia odwiedziłem doktora R. Dał mi jakiś zastrzyk, który nie pomógł, przepisał leki przeciwbólowe i rozkurczowe, kazał smarować metadozyną i przyjść na kontrolę za tydzień. Po paru dniach ból ustąpił, ale język wciąż pozostawał zwinięty. Nie było to zbyt wygodne. Trąbka bardzo przeszkadzała w mówieniu, utrudniała połykanie, musiałem ją płukać po każdym posiłku, bo zbierały się w niej resztki jedzenia.

Nadszedł dzień wizyty kontrolnej. Wsiadłem do autobusu. Rozejrzałem się. Przy drugich drzwiach, pod oknem, siedział młody chłopak. Był piękny.
Zwykle nie siadam tak blisko, ale tym razem czułem, że muszę, muszę jak najbliżej. Że każda odległość będzie za duża.
Spuściłem wzrok. Uspokoiłem oddech. Zganiłem się w myślach.
- Można? - zapytałem, sepleniąc.
- Tak, proszę. - Miał rozkoszną chrypkę.

Usiadłem. I wtedy moja trąbka drgnęła. Drgnęła i zaczęła pęcznieć. Naprężyła się. Usłyszałem szum swojej krwi i łomot serca. Delikatnie rozchyliłem wargi. Wysunąłem koniuszek nabrzmiałego języka. Troszkę, tylko troszeczkę. Jeszcze trochę… I gwałtownie wciągnąłem powietrze. Przeszedł mnie dreszcz, zacisnąłem pięści, głowa poleciała do tyłu, mimowolnie jęknąłem.

Chłopak zadrżał. Znieruchomiał. Westchnął, jakby coś z niego wypuszczono, jakby coś z niego zeszło, jakby mu ulżyło. Spojrzał na mnie niepewnie. Miał niesamowicie jasne oczy. Jak ten najmniejszy chłopiec z serialu Stawiam na Tolka Banana (ale o czym ja, przecież nie możecie tego pamiętać). I w tych jego jasnych oczach było zdziwienie i, ja wiem, coś jak prośba i pytanie, coś jak wymieszana z wdzięcznością skarga. Miałem ochotę paść mu do stóp, uściskać, błagać o wybaczenie, podziękować, wyznać miłość. Zamiast tego uśmiechnąłem się tylko słabo. Blado. Nieprzekonująco.

Wysiadłem na następnym przystanku. Zapaliłem papierosa. Trochę drżały mi ręce. Spojrzałem w niebo. Poczułem się znowu młody. Poczułem się, jakbym już zawsze miał być młody.

Doktor R. zajrzał mi do ust i parę razy szturchnął moją trąbkę zimną metalową szpatułką.
- Hm, tak - pomrukiwał - tu się zrosło, tutaj zgrubienie, zanik naczyń, przerost tkanki… Wszystko się zgadza… - Usiadł przy biurku. - No cóż. To nic takiego, dość częsta w tym wieku choroba. Pański język zamienił się w ssawkę do forewerjangu. - Nie słuchałem go. Wsłuchiwałem się w siebie. Rozpierała mnie energia. Krew buzowała. Serce podskakiwało, radośnie i trochę głupio. - To się łatwo leczy. Jeśli pan chce - spojrzał na mnie z powątpiewaniem - jedna prosta operacja załatwi sprawę.

medycyna


Jechałam tramwajem, ze szpitala do pracy. Na którymś przystanku wsiadło dużo starych kobiet. Wstałam, żeby nie było. Szybko zdążyły się rozlokować, miejsce, które zwolniłam, zostało puste. Stojący nieopodal starszy pan uśmiechnął się do mnie.
- Niech pani siada, postoję.
- Nie, nie, niedługo wysiadam.

Stoimy koło siebie.
- Wie pani, ja to wychodzę z założenia, że młody człowiek też ma prawo być zmęczony… A tak w ogóle to nie lubię mężczyzn w moim wieku. Są obrzydliwi… A jak podjeżdża autobus czy tramwaj, jak się pchają, jak biegną, żeby tylko dopaść wolnego miejsca…

I tak stoimy, jedziemy, starszy pan mówi, ja słucham, patrzę mu w oczy, kiwam głową, od czasu do czasu mruczę “Mhm”. Bo starszy pan mówi jak ktoś samotny, kto rzadko z kimkolwiek rozmawia. Monolog co chwila zmienia kierunek, rwą się kolejne wątki. Takim ludziom nie trzeba przerywać. Nie trzeba o nic pytać. Ważne, że się słucha.

- Ja tutaj jeżdżę po chleb, na tamtej ulicy jest taka piekarnia, nigdzie lepszego nie ma. Wolę przejechać te trzy przystanki, niż tam koło siebie kupować, bo to nie chleb, dwa dni i do niczego się nie nadaje… - Starszy pan patrzy na rurkę pod oknem, moja dłoń, przerwa, jego dłoń, trochę odsuwa swoją. - Wie pani, teraz to się tych pedofilów… Kiedyś tego nie było. A może nie mówiło się o tym tyle… Mam wnuczkę, już duża panna, siedemnaście lat, ale jak była mniejsza, to jeździłem z nią tramwajem do szkoły. I raz wsiadł jeden taki, stanął koło niej i widzę, że tak się przysuwa, przysuwa… Nie żebym go uderzył, nie. Stanąłem po prostu obok i tak go popchnąłem… - Uśmiecha się. - Popchnąłem, a że trafiłem w twarz…
Całe życie coś zbierałem. Na przykład zegarki, takie na rękę. Zimą wszystkie czyściłem i reperowałem, na wiosnę regulowałem i wymieniałem baterie. Koło mnie jest szkoła, to chodziłem i dzieciom rozdawałem. I zawsze wyczyszczone, jak nowe, jak pasek był zniszczony, to wymieniałem. Żeby tych dzieci nie upokarzać, bo nikt nie lubi być upokarzany, nawet dziecko… Ale parę lat temu, jak zaczęli o tych pedofilach, stwierdziłem, że nie powinienem tak na ulicy. Jeszcze ludzie coś pomyślą. Dzieci zaczepia, rozmawia, prezenty daje, a wiadomo, co za jeden? Więc następnej wiosny poszedłem do tej szkoły i zaniosłem zegarki nauczycielce, żeby ona dzieciom rozdała. Parę dni później idę, dzieciaki biegają po boisku, podchodzę do ogrodzenia i wołam. Pytam chłopaczka: Dała wam pani zegarki? A on mi na to, że nie. Powiedziała tylko, że ma i da im, jak będą grzeczni.

I tutaj monolog mógłby się kończyć. Albo ja mogłabym to tak zostawić. Bo potem starszy pan powiedział:
- Byłem niedawno u kolegi w szpitalu. Gastrologia. Strasznie tam jest. Starość jest obrzydliwa. I choroby… Jak od niego wychodziłem, to sam prosił, żebym go więcej nie odwiedzał…
Na następnym wysiadam. Do tej piekarni pójdę. A jutro na onkologię. Zobaczymy. Czy operacja, czy naświetlanie.

medycyna


Od dawna mam kłopoty z ósemkami. Stany zapalne mi się robią. Boli, trzeba iść do dentysty, żeby wypłukał, lekarstwo włożył. Wszyscy mówili, że trzeba usunąć, ale bałam się i odwlekałam. W końcu umówiłam się do chirurga szczękowego, który mojej babci wyrwał chyba już wszystkie zęby. Jest bardzo wysoki, bardzo silny, chodzi w czarnych chodakach i ma nazwisko, które zupełnie do niego nie pasuje. Umówiłam się na czwartek.
Operacja była brutalna i drastyczna. Doktor M. bardzo głęboko spiłował kość, ale i tak szamotał się z moim zębem przez ponad piętnaście minut, podśpiewując od czasu do czasu. Leżałam z zamkniętymi oczami i czułam, jak z wysiłku drżą mu ręce.
Na koniec dostałam woreczek ze sztucznym lodem i szczegółowe instrukcje dotyczące leczenia, jedzenia, chłodzenia itd. Jeśli chodzi o chłodzenie, to przez około pięć godzin miałam sobie ten lód przykładać, z przerwami co dziesięć minut. Niestety roztopił się, zanim dojechałam do P-na.
Dopiero kiedy wysiadłam z autobusu, odważyłam się wyjąć z kieszeni wyrwany ząb. Odwinęłam go z gazy i zobaczyłam, że doktor M. wywiercił w nim dziurę do samego środka. Zadrżałam i poszłam kupić mrożonkę. Wahałam się chwilę, szpinak, groszek z marchewką. Wybrałam marchewki.