Byłam na urlopie. Pojechałam w góry na osiem dni. Sama.

Góry zimą są niebezpieczne. Jeśli się gdzieś utknie, można po prostu zamarznąć. Trzeba chodzić ostrożnie, żeby sobie czegoś nie złamać, trzeba dobrze się odżywiać, oszczędzać siły i docierać do celu przed zmrokiem. Trzeba mieć tabliczkę czekolady i naładowany telefon. I lepiej nie błądzić. Niby można w razie czego wrócić po własnych śladach, ale one potrafią bardzo szybko zniknąć - kiedy mocno wieje, wystarczy kilka minut.

Jeżeli szlak jest nieprzetarty, trzeba wypatrywać zagłębień, nierówności, zarysów ścieżek. Niektórzy idą po prostu najkrótszą drogą, niezależnie od głębokości śniegu. Ja starałam się chodzić po najpłytszym. Znajdowałam miejsca, gdzie wystawały rośliny, szukałam śladów zwierząt, szłam zygzakiem między zaspami.

Jeżeli szlak jest przetarty, to idziesz po wydeptanym, więc się tak bardzo nie męczysz. Kiedy śnieg jest głębszy, trzeba celować nogami w dołki zrobione przez poprzednika - jest trochę niewygodnie, jeśli ten stawiał dużo mniejsze lub dużo większe kroki, ale zawsze to jakieś ułatwienie. I przede wszystkim - jak są ślady, to wiadomo, którędy iść.

Bo odruchowo przyjmowałam, że ten, kto szedł przede mną, szedł w tym samym kierunku co ja i nie błądził. Ale - myślałam, idąc - mógł mieć bardzo kiepską orientację. Mógł iść gdzieś indziej. Może się w końcu zgubił. Niechcący albo celowo. Może się zmęczył i nie miał siły wrócić. Ślady, zamiast do wsi czy do schroniska, mogą przecież prowadzić do zamarzniętego trupa.

[zdjęcia]