języki obce i nie


[Na razie pierwszych siedem dni, wkrótce uzupełnię o następne. Zdjęcia można oglądać tutaj.]

Do Szklarskiej Poręby jadę kuszetką z dwojgiem Anglików. Czytam W krupniku rozstrzygnięć. W nocy pęka szyba w oknie na korytarzu albo ktoś ją wybija; podczas kolejnych postojów konduktor usuwa resztki szkła kijem od szczotki a później urękawiczoną dłonią. Anglicy wysiadają nad ranem we Wrocławiu, wkrótce potem śni mi się, że ktoś usypia mnie chloroformem. Budzę się z ogromnym wysiłkiem.

W pekaesie ze Szklarskiej Poręby do Świeradowa-Zdroju pasażerka mówi do drugiej pasażerki: “To jest Zakręt Śmierci. Jakbyś skoczyła, tobyś się zabiła, tak jest głęboko”. Notuję.
W Świeradowie piję kawę w domu zdrojowem. Wyznaję Szumonowi w esemesie, że jakkolwiek xiężne bawiące u wód są niemal bez wyjątku olśniewające, urocze, miłe, takkolwiek, niech wolno mi to będzie powiedzieć, samotność cenię sobie o wiele więcey, a nad uciechy kurortów piękno przyrody po stokroć przedkładam.
Po drodze do schroniska na Stogu Izerskim na jednym z kamieni zauważam napis DROGA MIŁOŚCI I SZCZĘŚCIA. Kawałek dalej, na innym kamieniu, ale na tej samej drodze: DROGA MĘKI, BÓLU I ROZPACZY.
W recepcji schroniska rozmawiam z dziewczyną, pokój wieloosobowy, za ile, na ile.
- Czy boi się pani pająków? - Może w pokoju są pająki. Dziewczyna przygląda mi się z dziwną intensywnością. Zaczyna do mnie docierać.
- Trochę…
- Bo ma pani jednego na plecaku.
Wieczorem wychodzę sfotografować tabliczkę UWAGA ŻMIJOWSKO. WSTĘP WZBRONIONY.

Minąwszy nieczynną kopalnię kwarcu, spotykam starego geologa. Dowiaduję się od niego, że białe kamyki, które wzięłam z drogi, to właśnie kwarc, czyli tlenek krzemu, es i o dwa. A to błyszczące na ich powierzchni to krzem, w postaci heksagonalnych piramidek, to znaczy - o heksagonalnym przekroju.
Docieram do schroniska przy wodospadzie Kamieńczyka, rozmawiam chwilę ze zjaranym miejscowym, na koniec on życzy mi wszystkiego najmilszego, a ja jemu wszystkiego dobrego.

Rano kupuję bilet wstępu do wodospadu, złotych pięć, plastikowy kask przy wejściu, dostęp w godz. 9-17, skandal. Schodki barierki, mnóstwo ludzi, jakaś autystyczna dziewczynka chodzi wte i wewte i fałszywie gra na fujarce.
Drogę na Szrenicę wybrukowano pułapką epistemologiczną - czymś, co jest jednocześnie płytą chodnikową i kamieniem. Że Niemiec, któren tu ongi urzędował, uczynił te góry w wielu miejscach tak łatwo dostępnymi, pętają się po nich grubotyłe dresówny, parobcy adidasosostopi, aktywnie wypoczywający starcy z nordikijami i dzieci przedwcześnie otłuszczone, tępospodełba patrzące. Irytuje mnie to i boli. Zwłaszcza te spojrzenia.
Za Szrenicą pogoda się psuje i całe to kuche-kluche-zimmer-frei znika jak ręką odjął. Idę sama w poziomym deszczu, to znaczy we właśnie skraplającej się chmurze i w silnym wietrze zarazem. Przy Śnieżnych Kotłach, wychylając się nad brzegiem urwiska, widzę tylko mgły kotłujące się w kotlinie i jestem rozczarowana, że samej kotliny nie zobaczę. Ale wtem wiatr wieje jeszcze mocniej, o mało mnie nie zdmuchuje, trzepocą spłoszone moje talejrandy - i moim oczom ukazuje się widok. Widok robi na mnie duże wrażenie.
Schronisko na Przełęczy Karkonoskiej całe gwiżdże od wiatru. Najbardziej przejmująco wyje kratka wentylacyjna w łazience.

Na Śnieżce tłumy. Przeszkadzają mi oglądać mgły, włażą w kadr. Potem nikogo, bruk ze stojących ludzi, tęcza, ścieżka ze złotych i srebrnych kamieni, las muchomorów.

Schodzę do Niedamirowa, drogą idzie wariatka. Siwa, gruba, na spuchniętych nogach. Do ubrania, torebki i plecaka ma poprzyszywane koraliki, kawałki futerka, sznureczki. Idzie, śpiewa “Nie płacz, kiedy odjadę”, kręci młynka torebką, krzyczy “Juuu-hu!”. Zatrzymuje się, kiedy nadjeżdża kombajn. Mijam ją, mówi: “Ale se majtki pani machła! - Mam krótkie spodenki. - Ja se nie machłam, bo jestem zakonnicą. Specjalną”. Uśmiecham się do niej, idę dalej. Spotykamy się pod sklepem. Do otwarcia, o 15, zostało pół godziny. W tym samym budynku jest punkt biblioteczny - wychodzi stamtąd mężczyzna z butelką piwa. Wariatka wkurza się nie na żarty, krzyczy: “Będzie mi tu chrząkał butelką, jak idę! Na rozstrzelanie! Tak prawo kościelne mówi!”.
- Będziemy pili dzisiaj alkohol? - zwraca się do mnie. Kiwam głową. - A za mnie?
- Za pani zdrowie? - Przytakuje. - Dobrze.
A potem ona mówi do siebie, a ja notuję na komórce: “Trzoda chlewna, że na nią miejsca w piekle nie ma! Cała wieś zła. Cała wieś zła. Ja to alkoholiczka jestem od dziecka. Kupię spirytus z szyszek. Innego nie ma. Będzie mi tu chrząkał… I taki wysoki, a mu nie wstyd! Ja to niska jestem jak chuj. Cała wieś zła. Bo my wszyscy jesteśmy winni, wszyscy głosujemy za wojną”. A potem inscenizuje rozmowę między lekarzem (względnie - Adolfem Hitlerem) a pielęgniarką. Zmienia głos, intonację: “Proszę podnieść poziom trucizny w alkoholu! Proszę wykonać rozkaz!”. Przyjeżdża sprzedawczyni, otwiera sklep. Wchodzimy. Kupuję piwo, jogurt i żółty ser. A wariatka “Dwa chleby, margaryny dwie. Dwa chleby, margaryny dwie. I mielune. Mielune”. Idę za wieś, siadam przy polu pod drzewem i piję zdrowie wariatki.
Tego samego dnia docieram do Lubawki (Marcin powie później, że Lubawka to takie miejsce, gdzie w starożytności ludzie przyjeżdżali się lubić) i natychmiast się w niej zakochuję. Zabytkowy zapuszczony rynek nazywa się Plac Wolności. Zatrzymuję się w stojącym przy tymż placu hotelu Lubavia. W holu wisi kartka z napisem ZAKAZ SPOŻYWANIA ALKOHOLU NA HOLU!!! W zapadającym zmroku spaceruję po mieście. Odkrywam ogromny (co dziwne w tak małej miejscowości) zrujnowany dworzec kolejowy. Siadam z piwem w podcieniach na rynku, przysłuchuję się rozmowie chłopców. “Chodź, idziemy”. “O Jezusie brodaty, a ja tak sobie fajnie usiadłem!”

W hotelowej restauracji, przy porannej kawie, słyszę, jak jakaś kobieta, zaciągając, mówi do telefonu: “Bohatemu to i byk się ocieli”.
W pekaesie do Kamiennej Góry notuję rozmowę -
DZIEWCZYNKA: Mama, a gdzie jest koniec świata?
MATKA: Nie ma. Bo świat jest okrągły. Jest okrągła kulą.
W Kamiennej Górze kupuję namiot za jedyne 39,90.
W peakesie do Boguszowa-Gorc kierowca wzdycha: “Tak wszystkie poprostować drogi, panie… Te serpentyny nasze”.
W Boguszowie sprzedawczyni zapytana o drogę do dworca udziela mi instrukcji, którą odnotowuję w pamięci: “Za rzeźnikiem w lewo”. Rzeźnik okazuje się sklepem mięsnym.

Idę przez przelotne deszcze, które później przechodzą w deszcze stałe i obfite. Zaobserwuję wodę ściekającą strumieniami po gładkich pniach buków. Przemoknę. Wchodząc bez wahania do strumieni będę rozmyślać o niespodziewanym poczuciu wolności, jakie daje odrzucenie pewnych konwencjonalnych ograniczeń. Będę miała nawet nadzieję - płonną, jak się potem okaże - że ta woda dobrze butom zrobi: wypłuczą się, może po następnym przemoczeniu mniej będą śmierdziały.
W lesie rosną zielone grzyby. Spotykam czarownicę, jest bardzo stara. Pomarszczona, bezzębna, z niesamowicie jasnymi oczami. Towarzyszy jej dużo młodsza kobieta, pewnie córka lub wnuczka. Ta młodsza pyta:
- A pani tak sama?
- Sama.
- Nie boi się pani? - Pyta stara.
- Nie boję.
- I bardzo dobrze - odpowiada. - Ja sama tyle lat chodzę, na grzyby, nie boję się.
- Do lasu, sama… - mówi ta młodsza. - Ja bym… Ja to bym ze strachu… Nie wiem…
- W majtki byś narobiła - mówi stara.

języki obce i nie


Założyłam słownik. Tu jest.
Bo tak notuję różne słowa, przejęzyczenia, literówki, głupstwa i mądrości, ostatnio dostaję takie od Szumona, to co je będę w swoim zeszycie kisić. Zatem nienijszym podaję do Waszego użytku i pożytku.
Zachęcam do lektury, a jak też macie, to przysyłajcie [jesienfetyszysty@gmail.com].

języki obce i nie


Dwaj dresiarze w tramwaju. Ogolone głowy, tatuaże, wybite zęby.
Dresiarz 1: Ja nie jestem bandziorem.
Dresiarz 2: No… A jak mi się kiedyś śmiać chciało, jak ty powiedziałeś, czekaj, bandyta? Nie, gangster powiedziałeś. Bandyta, gangster - nie ma czegoś takiego w Polsce. Zbir, łotr - to tak…

języki obce i nie


Mój brat, wówczas pewnie czteroletni, do kolegi z przedszkola: Nie kłam, to wstyd.
Przedszkolanka do mojego brata, nieco poirytowana: Wstyd to chodzić z gołą pupą.

języki obce i nie


Przesiadam się zwykle na przystanku tramwajowym nieopodal tego, co zostało z Największego Bazaru w Mieście. Nie zostało dużo, bazar dogorywa. Podobno w przyszłą sobotę mają go ostatecznie zlikwidować.
Granice między miastem a bazarem są płynne i ruchome. Tuż obok wiaty przystanku starsi panowie i zniszczone kobiety rozkładają towary na stolikach turystycznych, na barierkach odgradzających tory od chodnika wiszą kwieciste bluzki, w spalonej słońcem trawie leżą parasole. Przy pasach kręcą się śniadzi mężczyźni, szepczący ochryple „Papierosy… Spirytus…”. Papierosy / spirytus trzymają w czarnej torbie pod latarnią. Pobliski tojtoj rozsiewa wokoło specyficzny zapach starego moczu i perfumowanych środków dezynfekujących.

Czasami nagle robi się dziwnie nerwowo. Handlarze błyskawicznie zwijają swoje towary i znikają. Wtapiają się w tłum. Właśnie tędy przechodzili, wysiedli z tramwaju, czekają na tramwaj. Starszy pan nie jest już wystarczająco szybki, lekko drżącymi rękami zbiera ze zdezelowanego stolika wyliniałe nakręcane szczury. Znika w ostatnim momencie. Policjanci idą dalej.

Wieczorem na przystanku jest pusto.
Wczoraj doszło tam do sprzeczki między motorniczym tramwaju a pasażerem. Ogolony na zero chłopak wysiadł i spokojnie przechodził przez tory. Śmiał się głośno i w odpowiedzi na obelgi motorniczego odkrzykiwał: „Frajer!”. Motorniczy, zdławionym od emocji głosem, wrzeszczał za nim przez okienko: „Na końskim chuju psu podawany!”.

języki obce i nie


Śląsk. Znajomy kolegi z pracy, nauczyciel, widzi chłopaków piszących na murze
MEMENTO MORI.
Pyta:
- Ej, chłopaki, a wiecie, co to znaczy?
- No ja! - odpowiadają. - Pamientej, że umresz.

języki obce i nie


- Ta twoja rewolucja jeszcze się nie zaczęła, a już chyli się ku dyktaturze - powiedziałam koledze, który nawoływał do rewolucji.
- Nie wszczynaj buntu, bardzo proszę! - zażądał kolega, który nawoływał do rewolucji.
- Uderz w stół… - powiedziałam.
- Jakie nożyce?! - zapytał.

języki obce i nie


Wypiliśmy razem morze alkoholu. Na kacu spędzaliśmy długie godziny w barłogu, czytając sobie na głos. Pocięliśmy się nawzajem skalpelem, żeby zobaczyć jak to jest rozcinać komuś skórę. Uprawialiśmy pornografię - pisaliśmy na giemajlowym czacie różne świństwa o stygnących porankach i dotkliwych ogrodach; o butwiejących liściach i kompoście pod szklistą skorupą lodu; o ślimakach, które uwielbiają to jeść, i o tym, jak myśliwy sarenkę po udzie, a ona drży. Szeptałam mu do ucha, przeciągając brzęczące dźwięki: „Biiierz go! Biiiierz Fichchchtego!”. To był prawie gwałt, ale on to lubił. Dziwka.
W ramach czułości mówiliśmy sobie zresztą dosyć często „Dziwko!” i „Lubisz to, suko!”. Na tyle często, że stało się to dla nas zupełnie normalne i zapominaliśmy czasem, że nie wszyscy myślą tak samo.
- Niedawno byłem na imprezie - opowiedział mi kiedyś. - Wychodzę z koleżanką na taras, palimy, rozmawiamy. Powiedziałem do niej „Dziwko!”. Odruchowo, nie pomyślałem. Dała mi po twarzy. I wiesz co? Poczułem się jak w domu…

języki obce i nie


Wieczorem byłam w Tesco, kupowałam różne gospodarcze rekwizyty. Zmiotkę, szufelkę, płyn do mycia podłóg, wiadro, silikon itd., itd. Jako pierwszy kasjerka wzięła z taśmy kij od szczotki. Nabiła go na kasę, podała mi i powiedziała:
- Kij proszę.

języki obce i nie


Opowiadałam Adamowi, że kiedy byłam mała, mówiłam o sobie w drugiej osobie liczby pojedynczej. Pewnie dlatego, że inni tak się do mnie zwracali. Jesteś głodna, zbudowałaś zamek, musisz iść spać, i tak dalej.
A kiedy robiłam coś obrzydliwego i Dorośli prosili, żebym przestała, odpowiadałam z obleśnym uśmiechem: “Lubisz to robić”.

Chwilę później do naszego pokoju weszła szefowa. Akurat obydwoje rozmawialiśmy przez telefon.
- A, rozmawiasz - powiedziała szefowa. - To potem do ciebie przyjdę.
- Do kogo? - spytałam Adama, kiedy wyszła.
Adam wzruszył ramionami:
- Do ciebie.
Szefowa wróciła po paru minutach.
- Przyszłaś do ciebie? - zapytałam.

Niedługo potem pojawił się Darek. Mieliśmy iść razem do Uli.
- Zadzwoniła do mnie Ula - oznajmił - i powiedziała “Najpierw ty”.
- “Najpierw ty”?
- Tak.
- Ale kto?
- “Ty”.
- Ty?