lustro


W zeszłą niedzielę pojechałam na rowerze do P-c, odwiedzić rodziców. Wracałam po zmroku, padał deszcz. Jechałam dość szybko, prawie trzydzieści na godzinę. W którymś momencie zniosło mnie na pobocze. Chciałam wrócić na drogę, ale nie zauważyłam różnicy poziomów.
Po ułamku sekundy zorientowałam się, że leżę na boku, z twarzą na ziemi, a lewe szkło okularów z jednej strony dotyka mojego oka, z drugiej asfaltu.
Wstałam, obmacałam się, żadne kości nie wystawały. Wytarłam nos wierzchem dłoni - krew. Splunęłam na rękę - zęby na miejscu. Zdjęłam okulary - trochę się wykrzywiły. Rower w porządku. Na liczniku trzy duże krople krwi. Odczekałam chwilę - nie kręciło mi się w głowie. Obejrzałam się w lusterku wstecznym - krew w obu dziurkach od nosa, łuk brwiowy rozcięty. Miałam do przejechania jeszcze jakieś dwadzieścia pięć kilometrów.
W domu odkryłam otarcia na kostkach prawej dłoni, gigantycznego siniaka na lewym biodrze, mniejsze na łokciu, nadgarstku i nosie.

Następnego dnia rano miałam eleganckie limo. Kupiłam sobie sukienkę pod kolor i żel na stłuczenia „Siniak Żel”.
W pracy stwierdziliśmy, że można do mojego podbitego oka dorobić opowieść heroiczną. Zaczęłam:
- Idę ja sobie w niedzielę, aż tu nagle patrzę i co widzę? Po drugiej stronie ulicy chłopiec, mały, dziesięć lat, nie więcej. I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z łokmena. Nie… Z diskmena. Nie, cholera… Wyskakuj z empetrójki. Kiepsko brzmi… I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z komóry…

Wczoraj byłam w Cafe A. Barmanki są tam bardzo bezpośrednie, więc nie zdziwiłam się zbytnio, kiedy jedna z nich podając mi piwo, zapytała:
- A co się pani stało?
- Wywaliłam się na rowerze.
Spojrzała na mnie spode łba. Widać było, że nie wierzy.
- Wygląda pani, jakby ktoś panią pobił.
- Nie pozwoliłabym.
Nie przekonało jej to.
- Niech się pani tak nie daje.

lustro


Ostatnio na zajęciach z angielskiego mieliśmy listening task o malarstwie. Jak zwykle najpierw trzeba było work in pairs i discuss questions concerning the issue. Jedno z pytań dotyczyło malowania autoportretów. Czy jest trudniejsze od malowania portretów i na czym ewentualna trudność polega. Odwołałam się do my own experience - że przenosząc wzrok z lustra na kartkę, nie można zmieniać pozycji, że to się nie zawsze udaje, i tak dalej. Nasza teacher na chwilę się zawiesiła, a potem zapytała:
- Ale zaraz… Kiedy malujesz patrząc w lustro, to co właściwie malujesz? Odbicie w lustrze czy autoportret?

lustro


Znalazłem niedawno lusterko, z tych małych, okrągłych, które z jednej strony są normalne, a z drugiej - powiększające. Leżało w lewej szufladzie kredensu, razem z młotkiem, kilkoma pokrzywionymi śrubokrętami, kawałkiem sznurka i pokrywkami od słoików. Pewnie po Marcie zostało. Albo po którejś z córek.
Z normalnej strony wyglądałem normalnie. Z powiększającej - dużo starzej. Nie wiedziałem, że mam tyle zmarszczek. Nie żeby mnie to bardzo zmartwiło. Nie czuję się stary. Zresztą i tak nie wyglądam na swoje lata. Nigdy nie wyglądałem, to rodzinne. Po prostu się zdziwiłem.

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do młodych ludzi. Patrzę, przyglądam się. W tramwajach, autobusach, na ulicy, w metrze. Dyskretnie, rzecz jasna. Podchodzę blisko, ale nie za blisko. W pracy czasem proszę o pomoc koleżankę z pokoju obok - że niby czegoś nie umiem na komputerze. Umiem doskonale. Koleżanka jest śliczna, kiedy tak z przejęciem tłumaczy. Nie, nic od nich nie chcę. Koleżanka mogłaby być moją córką. To nie to. Chcę tylko patrzeć. Być blisko. Chłonąć.

Młodzi ludzie mają tę ogromną przewagę nad resztą świata, że są młodzi. Zazwyczaj jest to ich jedyna przewaga. Ale za to miażdżąca.
I wszyscy są piękni - ponieważ są młodzi. Większość z nich w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Bywają śmiesznie smutni. Przeżywają takie same i od pokoleń te same problemy, które mają czynić ich wyjątkowymi. Zwykle są naiwni i niezbyt mądrzy. Ale to tylko dodaje im uroku.
Nie, naprawdę nic od nich nie chcę. Po prostu lubię czasem usiąść obok, w autobusie na przykład, i dać się zmiażdżyć.

Parę tygodni temu coś dziwnego stało się z moim językiem. Złapał mnie skurcz. Bolało jak jasna cholera. Poszedłem do łazienki. Otworzyłem usta, spojrzałem w lustro. Mój język zwinął się w trąbkę i za nic nie chciał się rozprostować. Następnego dnia odwiedziłem doktora R. Dał mi jakiś zastrzyk, który nie pomógł, przepisał leki przeciwbólowe i rozkurczowe, kazał smarować metadozyną i przyjść na kontrolę za tydzień. Po paru dniach ból ustąpił, ale język wciąż pozostawał zwinięty. Nie było to zbyt wygodne. Trąbka bardzo przeszkadzała w mówieniu, utrudniała połykanie, musiałem ją płukać po każdym posiłku, bo zbierały się w niej resztki jedzenia.

Nadszedł dzień wizyty kontrolnej. Wsiadłem do autobusu. Rozejrzałem się. Przy drugich drzwiach, pod oknem, siedział młody chłopak. Był piękny.
Zwykle nie siadam tak blisko, ale tym razem czułem, że muszę, muszę jak najbliżej. Że każda odległość będzie za duża.
Spuściłem wzrok. Uspokoiłem oddech. Zganiłem się w myślach.
- Można? - zapytałem, sepleniąc.
- Tak, proszę. - Miał rozkoszną chrypkę.

Usiadłem. I wtedy moja trąbka drgnęła. Drgnęła i zaczęła pęcznieć. Naprężyła się. Usłyszałem szum swojej krwi i łomot serca. Delikatnie rozchyliłem wargi. Wysunąłem koniuszek nabrzmiałego języka. Troszkę, tylko troszeczkę. Jeszcze trochę… I gwałtownie wciągnąłem powietrze. Przeszedł mnie dreszcz, zacisnąłem pięści, głowa poleciała do tyłu, mimowolnie jęknąłem.

Chłopak zadrżał. Znieruchomiał. Westchnął, jakby coś z niego wypuszczono, jakby coś z niego zeszło, jakby mu ulżyło. Spojrzał na mnie niepewnie. Miał niesamowicie jasne oczy. Jak ten najmniejszy chłopiec z serialu Stawiam na Tolka Banana (ale o czym ja, przecież nie możecie tego pamiętać). I w tych jego jasnych oczach było zdziwienie i, ja wiem, coś jak prośba i pytanie, coś jak wymieszana z wdzięcznością skarga. Miałem ochotę paść mu do stóp, uściskać, błagać o wybaczenie, podziękować, wyznać miłość. Zamiast tego uśmiechnąłem się tylko słabo. Blado. Nieprzekonująco.

Wysiadłem na następnym przystanku. Zapaliłem papierosa. Trochę drżały mi ręce. Spojrzałem w niebo. Poczułem się znowu młody. Poczułem się, jakbym już zawsze miał być młody.

Doktor R. zajrzał mi do ust i parę razy szturchnął moją trąbkę zimną metalową szpatułką.
- Hm, tak - pomrukiwał - tu się zrosło, tutaj zgrubienie, zanik naczyń, przerost tkanki… Wszystko się zgadza… - Usiadł przy biurku. - No cóż. To nic takiego, dość częsta w tym wieku choroba. Pański język zamienił się w ssawkę do forewerjangu. - Nie słuchałem go. Wsłuchiwałem się w siebie. Rozpierała mnie energia. Krew buzowała. Serce podskakiwało, radośnie i trochę głupio. - To się łatwo leczy. Jeśli pan chce - spojrzał na mnie z powątpiewaniem - jedna prosta operacja załatwi sprawę.

lustro


W starym domu w P-nie jest dużo luster. W drzwiach dwu szaf pionowe, na całą wysokość. W trzydrzwiowej owalne, w bieliźniarce prostokątne. Oba kryształowe, trochę zmętniałe, ze ściętymi krawędziami, w których załamuje się obraz i rozszczepia światło. (Trzecie takie, wymontowane z toaletki prababci, miałam kiedyś w pokoju.) W łazience poziome, przez całą długość ściany, zielonkawe. U młodszej z moich młodszych sióstr pionowe średniej wielkości. Trochę krzywe, z jednej strony pogrubia. Na stole trzymam małe prostokątne, którego pradziadek używał rano przy goleniu.

U babci, tej, z którą przez jakiś czas mieszkałam, lustra są tylko trzy, wszystkie małe. Kiedy babcia szczotkuje włosy szczotką jak do butów, staje przed tym w przedpokoju i zamyka oczy. Zaciska z całej siły. Mówi, że nie chce robić sobie przykrości.

Kiedy byłam dzieckiem, powtarzała: “Nie patrz w lustro, bo zobaczysz diabła”.
Brzmiało obiecująco, więc wpatrywałam się w lustro godzinami. Czekałam. Pewnie nie pojawia się tak od razu.  Zastanawiałam się - czy zobaczę go za swoimi plecami? Czy raczej wyjrzy z lustra jak z okna? A może po prostu zamiast własnej twarzy zobaczę jego twarz? Czy będzie to znaczyło, że jestem diabłem albo właśnie się nim stałam?

Przeglądam się we wszystkim, w czym przejrzeć się można. W lustrach, szybach wystawowych, lusterkach wstecznych, ciemnych oknach.
Jeszcze go nie widziałam. Tak mi się przynajmniej wydaje.