ciekawość


P-no, dworzec PKP chwilę przed dziewiątą rano. Siadam na ławce, po chwili dosiada się starsza pani i zaraz druga.
- O, dzień dobry. Z targu?
- Z targu, z targu. Pory kupiłam, dwadzieścia groszy sztuka, posadzę, do zupy dobre, do wszystkiego; wie pani, wzmacnia smak.

Zakładam słuchawki, ale empetrójka natychmiast się rozładowuje. Przysłuchuję się więc rozmowie, najpierw mimowolnie, potem coraz uważniej. To nie jest zwyczajna rozmowa, nie służy wymianie informacji i poglądów, kobiety nie spierają się, ani nie utwierdzają nawzajem w swoich przekonaniach, pojawiają się wprawdzie opinie i fakty, ale wyłącznie w roli pretekstu - to raczej obrzęd, coś, co się celebruje, coś stanowiącego cel sam w sobie.

- Co za pogoda. I ciągle pada. Słyszałam, że to przez ten wulkan.
- A wie pani, bardzo możliwe. Chmura była, na słońcu się jakieś zaćmienia porobiły pewnie…
- U mnie wszystko potopione, ziemniaki potopione, na polu woda stoi.
- Ale to nic; jak pomyślę, co mają te ludzie, gdzie największa powódź była… Biedne ludzie!

I kobieta, która kupiła pory po dwadzieścia groszy sztuka, zaczyna lamentować. Mówi ze śpiewną intonacją, frazy zataczają kręgi i wracają w jednostajnym rytmie. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek miałby użalać się nade mną, chciałabym, żeby tak właśnie to robił.
- Biedne ludzie! Gdzie oni znajdą siły, żeby teraz to wszystko odbudować, gdzie? Domy potopione, samochody potopione, pola potopione, biedne ludzie! Jak ja to w telewizji widzę, jak nieraz telewizor włączę, to mnie się płakać chce. Gdzie oni siły znajdą, pieniądze gdzie? Całe życie człowiek harował, a tu woda przyszła i wszystko zabrała. I za co to? Co te ludzie winne? Nic nie winne. A złodzieje, oszuści, chodzą sobie, nic im się nie dzieje. Nie ma sprawiedliwości. I te ludzie, takie biedne! Woda cały dobytek zabrała, siły zabrała, wiarę w Boga zabrała. A to najgorsze.

- Tak jak ten Ratzinger powiedział, jak w Oświęcimiu był. Patrzy na to wszystko, na te baraki, na te piece, i mówi: Boże gdzieś ty był?
- No właśnie. Bo gdzie? Nie było go.
Druga kobieta zawahała się, poprawiła się na ławce, sapnęła.
- Aby nie zgrzeszyć, aby nie zgrzeszyć.
- Ale! Tam u mnie to księża się pobudowali, w takim wielkim domu żyją, pięciu ich tam mieszka, a nie ma za co nowego dachu na kościele położyć. Kościołów nie budują, tylko domy dla swoich rodzin. Pani, to jest biznes! Miliard wiernych, niech każdy po złotówce da, jakie to są pieniądze!
- U mnie w parafii to na tacę idą papierowe.
- Papierowe?
- A jak! Dziesiątki, dwudziestki, pięćdziesiątki…

Zamilkły na chwilę. Potem ta, która kupiła pory po dwadzieścia groszy sztuka, powiedziała:
- Ja nieraz patrzę, jak na targ idę, jak te Ukraińcy stoją, najmie ich ktoś do roboty, czy nie. A nasi, Polacy, inaczej w tej Anglii mają?
- Teraz takie czasy. Robotnik chciał kapitalizmu, to ma. Bo to się tak mówi, że jest demokracja, a to jest zwykły średniowieczny kapitalizm!

ciekawość


Starsza z moich młodszych sióstr jest w ciąży. Bardzo się tym przejmuję, a ją to wzrusza.
Chociaż to dopiero czwarty miesiąc, siostra ma już całkiem spory brzuch, który w dodatku w zastraszającym tempie się powiększa. Niewykluczone, że jej dziecko też ma w brzuchu dziecko i to dziecko ma w brzuchu dziecko, i to dziecko ma w brzuchu dziecko, i tak dalej.
Bo na przykład koleżanka z pracy, która też jest w czwartym miesiącu, wcale nie ma brzucha. Za to dręczą ją migreny. Podejrzewam, że płód zagnieździł się w mózgu, jak jajo tasiemca albo Atena.

ciekawość


Są takie wspomnienia z dzieciństwa, dla których nie zostało rozstrzygnięte, czy należą do starszej z moich młodszych sióstr, czy do mnie. Czasami się o to kłócimy. Rodzice, świadkowie tamtych zdarzeń, wiadomo: są stronniczy (oczywiście tylko wtedy, gdy przyznają rację siostrze). Dlatego nie wiem, która z nas mówiła na koty “nionio” i która asystowała pradziadkowi przy porannym goleniu a potem jadła z nim jajecznicę.

Nie wiem też, która z nas dzieliła wszystkie żywe stworzenia na dwie grupy: “gizące i scypiące” oraz pozostałe, i gdy natykała się na jakąś nieznaną istotę, zaczynała od przypisania jej do jednej z tych kategorii.
Któregoś razu właśnie ta z nas miała nocować u babci. Nad łóżeczkiem wisiał obrazek.
- Kto to jest? - zapytała właśnie ta z nas.
- Matka Boska - opowiedziała babcia.
- Giząca i scypiąca?

ciekawość


img379Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to - tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych - rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.

Czarny obszar w górnej części rysunku to mózg. To, że mózg jest w głowie, też nietrudno stwierdzić - doświadczenie poucza, że myśli znajdują się w głowie; Dorośli mówią, że myśli są wytwarzane przez mózg; zatem mózg jest w głowie.

Sformułowałam też kilka istotnych tez dotyczących życia płodowego człowieka. Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). “Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).
Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.

Potem natrafiłam na problemy nieco subtelniejszej natury. Dotarły do mnie wzmianki o duszy, czyli niewidzialnej części człowieka, która nigdy nie umiera, a po śmierci ciała idzie do nieba, czyśćca lub piekła, w zależności od tego, czy dana osoba była grzeczna, czy nie.
Wcześniej sądziłam, że człowiek to ciało, ale z tych nowych informacji wynikało, że człowiek to raczej dusza albo ciało i dusza połączone ze sobą w jakiś sposób. Dorośli mówili, że dusza jest najważniejszą częścią człowieka, ale proszeni o udzielenie dokładniejszych informacji mówili niejasno i trochę się plątali, więc szczegóły musiałam ustalić sama.
Nie było to łatwe. No bo tak: najważniejsza część człowieka, na przykład mnie, to ja. Ja to jest to, co myśli. Jeśli, jak można było wnosić z wypowiedzi Dorosłych, człowiek jest duszą, to albo dusza jest mózgiem (bo, jak pamiętamy, myśli są wytwarzane przez mózg), albo znajduje się w mózgu i tak naprawdę to ona wytwarza myśli. Jednakże dusza nie może być mózgiem, ponieważ jest niewidzialna. Zatem jeżeli człowiek jest duszą, to dusza znajduje się w mózgu. Jeśli człowiek jest połączeniem duszy i ciała, to sprawa przedstawia się o wiele prościej - dusza znajduje się wewnątrz ciała, stanowi jego niewidzialną kopię i szczelnie je wypełnia. Początkowo przyjęłam właśnie tę koncepcję - choć w późniejszym okresie skłonna byłam twierdzić, że dusza znajduje się w lewym ramieniu - ale z czasem odrzuciłam ją na rzecz twierdzenia o duszy znajdującej się w mózgu.

A potem poszłam do szkoły.
Ala ma kota.

ciekawość


Kiedy pod koniec sierpnia po kontrolnej wizycie w szpitalu okulistycznym dostałam skierowanie na VER, od razu zadzwoniłam do Marcina, żeby zapytać na czym to badanie polega. Zaniepokoiło mnie zwłaszcza użyte przez okulistkę słowo “elektrody”. Marcin nie wiedział dokładnie. “Chyba zakłada się taką płaską elektrodę na oko… Nie no, w znieczuleniu oczywiście… Ale lepiej sprawdź, bo nie jestem pewny.” Płaską elektrodę na oko. Jezu. Sprawdziłam w internecie. Okazało się, że elektrody przyczepia się do skóry głowy. I że nie boli, tylko czasem może być wylew krwi do oka.

W wyznaczonym terminie, 1 grudnia, przyjechałam do szpitala. Miałam ze sobą maszynkę do golenia i jedwabną chustkę - na wypadek, gdyby okazało się, że muszą mi ogolić głowę w miejscach umocowania elektrod. Maszynkę i chustkę ukryłam głęboko, bo wstydziłam się swojej, jak podejrzewałam, zbytecznej zapobiegliwości. Pani w recepcji była bardzo miła i ładnie się uśmiechała. Gabinet nr 42.

W korytarzach szpitala okulistycznego można zobaczyć straszne rzeczy, jeżeli się widzi. Na ścianach wiszą plakaty z wielkimi kolorowymi zdjęciami chorych oczu. Na ławkach siedzą ludzie z chorymi oczami. Przeszłam ze spuszczonym wzrokiem. Usiadłam. Naprzeciwko, na wprost drzwi gabinetu nr 42, siedziała starsza pani w kraciastej spódnicy. Na oczach miała okrągłe gaziki, zachodzące schodkami jeden na drugi, po siedem na każdym, całość przewiązana bordową wstążką. Wyglądała przerażająco. Trochę jak jakiś wielki owad. Robiła wrażenie speszonej, była dość sztywna. Starałam się nie myśleć, co ma pod tym opatrunkiem.

Czas mijał. Z gabinetu nr 33 wyszła ciemnowłosa lekarka, uśmiechnęła się do mnie, zapytała: “Ktoś czeka na pole widzenia?”. Nikt nie odpowiedział. Uśmiechnęłam się do lekarki. “Nikt nie chce do mnie czekać?” Nikt nie chciał. A pole widzenia - z tego, co czytałam, bo nigdy mi nie robili - to takie miłe badanie! Jakaś “czasza”, zapalające się w różnych miejscach światełka… W każdym razie na pewno nie powoduje wylewów i nie trzeba zakładać przerażających opatrunków.

Do kobiety z gazikami przysiadła się dziewczyna. Kobieta zaczęła do niej mówić. Dziewczyna w ogóle nie słuchała, była czymś bardzo zmartwiona. Kobieta z opatrunkiem oczywiście nie mogła tego zobaczyć.

A potem z gabinetu nr 42, z tego gabinetu, w którym miałam mieć przyczepiane do głowy elektrody, ale w sumie nic strasznego, tylko ewentualnie wylew krwi do oka, wyszła młoda lekarka w gumowych rękawiczkach, podeszła do kobiety owada, podała jej obie ręce i idąc powoli do tyłu, wciągnęła ją do środka, po czym przekręciła klucz w zamku.

Wyobraziłam sobie siebie z takimi gazikami i bordową wstążką. I z tym, co tam mogło być pod spodem. Włożyłam płaszcz do plecaka, żeby mieć tylko jeden pakunek. Telefon ustawiłam tak, żeby móc dwoma kliknięciami w zieloną słuchawkę dodzwonić się do mamy, Michała albo Marcina. Obiecałam sobie, że jeżeli koś usiądzie obok, nie będę do niego mówić. I czekałam.

Wreszcie kobieta owad wyszła. Już bez opatrunku. Poruszała się trochę niepewnie, ale nie jak ktoś, kto nie widzi. Jej oczy wyglądały normalnie.
Chwilę potem poproszono mnie do środka.

- Czy ktoś wyjaśnił pani, na czym polega to badanie?
- Nie, nikt mi nie wyjaśniał.
- Przyczepimy pani do głowy elektrody: na czole, na czubku i z tyłu. Zasłonimy jedno oko. Będzie pani patrzyła w monitor, na czerwony krzyżyk pośrodku. Szachownica na ekranie będzie się zmieniała. Przez minutę. Potem zrobimy to samo z drugim okiem. W porządku?
- W porządku.

Lekarka podeszła, żeby umocować elektrody. “Muszę zrobić peeling i odtłuszczanie”, powiedziała. Nie było to zbyt przyjemne, ale nie miało nic wspólnego z goleniem głowy.

ciekawość


Zaobserwowane przez kolegę z pracy.

Tramwaj. Wsiadają babcia i wnuk.
Chłopiec ma pięć, może sześć lat. Jak większość dzieci w tym wieku - zadaje pytania. Bez przerwy. W takich rozmowach każda odpowiedź rodzi następne pytanie, a wszystkie te pytania i odpowiedzi w sposób nieunikniony prowadzą do zagadnień, których nie da się rozwiązać.
Babcia źle to znosi. Jest zmęczona, odpowiada półsłówkami.

Wreszcie chłopiec pyta: Jaka jest twoja ulubiona liczba?
Babcia odpowiada posępnie: Nie wiem.
Na co on: Bo moja - ilewen i nieskończoność.

ciekawość


W starym domu w P-nie jest dużo luster. W drzwiach dwu szaf pionowe, na całą wysokość. W trzydrzwiowej owalne, w bieliźniarce prostokątne. Oba kryształowe, trochę zmętniałe, ze ściętymi krawędziami, w których załamuje się obraz i rozszczepia światło. (Trzecie takie, wymontowane z toaletki prababci, miałam kiedyś w pokoju.) W łazience poziome, przez całą długość ściany, zielonkawe. U młodszej z moich młodszych sióstr pionowe średniej wielkości. Trochę krzywe, z jednej strony pogrubia. Na stole trzymam małe prostokątne, którego pradziadek używał rano przy goleniu.

U babci, tej, z którą przez jakiś czas mieszkałam, lustra są tylko trzy, wszystkie małe. Kiedy babcia szczotkuje włosy szczotką jak do butów, staje przed tym w przedpokoju i zamyka oczy. Zaciska z całej siły. Mówi, że nie chce robić sobie przykrości.

Kiedy byłam dzieckiem, powtarzała: “Nie patrz w lustro, bo zobaczysz diabła”.
Brzmiało obiecująco, więc wpatrywałam się w lustro godzinami. Czekałam. Pewnie nie pojawia się tak od razu.  Zastanawiałam się - czy zobaczę go za swoimi plecami? Czy raczej wyjrzy z lustra jak z okna? A może po prostu zamiast własnej twarzy zobaczę jego twarz? Czy będzie to znaczyło, że jestem diabłem albo właśnie się nim stałam?

Przeglądam się we wszystkim, w czym przejrzeć się można. W lustrach, szybach wystawowych, lusterkach wstecznych, ciemnych oknach.
Jeszcze go nie widziałam. Tak mi się przynajmniej wydaje.

ciekawość


Jeżdżę do pracy pociągiem. Stacja, na której wysiadam, jest nieduża. Peron z jednej, peron z drugiej, ławeczki, tablica, tyle. Później jakieś dziesięć minut na piechotę. Chodzę na skróty. W dół z nasypu i rozjeżdżoną gruntową drogą, która po deszczu zamienia się w gliniaste bajoro. Kiedyś były w tej okolicy domy z ogródkami. Teraz są chaszcze. W gęstwinie można dojrzeć zdziczałe drzewa owocowe, poprzerastane chwastami krzaki porzeczek, resztki ogrodzeń, śmieci, kupki gruzu. Za chaszczami jest plac budowy, kilka całkiem nowych domów, potem już normalnie. Sklep, asfalt, chodnik.
Ostatnio często pada i na drogę wyłażą ślimaki bez skorupek. Mnóstwo. Pełzają albo leżą martwe. Martwe wyglądają, jakby rozpuściły się z nadmiaru wilgoci. Do śliskiej plamy zlatują muchy o tęczowo lśniących odwłokach i schodzą inne pomrowy. Zjadają zwłoki.

Kiedy przyjeżdżam wcześniejszym pociągiem, za każdym razem trafiam na samochód. Za każdym razem ten sam. Osobowy, żółty z niebieskim napisem “Poczta Polska”. Stoi z włączonym silnikiem w miejscu, gdzie do błotnistej drogi dochodzi prowadząca z nasypu ścieżka. Kierowca, młody ciemnowłosy chłopak, czasem siedzi w środku, z rękami założonymi za głowę i nieruchomo patrzy przed siebie. A czasem. No właśnie. A czasem stoi w krzakach, tuż koło drogi, i sika. Jeszcze żeby chociaż odwrócił się do drogi plecami. Ale nie. Prawie na drogę sika. Albo w kierunku, z którego idę.

I zastanawiam się. Po pierwsze: Dlaczego on z tym samochodem tam stoi? Czy złośliwie, żeby listy dostarczyć z opóźnieniem? Czy czeka na coś albo na kogoś? A po drugie: Czemu tak bezwstydnie sika? Za pierwszym razem pomyślałam, że się nie spodziewał. Wymieniliśmy spojrzenia, poczułam się niezręcznie, sądziłam, że on także. Ale za drugim razem? Za kolejnym? Musiał wiedzieć.

Kiedy przyjeżdżam późniejszym pociągiem, samochodu nie ma. Mijam miejsce, w którym zwykle stoi, patrzę w chaszcze. Pusto. Wydeptana ścieżka, trochę śmieci, zbutwiałe deski. Idę, patrzę w chaszcze i myślę: Tutaj sika listonosz.

ciekawość


Tydzień temu wróciłam z wakacji. Byliśmy z Michałem na rowerach w Estonii, na Łotwie i Litwie. Przejechaliśmy z Talina do Pabradė. Ponad tysiąc kilometrów, dwa tygodnie.
[Zdjęcia w galerii - estonia, lotwa i litwa 2009.]

Przez większość czasu milczeliśmy. Ludzi spotykaliśmy rzadko. Dlatego powrót pociągiem do Polski był dość męczący - w Augustowie do naszego przedziału wsiadło troje towarzysko usposobionych pasażerów. Małżeństwo po pięćdziesiątce i młody chłopak. Mężczyzna był gruby i absorbujący; zajmował dużo miejsca i dużo mówił. Najwięcej. Kobieta była wesoła i przyjacielska.  Chłopak - wszystkiego ciekaw i pełen zapału.

Więc wsiedli. Przyszedł konduktor. Pokazaliśmy bilety. Mężczyzna wyciągnął jakąś legitymację.
- Ja jeżdżę za darmo.
- Już niedługo, już niedługo - powiedział zgryźliwie konduktor.
- Komu niedługo, temu niedługo.
Chwilę sobie podokuczali, konduktor poszedł. Chłopak zapytał, co to za legitymacja. Okazało się, że mężczyzna jest maszynistą. I że maszyniści nie lubią się z kierownikami pociągów.
- Phi, taki kierownik pociągu. Nie wywalczyli sobie, to nie mają. Kierownik pociągu! On to mi może… Mówi taki, że pociąg przyprowadził na czas. Ty przyprowadziłeś?! To ty się całą drogę wyśpisz, a ja tam w lokomotywie z zapałkami w oczach, dwanaście godzin jadę, i ty mówisz, że przyprowadziłeś?! A idź…

Kobieta (pielęgniarka ze żłobka, jak się później okazało) zapytała, gdzie pracujemy. Powiedzieliśmy. Jak padło „historia najnowsza, totalitaryzmy, komunizm”, to się zaczęło. Maszynista zaczął.
- Komunizm, komunizm. Bo teraz to wszyscy tak na ten komunizm, a tak szczerze, to ja wtedy miałem lepiej. Było mnie stać na samochód, mieszkanie, a teraz co? I się handlowało… Na Węgrzech peruki schodziły, to poupychałem te peruki w lokomotywie i jechałem. I porządek był, nie to co teraz. Narkomania, te dżety nie dżety palą. A uderzysz, to cię do sądu poda. A wtedy dostał od ojca, milicjant pałą poprawił i porządek był. Mnie ojciec bił i wyszedłem na ludzi. Jakby nie bił, to sam nie wiem, co by ze mnie wyrosło.

A potem chłopak zadał pytanie, którego ani Michał, ani ja nigdy nie odważylibyśmy się zadać.
- Ile pan miał wypadków?
Na co maszynista, z absolutnym spokojem, odpowiedział:
- Dwadzieścia cztery.
I zaczął wyliczać.
- Pierwszy to było, jak wjechałem w dużego fiata na przejeździe. Pięć osób za jednym zamachem. A, i jeszcze pies był. Potem dwie osoby w starze, drugi star: jedna, dwie w osobowym, kierowca przeżył… To już jest dziewięć? Liczysz? - szturchnął żonę w bok, roześmiał się. - Babcia wyszła na tory. Chłopaki się bawili, kładli się na torach i który ostatni ucieknie: dwóch na raz. Dziadek szedł, trąbiłem, trąbiłem, potem się okazało, że głuchy był…

A my siedzimy, słuchamy i śmiejemy się, histerycznie. Tylko żona maszynisty zachowuje spokój, pewnie dlatego, jak powie później Michał, że już te historie zna. Maszynista wyjaśnia:
- Przy prędkości sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę droga hamowania wynosi półtora kilometra. To co zrobisz? Jak tych chłopaków zobaczyłem, to miałem sto dwadzieścia.

Chłopak dopytuje:
- A samobójcy?
- Samobójcy też. Raz dziewczyna się na torach położyła, zakryła twarz czapką, głowa na szynach. Drugi maszynista mówi: „Hamuj, dziewczyna na torach leży!”. A ja na to: „Co będę hamował, zatrąbię. Zejdzie, to zejdzie - nie zejdzie, to nie zejdzie”. Zatrąbiłem, nie zeszła, walnąłem, głowę obciąłem, poleciała, dopiero zacząłem hamować.

ciekawość


Kiedyś dwunastoletni brat usiłował wyciągnąć ode mnie informację, której nie chciałam mu udzielić. Z uporem powtarzał w kółko to samo pytanie, a ja z uporem odmawiałam odpowiedzi.
- Ich się zapytaj.
- No co ty! Proszę, powiedz.
- Nie powiem.
- No powiedz.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- Jest ich wiele, jeden nie  zaszkodzi.