Kiedyś mieszkałam z babcią, przez jakieś dwa lata.
Babcia ma psa, Kwarka. Kupuje mu w sklepie z artykułami dla zwierząt różne obrzydlistwa. Suszone mięśnie, tchawice, przełyki, uszy. Cuchnące. Zwłaszcza kiedy pies już je obślini i przeżuje.
Któregoś razu w sklepie z tym ohydztwem babcia zauważyła suszone wołowe penisy. Jest bardzo pruderyjna, więc najpierw wstydziła się nawet o tym myśleć. Potem postanowiła jednak je kupić. Nie była wstanie wymówić strasznego słowa “penisy”, więc posłużyła się fortelem. Zapytała sprzedawczynię: “Co to jest to?”. Sprzedawczyni odpowiedziała. “A to?” Sprzedawczyni odpowiedziała. “A to?” … “To poproszę to”.
Babcia bez przerwy mówi do swojego psa i często używa zdrobnień. I mówiła do niego czasami: “Kwarkulku, chodź, dostaniesz wołowe peniski”. A ja się wtedy denerwowałam, bo bardzo nie lubię zdrobnień, i pytałam, czy ma też krowie waginki.
July 2009
308
suszone peniski
296
bliźniacy
Kiedyś zobaczyłam starszą panią, która na jednej, rozwidlającej się smyczy prowadziła dwa jednakowe psy. Pomyślałam wtedy: A co, jeżeli one się nienawidzą?
Jak bliźniacy syjamscy Piotr i Paweł, którzy nienawidzą się, odkąd pamiętają. Odkąd każdy z osobna zyskał poczucie własnej tożsamości. Stało się to najprawdopodobniej w tym samym momencie. Mieli wtedy pewnie po pięć lat, może trochę więcej, może mniej. Piotr powiedział mi kiedyś: „Długo myślałem, że to jestem ja, że Paweł to ja. Kiedy byliśmy jeszcze w brzuchu mojej, naszej matki i długo potem. Kiedy uświadomiłem sobie, że tak nie jest, spojrzałem na Pawła - i w tej samej sekundzie w jego oczach zobaczyłem tę samą nienawiść, którą on musiał zobaczyć w moich. W zasadzie czasem nawet mu współczuję. Musi żyć ze mną, choć tak bardzo mnie nienawidzi; tak samo, jak ja jego - więc pewnie tak samo się męczy”.
Chłopak młodszej z moich młodszych sióstr, Ludwik, jest - przynajmniej z wyglądu - dość typowym przedstawicielem dzisiejszej młodzieży. Chudy, blady i milczący. Koraliki, przykrótka kurtka, grzywka opadająca na oczy.
Kiedyś spotkaliśmy się z nimi przypadkiem w Cafe A. Przyszli, dosiedli się do naszego stolika. Było za mało krzeseł, więc Ludwik wziął moją siostrę na kolana. Po jakimś czasie się zamienili.
- No co? - powiedziała moja siostra. - Mniej więcej tyle samo ważymy, jesteśmy mniej więcej tego samego wzrostu…
- I mniej więcej tej samej płci… - dodał Drugi Michał.
282
przesąd
Udało się. Po kilku dniach ślęczenia nad drucikami, nadajnikami i programatorami od pralek, po kilku bezsennych nocach. Próby przeprowadzał w lasku. Za siódmym razem wszystko poszło jak należy. Wysłał do M. esemesa o treści TAK. Eksplozja nastąpiła dokładnie pięć minut po tym, jak przyszedł raport o dostarczeniu wiadomości. Nie za duża, w sam raz. Akurat taka, jakiej trzeba, żeby wysadzić w powietrze samochód osobowy.
M. zebrała informacje o planach ministra na najbliższe dni. Dokładnie przeanalizowała grafik i trasy. Najlepszy był piątek. Jutro.
Dopracował szczegóły planu działania, minuta po minucie. Przekazał M. instrukcje. Przygotował bombę. Dokładnie sprawdził styki. Wysłał trzy próbne sygnały. Wszystko było w najlepszym porządku.
Odetchnął i poszedł nastawić wodę na kawę. Zerknął na wiszący w kuchni kalendarz.
Dzień zamachu wypadał w piątek trzynastego.
- Nie - jęknął. - Szlag by to trafił! Trzynasty, kurwa. Piątek! Przecież to nie może się udać.
Sięgnął po telefon.
- M.? Operacja odwołana. Jak to dlaczego!?
Informatycy bywają dziwni. Informatyk u Michała w pracy jest na przykład strasznie głupi. Bodajże w zeszłym roku, przed wyjazdem na wakacje, Michał napisał do niego mail mniej więcej takiej treści:
Cześć,
czy mógłbyś ustawić mi autorespondera z tekstem:
“Jestem na urlopie, wracam 18 sierpnia. Na wszystkie maile odpowiem po powrocie. Pozdrawiam.”
Dzięki!
Michał
Parę godzin później kierowniczka wysłała do Michała mail i dostała automatyczną odpowiedź: “Cześć, czy mógłbyś ustawić mi autorespondera z tekstem: «Jestem na urlopie, wracam…” itd.
U mnie w pracy jest pan Marek. Głupi nie jest, ale trochę dziwny. Niski, chudy, siwy i ma wąsy. Przychodzi wieczorami albo w soboty, pali papierosy w biurze i archiwizuje pocztę bez ostrzeżenia. Kiedy coś tłumaczy, to podchodzi bardzo blisko, nachyla się, patrzy przez ramię i chucha w ucho.
Ostatnio niespodziewanie znalazłam z nim wspólny temat.
Jakieś dwa tygodnie temu pan Marek przyszedł z aparatem fotograficznym. Miał bardzo fajny obiektyw, więc się zainteresowałam - a skąd, a za ile, a jakie parametry. Okazało się, że pan Marek jest wielkim fanem i kolekcjonerem analogowego sprzętu fotograficznego. W zeszłym tygodniu kupiłam od niego dwa obiektywy. A właściwie - kupiłam jeden, a drugi dostałam. Bo ten drugi ma pewną małą wadę: robi plamki, kiedy się fotografuje pod słońce.
- A ja bardzo często fotografuję pod słońce - powiedział pan Marek. - I samo słońce.