Kiedy pod koniec sierpnia po kontrolnej wizycie w szpitalu okulistycznym dostałam skierowanie na VER, od razu zadzwoniłam do Marcina, żeby zapytać na czym to badanie polega. Zaniepokoiło mnie zwłaszcza użyte przez okulistkę słowo “elektrody”. Marcin nie wiedział dokładnie. “Chyba zakłada się taką płaską elektrodę na oko… Nie no, w znieczuleniu oczywiście… Ale lepiej sprawdź, bo nie jestem pewny.” Płaską elektrodę na oko. Jezu. Sprawdziłam w internecie. Okazało się, że elektrody przyczepia się do skóry głowy. I że nie boli, tylko czasem może być wylew krwi do oka.
W wyznaczonym terminie, 1 grudnia, przyjechałam do szpitala. Miałam ze sobą maszynkę do golenia i jedwabną chustkę - na wypadek, gdyby okazało się, że muszą mi ogolić głowę w miejscach umocowania elektrod. Maszynkę i chustkę ukryłam głęboko, bo wstydziłam się swojej, jak podejrzewałam, zbytecznej zapobiegliwości. Pani w recepcji była bardzo miła i ładnie się uśmiechała. Gabinet nr 42.
W korytarzach szpitala okulistycznego można zobaczyć straszne rzeczy, jeżeli się widzi. Na ścianach wiszą plakaty z wielkimi kolorowymi zdjęciami chorych oczu. Na ławkach siedzą ludzie z chorymi oczami. Przeszłam ze spuszczonym wzrokiem. Usiadłam. Naprzeciwko, na wprost drzwi gabinetu nr 42, siedziała starsza pani w kraciastej spódnicy. Na oczach miała okrągłe gaziki, zachodzące schodkami jeden na drugi, po siedem na każdym, całość przewiązana bordową wstążką. Wyglądała przerażająco. Trochę jak jakiś wielki owad. Robiła wrażenie speszonej, była dość sztywna. Starałam się nie myśleć, co ma pod tym opatrunkiem.
Czas mijał. Z gabinetu nr 33 wyszła ciemnowłosa lekarka, uśmiechnęła się do mnie, zapytała: “Ktoś czeka na pole widzenia?”. Nikt nie odpowiedział. Uśmiechnęłam się do lekarki. “Nikt nie chce do mnie czekać?” Nikt nie chciał. A pole widzenia - z tego, co czytałam, bo nigdy mi nie robili - to takie miłe badanie! Jakaś “czasza”, zapalające się w różnych miejscach światełka… W każdym razie na pewno nie powoduje wylewów i nie trzeba zakładać przerażających opatrunków.
Do kobiety z gazikami przysiadła się dziewczyna. Kobieta zaczęła do niej mówić. Dziewczyna w ogóle nie słuchała, była czymś bardzo zmartwiona. Kobieta z opatrunkiem oczywiście nie mogła tego zobaczyć.
A potem z gabinetu nr 42, z tego gabinetu, w którym miałam mieć przyczepiane do głowy elektrody, ale w sumie nic strasznego, tylko ewentualnie wylew krwi do oka, wyszła młoda lekarka w gumowych rękawiczkach, podeszła do kobiety owada, podała jej obie ręce i idąc powoli do tyłu, wciągnęła ją do środka, po czym przekręciła klucz w zamku.
Wyobraziłam sobie siebie z takimi gazikami i bordową wstążką. I z tym, co tam mogło być pod spodem. Włożyłam płaszcz do plecaka, żeby mieć tylko jeden pakunek. Telefon ustawiłam tak, żeby móc dwoma kliknięciami w zieloną słuchawkę dodzwonić się do mamy, Michała albo Marcina. Obiecałam sobie, że jeżeli koś usiądzie obok, nie będę do niego mówić. I czekałam.
Wreszcie kobieta owad wyszła. Już bez opatrunku. Poruszała się trochę niepewnie, ale nie jak ktoś, kto nie widzi. Jej oczy wyglądały normalnie.
Chwilę potem poproszono mnie do środka.
- Czy ktoś wyjaśnił pani, na czym polega to badanie?
- Nie, nikt mi nie wyjaśniał.
- Przyczepimy pani do głowy elektrody: na czole, na czubku i z tyłu. Zasłonimy jedno oko. Będzie pani patrzyła w monitor, na czerwony krzyżyk pośrodku. Szachownica na ekranie będzie się zmieniała. Przez minutę. Potem zrobimy to samo z drugim okiem. W porządku?
- W porządku.
Lekarka podeszła, żeby umocować elektrody. “Muszę zrobić peeling i odtłuszczanie”, powiedziała. Nie było to zbyt przyjemne, ale nie miało nic wspólnego z goleniem głowy.
January 27th, 2010 at 1:32 am
hehehe zwłaszcza moment gdy lekarka wciąga biedną panią do gabinetu jest mrożący krew w żyłach. naprawdę mimo znieczulenia poczułem dreszczyk grozy. Może dlatego że z dzieciństwa pamiętam straszne historie z książki o dzieciach którym niewypał wybuchł w oko, i może dlatego zawsze wolałem okultystykę ;-)