2010 March

March 2010


W zeszłą niedzielę pojechałam na rowerze do P-c, odwiedzić rodziców. Wracałam po zmroku, padał deszcz. Jechałam dość szybko, prawie trzydzieści na godzinę. W którymś momencie zniosło mnie na pobocze. Chciałam wrócić na drogę, ale nie zauważyłam różnicy poziomów.
Po ułamku sekundy zorientowałam się, że leżę na boku, z twarzą na ziemi, a lewe szkło okularów z jednej strony dotyka mojego oka, z drugiej asfaltu.
Wstałam, obmacałam się, żadne kości nie wystawały. Wytarłam nos wierzchem dłoni - krew. Splunęłam na rękę - zęby na miejscu. Zdjęłam okulary - trochę się wykrzywiły. Rower w porządku. Na liczniku trzy duże krople krwi. Odczekałam chwilę - nie kręciło mi się w głowie. Obejrzałam się w lusterku wstecznym - krew w obu dziurkach od nosa, łuk brwiowy rozcięty. Miałam do przejechania jeszcze jakieś dwadzieścia pięć kilometrów.
W domu odkryłam otarcia na kostkach prawej dłoni, gigantycznego siniaka na lewym biodrze, mniejsze na łokciu, nadgarstku i nosie.

Następnego dnia rano miałam eleganckie limo. Kupiłam sobie sukienkę pod kolor i żel na stłuczenia „Siniak Żel”.
W pracy stwierdziliśmy, że można do mojego podbitego oka dorobić opowieść heroiczną. Zaczęłam:
- Idę ja sobie w niedzielę, aż tu nagle patrzę i co widzę? Po drugiej stronie ulicy chłopiec, mały, dziesięć lat, nie więcej. I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z łokmena. Nie… Z diskmena. Nie, cholera… Wyskakuj z empetrójki. Kiepsko brzmi… I podchodzi do niego czterech dresiarzy, wielkich jak szafy trzydrzwiowe. Wyskakuj z komóry…

Wczoraj byłam w Cafe A. Barmanki są tam bardzo bezpośrednie, więc nie zdziwiłam się zbytnio, kiedy jedna z nich podając mi piwo, zapytała:
- A co się pani stało?
- Wywaliłam się na rowerze.
Spojrzała na mnie spode łba. Widać było, że nie wierzy.
- Wygląda pani, jakby ktoś panią pobił.
- Nie pozwoliłabym.
Nie przekonało jej to.
- Niech się pani tak nie daje.

Sklep rybny był koło szewca, w podwórku. Zapach ryb mieszał się z zapachem kleju. Karpie pływały w prostokątnej metalowej kadzi. Wystawiały pyszczki nad powierzchnię wody i poruszały nimi, jakby coś bezgłośnie mówiły. Starsza z moich młodszych sióstr i ja mogłyśmy patrzeć na nie godzinami.
Przed świętami przychodziliśmy tam z wiaderkiem. Sprzedawca wyławiał karpia siatką jak na motyle. Przez parę dni karp pływał w dużej blaszanej balii. A potem rodzice go uwalniali. Wypuszczali do rzeki.
Jakoś nie myśleli o tym, że karpie żyją w stawach.

Są takie wspomnienia z dzieciństwa, dla których nie zostało rozstrzygnięte, czy należą do starszej z moich młodszych sióstr, czy do mnie. Czasami się o to kłócimy. Rodzice, świadkowie tamtych zdarzeń, wiadomo: są stronniczy (oczywiście tylko wtedy, gdy przyznają rację siostrze). Dlatego nie wiem, która z nas mówiła na koty “nionio” i która asystowała pradziadkowi przy porannym goleniu a potem jadła z nim jajecznicę.

Nie wiem też, która z nas dzieliła wszystkie żywe stworzenia na dwie grupy: “gizące i scypiące” oraz pozostałe, i gdy natykała się na jakąś nieznaną istotę, zaczynała od przypisania jej do jednej z tych kategorii.
Któregoś razu właśnie ta z nas miała nocować u babci. Nad łóżeczkiem wisiał obrazek.
- Kto to jest? - zapytała właśnie ta z nas.
- Matka Boska - opowiedziała babcia.
- Giząca i scypiąca?