2009 August

August 2009


Jeżdżę do pracy pociągiem. Stacja, na której wysiadam, jest nieduża. Peron z jednej, peron z drugiej, ławeczki, tablica, tyle. Później jakieś dziesięć minut na piechotę. Chodzę na skróty. W dół z nasypu i rozjeżdżoną gruntową drogą, która po deszczu zamienia się w gliniaste bajoro. Kiedyś były w tej okolicy domy z ogródkami. Teraz są chaszcze. W gęstwinie można dojrzeć zdziczałe drzewa owocowe, poprzerastane chwastami krzaki porzeczek, resztki ogrodzeń, śmieci, kupki gruzu. Za chaszczami jest plac budowy, kilka całkiem nowych domów, potem już normalnie. Sklep, asfalt, chodnik.
Ostatnio często pada i na drogę wyłażą ślimaki bez skorupek. Mnóstwo. Pełzają albo leżą martwe. Martwe wyglądają, jakby rozpuściły się z nadmiaru wilgoci. Do śliskiej plamy zlatują muchy o tęczowo lśniących odwłokach i schodzą inne pomrowy. Zjadają zwłoki.

Kiedy przyjeżdżam wcześniejszym pociągiem, za każdym razem trafiam na samochód. Za każdym razem ten sam. Osobowy, żółty z niebieskim napisem “Poczta Polska”. Stoi z włączonym silnikiem w miejscu, gdzie do błotnistej drogi dochodzi prowadząca z nasypu ścieżka. Kierowca, młody ciemnowłosy chłopak, czasem siedzi w środku, z rękami założonymi za głowę i nieruchomo patrzy przed siebie. A czasem. No właśnie. A czasem stoi w krzakach, tuż koło drogi, i sika. Jeszcze żeby chociaż odwrócił się do drogi plecami. Ale nie. Prawie na drogę sika. Albo w kierunku, z którego idę.

I zastanawiam się. Po pierwsze: Dlaczego on z tym samochodem tam stoi? Czy złośliwie, żeby listy dostarczyć z opóźnieniem? Czy czeka na coś albo na kogoś? A po drugie: Czemu tak bezwstydnie sika? Za pierwszym razem pomyślałam, że się nie spodziewał. Wymieniliśmy spojrzenia, poczułam się niezręcznie, sądziłam, że on także. Ale za drugim razem? Za kolejnym? Musiał wiedzieć.

Kiedy przyjeżdżam późniejszym pociągiem, samochodu nie ma. Mijam miejsce, w którym zwykle stoi, patrzę w chaszcze. Pusto. Wydeptana ścieżka, trochę śmieci, zbutwiałe deski. Idę, patrzę w chaszcze i myślę: Tutaj sika listonosz.

Tydzień temu wróciłam z wakacji. Byliśmy z Michałem na rowerach w Estonii, na Łotwie i Litwie. Przejechaliśmy z Talina do Pabradė. Ponad tysiąc kilometrów, dwa tygodnie.
[Zdjęcia w galerii - estonia, lotwa i litwa 2009.]

Przez większość czasu milczeliśmy. Ludzi spotykaliśmy rzadko. Dlatego powrót pociągiem do Polski był dość męczący - w Augustowie do naszego przedziału wsiadło troje towarzysko usposobionych pasażerów. Małżeństwo po pięćdziesiątce i młody chłopak. Mężczyzna był gruby i absorbujący; zajmował dużo miejsca i dużo mówił. Najwięcej. Kobieta była wesoła i przyjacielska.  Chłopak - wszystkiego ciekaw i pełen zapału.

Więc wsiedli. Przyszedł konduktor. Pokazaliśmy bilety. Mężczyzna wyciągnął jakąś legitymację.
- Ja jeżdżę za darmo.
- Już niedługo, już niedługo - powiedział zgryźliwie konduktor.
- Komu niedługo, temu niedługo.
Chwilę sobie podokuczali, konduktor poszedł. Chłopak zapytał, co to za legitymacja. Okazało się, że mężczyzna jest maszynistą. I że maszyniści nie lubią się z kierownikami pociągów.
- Phi, taki kierownik pociągu. Nie wywalczyli sobie, to nie mają. Kierownik pociągu! On to mi może… Mówi taki, że pociąg przyprowadził na czas. Ty przyprowadziłeś?! To ty się całą drogę wyśpisz, a ja tam w lokomotywie z zapałkami w oczach, dwanaście godzin jadę, i ty mówisz, że przyprowadziłeś?! A idź…

Kobieta (pielęgniarka ze żłobka, jak się później okazało) zapytała, gdzie pracujemy. Powiedzieliśmy. Jak padło „historia najnowsza, totalitaryzmy, komunizm”, to się zaczęło. Maszynista zaczął.
- Komunizm, komunizm. Bo teraz to wszyscy tak na ten komunizm, a tak szczerze, to ja wtedy miałem lepiej. Było mnie stać na samochód, mieszkanie, a teraz co? I się handlowało… Na Węgrzech peruki schodziły, to poupychałem te peruki w lokomotywie i jechałem. I porządek był, nie to co teraz. Narkomania, te dżety nie dżety palą. A uderzysz, to cię do sądu poda. A wtedy dostał od ojca, milicjant pałą poprawił i porządek był. Mnie ojciec bił i wyszedłem na ludzi. Jakby nie bił, to sam nie wiem, co by ze mnie wyrosło.

A potem chłopak zadał pytanie, którego ani Michał, ani ja nigdy nie odważylibyśmy się zadać.
- Ile pan miał wypadków?
Na co maszynista, z absolutnym spokojem, odpowiedział:
- Dwadzieścia cztery.
I zaczął wyliczać.
- Pierwszy to było, jak wjechałem w dużego fiata na przejeździe. Pięć osób za jednym zamachem. A, i jeszcze pies był. Potem dwie osoby w starze, drugi star: jedna, dwie w osobowym, kierowca przeżył… To już jest dziewięć? Liczysz? - szturchnął żonę w bok, roześmiał się. - Babcia wyszła na tory. Chłopaki się bawili, kładli się na torach i który ostatni ucieknie: dwóch na raz. Dziadek szedł, trąbiłem, trąbiłem, potem się okazało, że głuchy był…

A my siedzimy, słuchamy i śmiejemy się, histerycznie. Tylko żona maszynisty zachowuje spokój, pewnie dlatego, jak powie później Michał, że już te historie zna. Maszynista wyjaśnia:
- Przy prędkości sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę droga hamowania wynosi półtora kilometra. To co zrobisz? Jak tych chłopaków zobaczyłem, to miałem sto dwadzieścia.

Chłopak dopytuje:
- A samobójcy?
- Samobójcy też. Raz dziewczyna się na torach położyła, zakryła twarz czapką, głowa na szynach. Drugi maszynista mówi: „Hamuj, dziewczyna na torach leży!”. A ja na to: „Co będę hamował, zatrąbię. Zejdzie, to zejdzie - nie zejdzie, to nie zejdzie”. Zatrąbiłem, nie zeszła, walnąłem, głowę obciąłem, poleciała, dopiero zacząłem hamować.