Wypiliśmy razem morze alkoholu. Na kacu spędzaliśmy długie godziny w barłogu, czytając sobie na głos. Pocięliśmy się nawzajem skalpelem, żeby zobaczyć jak to jest rozcinać komuś skórę. Uprawialiśmy pornografię - pisaliśmy na giemajlowym czacie różne świństwa o stygnących porankach i dotkliwych ogrodach; o butwiejących liściach i kompoście pod szklistą skorupą lodu; o ślimakach, które uwielbiają to jeść, i o tym, jak myśliwy sarenkę po udzie, a ona drży. Szeptałam mu do ucha, przeciągając brzęczące dźwięki: „Biiierz go! Biiiierz Fichchchtego!”. To był prawie gwałt, ale on to lubił. Dziwka.
W ramach czułości mówiliśmy sobie zresztą dosyć często „Dziwko!” i „Lubisz to, suko!”. Na tyle często, że stało się to dla nas zupełnie normalne i zapominaliśmy czasem, że nie wszyscy myślą tak samo.
- Niedawno byłem na imprezie - opowiedział mi kiedyś. - Wychodzę z koleżanką na taras, palimy, rozmawiamy. Powiedziałem do niej „Dziwko!”. Odruchowo, nie pomyślałem. Dała mi po twarzy. I wiesz co? Poczułem się jak w domu…
filozofia
filozofia
722
poziomy
Kiedy nie zajmuję się niczym konkretnym, opowiadam sobie historie albo prowadzę w myślach rozmowy. Niestety często wyobrażam sobie sytuacje irytujące i nieprzyjemne i potem chodzę wkurzona.
Dziś wieczorem, wracając po angielskim do domu, byłam trochę smutna, więc zaczęłam sobie wyobrażać, że w moim życiu zaszły niespodziewane zmiany i oto po sześciu latach mieszkam w Australii, gdzieś pod - chwileczkę, rzucę okiem na mapę - gdzieś pod Wagin (naprawdę mają takie miasto).
Którejś soboty idę na spacer. Na pustynię, czy co tam się nieopodal Wagin znajduje. Spaceruję po tym australijskim stepie i rozkoszuję się dziką przyrodą. Dookoła skaczą kangury, bardzo wysoko, wombaty śpią w krzakach, a elefanty chodzą. Mijam wioskę Eufagów - podobnych do ludzi trójokich istot, które jedzą tylko to, co smaczne, w związku z czym grozi im wyginięcie; Eufagowie są przyjaźni i, jak ze wszystkimi inteligentnymi stworzeniami w kosmosie, bez problemu można się z nimi porozumieć po amerykańsku. Mijam łąkę, na której pasą się jednosorożce. Trawy falują na wietrze, na niebie wyświetla się zorza polarna…
(Oczywiście opowiadałam sobie zupełnie inną historię, ale nie będę przecież publikować na blogu historii, które sobie naprawdę opowiadam.)
WTEM, na krętej ścieżce pośród tych jedwabistych traw, natykam się znienacka na dawnych znajomych, jeszcze z Polski, Iksa i Igreka. Jesteśmy wszyscy bardzo zaskoczeni.
- Iks! Igrek! - wykrzykuję. - Nigdy bym nie pomyślała, że spotkamy się kiedyś w takim miejscu!
I wtedy przypominam sobie mgliście, że kilka lat temu, chyba tego samego dnia, kiedy wyjmowano mi szwy po wyrwaniu ósemki, wracając po angielskim do domu, wyobrażałam sobie, że mieszkam w Australii pod Wagin i którejś soboty w rezerwacie Eufagów niespodziewanie spotykam Iksa i Igreka.
filozofia
527
autoportret
Ostatnio na zajęciach z angielskiego mieliśmy listening task o malarstwie. Jak zwykle najpierw trzeba było work in pairs i discuss questions concerning the issue. Jedno z pytań dotyczyło malowania autoportretów. Czy jest trudniejsze od malowania portretów i na czym ewentualna trudność polega. Odwołałam się do my own experience - że przenosząc wzrok z lustra na kartkę, nie można zmieniać pozycji, że to się nie zawsze udaje, i tak dalej. Nasza teacher na chwilę się zawiesiła, a potem zapytała:
- Ale zaraz… Kiedy malujesz patrząc w lustro, to co właściwie malujesz? Odbicie w lustrze czy autoportret?
filozofia
504
lekcja anatomii
Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to - tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych - rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.
Czarny obszar w górnej części rysunku to mózg. To, że mózg jest w głowie, też nietrudno stwierdzić - doświadczenie poucza, że myśli znajdują się w głowie; Dorośli mówią, że myśli są wytwarzane przez mózg; zatem mózg jest w głowie.
Sformułowałam też kilka istotnych tez dotyczących życia płodowego człowieka. Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). “Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).
Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.
Potem natrafiłam na problemy nieco subtelniejszej natury. Dotarły do mnie wzmianki o duszy, czyli niewidzialnej części człowieka, która nigdy nie umiera, a po śmierci ciała idzie do nieba, czyśćca lub piekła, w zależności od tego, czy dana osoba była grzeczna, czy nie.
Wcześniej sądziłam, że człowiek to ciało, ale z tych nowych informacji wynikało, że człowiek to raczej dusza albo ciało i dusza połączone ze sobą w jakiś sposób. Dorośli mówili, że dusza jest najważniejszą częścią człowieka, ale proszeni o udzielenie dokładniejszych informacji mówili niejasno i trochę się plątali, więc szczegóły musiałam ustalić sama.
Nie było to łatwe. No bo tak: najważniejsza część człowieka, na przykład mnie, to ja. Ja to jest to, co myśli. Jeśli, jak można było wnosić z wypowiedzi Dorosłych, człowiek jest duszą, to albo dusza jest mózgiem (bo, jak pamiętamy, myśli są wytwarzane przez mózg), albo znajduje się w mózgu i tak naprawdę to ona wytwarza myśli. Jednakże dusza nie może być mózgiem, ponieważ jest niewidzialna. Zatem jeżeli człowiek jest duszą, to dusza znajduje się w mózgu. Jeśli człowiek jest połączeniem duszy i ciała, to sprawa przedstawia się o wiele prościej - dusza znajduje się wewnątrz ciała, stanowi jego niewidzialną kopię i szczelnie je wypełnia. Początkowo przyjęłam właśnie tę koncepcję - choć w późniejszym okresie skłonna byłam twierdzić, że dusza znajduje się w lewym ramieniu - ale z czasem odrzuciłam ją na rzecz twierdzenia o duszy znajdującej się w mózgu.
A potem poszłam do szkoły.
Ala ma kota.
filozofia
Był ponury listopadowy wieczór. Profesor K, wsadziwszy do kieszeni kurtki kilka ulubionych książek, poszedł na spacer do parku. Okruszki miał już przygotowane.
Ku jego zadowoleniu było zupełnie pusto. Szedł powoli, lekko zgarbiony. Wkrótce znalazł odpowiednie miejsce - w krzakach, z dala od światła latarni. Przystanął, spojrzał za siebie. Upewniwszy się, że jest sam, ostrożnie ułożył książki na ławce. Odszedł trzy kroki, uśmiechnął się i sięgnął do drugiej kieszeni. W parku było cicho, delikatnie szeleściły poruszane wiatrem kartki. Profesor sypnął na ziemię garść okruszków. Książki sfrunęły z ławki.
filozofia
125
lekarz z kosmosu
Któregoś dnia obudziłam się i stwierdziłam, że prawym okiem widzę inaczej. Trochę jak chwilę przed utratą przytomności. Kolory wyblakły, wszystko było zielonkawe, obraz się ruszał i wyginał, pojawiła się mgła i świetliste otoczki na krawędziach przedmiotów.
Najpierw myślałam, że mam brudne okulary. Przecierałam, wycierałam - nie pomagało. Potem myślałam, że coś mi wpadło do oka. Obejrzałam w lustrze - nic nie było. Pogarszało się z godziny na godzinę. Po południu poszłam do okulistki. Zbadała wszystko. Ostrość widzenia, ciśnienie w gałce ocznej, dno oka, widzenie barw. Badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Ciekawa sprawa. Czy człowiekowi może się tylko wydawać, że jednym okiem widzi inaczej? Lekarka poradziła, żeby zgłosić się na ostry dyżur okulistyczny, jeśli do wieczora się pogorszy.
Zadzwoniłam do Marcina. Powiedział, że rozważać psychiczne podłoże moich problemów z widzeniem można dopiero wtedy, kiedy się wykluczy wszystkie przyczyny fizjologiczne. I że nagła śmierć raczej mi nie grozi, ale żeby rzeczywiście zgłosić się na ostry dyżur, jeśli do wieczora się pogorszy. Pogorszyło się.

Na ostry dyżur pojechałam z Moniką. Spędziłyśmy tam ponad sześć godzin. Niektórzy bardzo cierpieli. Co jakiś czas lekarka wpuszczała im krople znieczulające. Kolejne osoby wychodziły z zaklejonym lewym okiem. Wyglądało na to, że wszystkim po prostu wydłubują lewe oko, niezależnie od tego, co komu dolega. Niektórzy nie chcieli przepuszczać poza kolejnością rodziców z małymi dziećmi. Nie chcieli też przepuścić dziewczyny, która przyjechała z pogotowia z dziurą w oku. Innym włączył się czarny humor. W łazience patrzyłam w lustro zakrywając dłonią raz jedno, raz drugie oko. Za mgłą widziałam swoje zielonkawe odbicie. Wyginało się, przybliżało i oddalało. Koło północy zrobiło się cicho. Wszyscy byli już zmęczeni. Mężczyzna, któremu zakroplono atropinę i kazano czekać na korytarzu, po paru godzinach zrezygnował. Poszedł. Wołali go kilka minut później.
W gabinecie było ciemno, trochę światła dawały tylko te wszystkie okulistyczne maszyny, lampki i ekrany. Lekarzy było z pięcioro. Kłębili się, przekrzykiwali, badali kilka osób na raz. Nie dali dojść do głosu. Kazali czytać litery. Potem jedna z lekarek zaczęła mi coś zakraplać, a druga krzyknęła: “Przestań, najpierw kolory, bo jak panią oślepisz, to będziesz miała proces!”.
Badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości poza pogorszonym widzeniem barw. Diagnozę postawili natychmiast. “Jak pacjent nic nie widzi i lekarz nic nie widzi, to to jest zapalenie nerwu wzrokowego.” O pierwszej w nocy przyjęli mnie na oddział i podłączyli kroplówkę.
Następnego dnia rano razem z innymi pacjentami poszłam do ciemni. Ciemnie to pomieszczenia bez okien, z pomalowanymi na czarno ścianami. Odbywają się tam te same obrządki, co w gabinecie na ostrym dyżurze. Lekarze kłębią się, rozmawiają, pokrzykują, świecą pacjentom w oczy, zaglądają do środka.
Poświecili i zajrzeli. Nic się nie zmieniło.
Po wyjściu z ciemni rozmawiałam z lekarzem, wielkim facetem w chodakach, na korytarzu. Zapytałam, czy wizja w moim prawym oku wróci. A on na to:
- Czy wróci? To jest takie trochę pytanie skierowane w kosmos… Ale - dodał już idąc, z połowy korytarza - jako wysłannik kosmosu mogę powiedzieć, że tak, wróci.
Wróciła.
filozofia
Załatwiwszy sobie dostęp do sieci także w domu, jakbym nową rzeczywistość odkryła. I mam na jej temat refleksje. Na przykład:
Wraz z rozpowszechnieniem się internetu pojawiło się nowe kryterium pozwalające rozstrzygać o istnieniu bądź nieistnieniu przedmiotu. Powiedział mi o nim Olo. Kryterium jest bardzo proste: Czego nie ma w Google, to nie istnieje.
Na szczęście fakt występowania w Google nie pociąga za sobą faktu istnienia. W przeciwnym razie ile by istniało potwornych rzeczy! Zresztą - wyników wyszukiwania dla słowa “nic” jest około czterdzieści milionów. Nawet jeśli nic istnieje, to przecież nie aż tak bardzo.
Internet, poza tym, że dostarcza użytecznego (choć, jak widać, niewystarczającego) kryterium rozstrzygania o tym, co istnieje, a co nie, może także służyć za narzędzie do podtrzymywania bądź wzmacniania w istnieniu. Podtrzymywanie i wzmacnianie metodami tradycyjnymi jest męczące i czasochłonne, a włożonego w nie wysiłku przeważnie nikt nie docenia. Wiem, bo długie godziny spędzałam siedząc w fotelu i w głębokim skupieniu podtrzymując istnienie świata. Zazwyczaj spotykałam się z zarzutem, że nic nie robię.
Teraz jest to o wiele prostsze i szybsze.
Dziś w pracy. Natalia mówi, że zrobiła sobie z kolegami z zespołu sesję zdjęciową w parku. Monika na to:
- To zawieś zdjęcia na Facebooku, komentów ci nabiję.
No właśnie. Żeby podtrzymać albo wzmocnić (w tym przypadku) kogoś w istnieniu, po prostu dajesz mu koment. I nikt się nie przyczepi, bo trwa to chwilę.
Wzmacniać (ale już nie podtrzymywać) istnienie ludzi można też przez telefon - zwracając się do nich po imieniu. Z kolegą z pracy planowaliśmy nawet założyć firmę, która by się tym zajmowała. Ja bym wzmacniała, on by osłabiał (bo istnieć za bardzo wcale nie jest dobrze).
Któregoś razu wymyśliłam usprawnienie i wysłałam mu esemesa:
Od 0700777: Darku, Darku. // Istniej bardziej, istniej mocniej, istniej lepiej. Wzmacnianie w istnieniu teraz także przez SMS! Pierwsze 7 wzmocnień za darmo. Więcej informacji na stronie www.istniejmocniej.pl
Dostałam odpowiedź, z której wynikało, że kolega jest wprawdzie bardzo ofertą zainteresowany, ale niestety zupełnie niewypłacalny.