2009 September

September 2009


- Opowiedzieć ci coś strasznego? - zapytała niedawno młodsza z moich młodszych sióstr.
- Opowiedz.

Ludwik podarował jej swego czasu dwie myszki japońskie, samiczki. Ostatnio zaczęły się dziwnie zachowywać. Chowały się po kątach klatki, wytrzeszczały oczy, dygotały. Po kilku dniach jedna zdechła, a druga wpełzła do zainstalowanego w klatce drewnianego domku i długo nie wychodziła. Gdy wreszcie zaniepokojona siostra podniosła daszek, zobaczyła swoją mysz z dziewięciorgiem szarych mysząt.
Minęło parę dni. Którejś nocy siostra usłyszała, że w mysim domku coś hałasuje. Kiedy podeszła, żeby zajrzeć do środka, z klatki czmychnęła dzika mysz.

Pod nieobecność siostry karmiłam myszkę pokruszonym chlebem. Czułam się wtedy nieswojo. Myślałam o złu, które się wydarzyło. Młode cichutko popiskiwały w trocinach. Nie byłam ciekawa, jak wyglądają.
Potem, kiedy otworzyły im się oczy i uszy, zaczęły wychodzić na zewnątrz i przeciskać się między prętami. Zanim włożyłam klatkę do wysokiego tekturowego pudła, dwie myszki uciekły. Jedną złapałam, druga pobiegła do pokoju obok. Szukałam, nie udało mi się jej znaleźć.

Siostra wróciła i przeniosła całą zawartość klatki do pudła. Myszki biegały, właziły jedna na drugą i zagrzebywały się w trocinach. Zaniepokojona matka bez przerwy je odkopywała.
Weterynarz powiedział, że młode są dzikie i nie uda się ich oswoić. Trzeba odczekać jeszcze ze dwa tygodnie, żeby dorosły, a potem wywieźć co najmniej dziesięć kilometrów od domu i wypuścić na wolność. Przed upływem tygodnia przegryzły się przez tekturę i rozbiegły po pokoju. Siostra złapała wszystkie i wywiozła na górki nad zalewem.

Minął mniej więcej miesiąc. W sieni zaczęło śmierdzieć. Z początku myślałam, że coś psuje się w lodówce. Sprawdziłam. Nic się nie psuło. Stwierdziłam, że to śmieci i wyniosłam je na zewnątrz. Nie pomogło. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Coś zdechło pod schodami. Śmierdziało padliną. I było coraz gorzej. Dławiący, słodkawy odór wpełzał po schodach do mansardy, w której suszymy pranie. Przechodząc tamtędy trzeba było wstrzymywać oddech.

W czwartek wieczorem siostra zapowiedziała, że następnego dnia sprawdzi, co tam jest. Spojrzałam na nią ponuro:
- Pewnie coś dużego…
W piątek po południu zadzwoniła. Pod schodami stoi wysoka kamionkowa kadź. I w tej kadzi siostra znalazła gnijące zwłoki małej szarej myszki.

Jechałam tramwajem, ze szpitala do pracy. Na którymś przystanku wsiadło dużo starych kobiet. Wstałam, żeby nie było. Szybko zdążyły się rozlokować, miejsce, które zwolniłam, zostało puste. Stojący nieopodal starszy pan uśmiechnął się do mnie.
- Niech pani siada, postoję.
- Nie, nie, niedługo wysiadam.

Stoimy koło siebie.
- Wie pani, ja to wychodzę z założenia, że młody człowiek też ma prawo być zmęczony… A tak w ogóle to nie lubię mężczyzn w moim wieku. Są obrzydliwi… A jak podjeżdża autobus czy tramwaj, jak się pchają, jak biegną, żeby tylko dopaść wolnego miejsca…

I tak stoimy, jedziemy, starszy pan mówi, ja słucham, patrzę mu w oczy, kiwam głową, od czasu do czasu mruczę “Mhm”. Bo starszy pan mówi jak ktoś samotny, kto rzadko z kimkolwiek rozmawia. Monolog co chwila zmienia kierunek, rwą się kolejne wątki. Takim ludziom nie trzeba przerywać. Nie trzeba o nic pytać. Ważne, że się słucha.

- Ja tutaj jeżdżę po chleb, na tamtej ulicy jest taka piekarnia, nigdzie lepszego nie ma. Wolę przejechać te trzy przystanki, niż tam koło siebie kupować, bo to nie chleb, dwa dni i do niczego się nie nadaje… - Starszy pan patrzy na rurkę pod oknem, moja dłoń, przerwa, jego dłoń, trochę odsuwa swoją. - Wie pani, teraz to się tych pedofilów… Kiedyś tego nie było. A może nie mówiło się o tym tyle… Mam wnuczkę, już duża panna, siedemnaście lat, ale jak była mniejsza, to jeździłem z nią tramwajem do szkoły. I raz wsiadł jeden taki, stanął koło niej i widzę, że tak się przysuwa, przysuwa… Nie żebym go uderzył, nie. Stanąłem po prostu obok i tak go popchnąłem… - Uśmiecha się. - Popchnąłem, a że trafiłem w twarz…
Całe życie coś zbierałem. Na przykład zegarki, takie na rękę. Zimą wszystkie czyściłem i reperowałem, na wiosnę regulowałem i wymieniałem baterie. Koło mnie jest szkoła, to chodziłem i dzieciom rozdawałem. I zawsze wyczyszczone, jak nowe, jak pasek był zniszczony, to wymieniałem. Żeby tych dzieci nie upokarzać, bo nikt nie lubi być upokarzany, nawet dziecko… Ale parę lat temu, jak zaczęli o tych pedofilach, stwierdziłem, że nie powinienem tak na ulicy. Jeszcze ludzie coś pomyślą. Dzieci zaczepia, rozmawia, prezenty daje, a wiadomo, co za jeden? Więc następnej wiosny poszedłem do tej szkoły i zaniosłem zegarki nauczycielce, żeby ona dzieciom rozdała. Parę dni później idę, dzieciaki biegają po boisku, podchodzę do ogrodzenia i wołam. Pytam chłopaczka: Dała wam pani zegarki? A on mi na to, że nie. Powiedziała tylko, że ma i da im, jak będą grzeczni.

I tutaj monolog mógłby się kończyć. Albo ja mogłabym to tak zostawić. Bo potem starszy pan powiedział:
- Byłem niedawno u kolegi w szpitalu. Gastrologia. Strasznie tam jest. Starość jest obrzydliwa. I choroby… Jak od niego wychodziłem, to sam prosił, żebym go więcej nie odwiedzał…
Na następnym wysiadam. Do tej piekarni pójdę. A jutro na onkologię. Zobaczymy. Czy operacja, czy naświetlanie.

Był ponury listopadowy wieczór. Profesor K, wsadziwszy do kieszeni kurtki kilka ulubionych książek, poszedł na spacer do parku. Okruszki miał już przygotowane.
Ku jego zadowoleniu było zupełnie pusto. Szedł powoli, lekko zgarbiony. Wkrótce znalazł odpowiednie miejsce - w krzakach, z dala od światła latarni. Przystanął, spojrzał za siebie. Upewniwszy się, że jest sam, ostrożnie ułożył książki na ławce. Odszedł trzy kroki, uśmiechnął się i sięgnął do drugiej kieszeni. W parku było cicho, delikatnie szeleściły poruszane wiatrem kartki. Profesor sypnął na ziemię garść okruszków. Książki sfrunęły z ławki.