797
lament
P-no, dworzec PKP chwilę przed dziewiątą rano. Siadam na ławce, po chwili dosiada się starsza pani i zaraz druga.
- O, dzień dobry. Z targu?
- Z targu, z targu. Pory kupiłam, dwadzieścia groszy sztuka, posadzę, do zupy dobre, do wszystkiego; wie pani, wzmacnia smak.
Zakładam słuchawki, ale empetrójka natychmiast się rozładowuje. Przysłuchuję się więc rozmowie, najpierw mimowolnie, potem coraz uważniej. To nie jest zwyczajna rozmowa, nie służy wymianie informacji i poglądów, kobiety nie spierają się, ani nie utwierdzają nawzajem w swoich przekonaniach, pojawiają się wprawdzie opinie i fakty, ale wyłącznie w roli pretekstu - to raczej obrzęd, coś, co się celebruje, coś stanowiącego cel sam w sobie.
- Co za pogoda. I ciągle pada. Słyszałam, że to przez ten wulkan.
- A wie pani, bardzo możliwe. Chmura była, na słońcu się jakieś zaćmienia porobiły pewnie…
- U mnie wszystko potopione, ziemniaki potopione, na polu woda stoi.
- Ale to nic; jak pomyślę, co mają te ludzie, gdzie największa powódź była… Biedne ludzie!
I kobieta, która kupiła pory po dwadzieścia groszy sztuka, zaczyna lamentować. Mówi ze śpiewną intonacją, frazy zataczają kręgi i wracają w jednostajnym rytmie. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek miałby użalać się nade mną, chciałabym, żeby tak właśnie to robił.
- Biedne ludzie! Gdzie oni znajdą siły, żeby teraz to wszystko odbudować, gdzie? Domy potopione, samochody potopione, pola potopione, biedne ludzie! Jak ja to w telewizji widzę, jak nieraz telewizor włączę, to mnie się płakać chce. Gdzie oni siły znajdą, pieniądze gdzie? Całe życie człowiek harował, a tu woda przyszła i wszystko zabrała. I za co to? Co te ludzie winne? Nic nie winne. A złodzieje, oszuści, chodzą sobie, nic im się nie dzieje. Nie ma sprawiedliwości. I te ludzie, takie biedne! Woda cały dobytek zabrała, siły zabrała, wiarę w Boga zabrała. A to najgorsze.
- Tak jak ten Ratzinger powiedział, jak w Oświęcimiu był. Patrzy na to wszystko, na te baraki, na te piece, i mówi: Boże gdzieś ty był?
- No właśnie. Bo gdzie? Nie było go.
Druga kobieta zawahała się, poprawiła się na ławce, sapnęła.
- Aby nie zgrzeszyć, aby nie zgrzeszyć.
- Ale! Tam u mnie to księża się pobudowali, w takim wielkim domu żyją, pięciu ich tam mieszka, a nie ma za co nowego dachu na kościele położyć. Kościołów nie budują, tylko domy dla swoich rodzin. Pani, to jest biznes! Miliard wiernych, niech każdy po złotówce da, jakie to są pieniądze!
- U mnie w parafii to na tacę idą papierowe.
- Papierowe?
- A jak! Dziesiątki, dwudziestki, pięćdziesiątki…
Zamilkły na chwilę. Potem ta, która kupiła pory po dwadzieścia groszy sztuka, powiedziała:
- Ja nieraz patrzę, jak na targ idę, jak te Ukraińcy stoją, najmie ich ktoś do roboty, czy nie. A nasi, Polacy, inaczej w tej Anglii mają?
- Teraz takie czasy. Robotnik chciał kapitalizmu, to ma. Bo to się tak mówi, że jest demokracja, a to jest zwykły średniowieczny kapitalizm!
Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to - tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych - rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.
A potem chłopak zadał pytanie, którego ani Michał, ani ja nigdy nie odważylibyśmy się zadać.