literatura


Biorę z półki książkę, którą dostałam od Marcina. Dostałam już jakiś czas temu, 23 grudnia zeszłego roku. Wiem, bo zapisałam tę datę na stronie przedtytułowej, razem ze swoim imieniem i nazwiskiem. Często tak robię.

Przerzucam kartki. Na piątej stronie - wpisana przez Marcina dedykacja:
…a mąż kupił wczoraj kapustę i była za słona (to tak à propos niespodziewanego prezentu)
twój brat Marcin.

A obok, na stronie redakcyjnej, dopisane przeze mnie ołówkiem uzupełnienie:
…więc kapustę trzeba było wypłukać, ale wtedy zrobiła się za mało kwaśna, więc trzeba było dodać cytryny. I nie jest to historia o mężu, ani o kapuście, ale o ZMIANIE. O przemianach.

literatura


Jeszcze całkiem niedawno firma, w której pracuję, miała siedzibę w innym domu z ogródkiem. Pod koniec marca była przeprowadzka. Musieliśmy zapakować wszystkie swoje rzeczy w tekturowe pudła, a to, co niepotrzebne, wyrzucić.
Spakowaliśmy się. Zgodnie z instrukcją oznaczyliśmy pudła nalepkami, żeby było wiadomo, które czyje. Potem przywieziono nam do ogródka wielki kontener. Poszło szybko. Wyrzucaliśmy radośnie. Bez wahania. Bez skrupułów. Taka okazja nie zdarza się często. Żeby czegoś się pozbyć mimochodem, w szale i zamęcie. Czasu mało, wszyscy wyrzucają, kto by tam dochodził później, co, kiedy i gdzie.
Bo przy pakowaniu poznajdowaliśmy oczywiście, pod szafami, w najgłębszych czeluściach szuflad i na najwyższych półkach, mnóstwo kłopotliwych rzeczy. Nierozwiązane sprawy. Papiery, które mogłyby się do czegoś przydać, choć nie bardzo wiadomo do czego. Książki, które należałoby komuś oddać, ale w firmie od dawna nie pracuje nikt, kto mógłby wiedzieć komu. Pogięte spinacze i wyschnięte cienkopisy. Gazety, których nie ma gdzie trzymać, a które głupio wyrzucać. Wycinki prasowe zbierane już nikt nie pamięta po co. Kamień, który był.

Z tymi pudłami było później zabawnie. W nowym miejscu przez dłuższy czas nie mieliśmy półek, więc nie mogliśmy się rozpakować, a trwał remont i robotnicy wciąż te pudła przestawiali. Już mniejsza o to, że stawiali je zawsze nalepkami do ściany, i mniejsza, że jedno na drugim pod sam sufit - najgorsze było to, że ledwo udało się namierzyć właściwe pudło i zapamiętać jego położenie, konfiguracja zupełnie się zmieniała.

I tak wyrzucamy, biegamy, wyrzucamy - a do kontenera wchodzi facet. Nie wiem, kto to był. Albo nadzorca kontenera, albo okoliczny zbieracz makulatury. Wyglądał jak kloszard. Wchodzi, patrzy w zadumie na te wszystkie wyrzucone rzeczy, i mówi:
Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory