Od dawna mam kłopoty z ósemkami. Stany zapalne mi się robią. Boli, trzeba iść do dentysty, żeby wypłukał, lekarstwo włożył. Wszyscy mówili, że trzeba usunąć, ale bałam się i odwlekałam. W końcu umówiłam się do chirurga szczękowego, który mojej babci wyrwał chyba już wszystkie zęby. Jest bardzo wysoki, bardzo silny, chodzi w czarnych chodakach i ma nazwisko, które zupełnie do niego nie pasuje. Umówiłam się na czwartek.
Operacja była brutalna i drastyczna. Doktor M. bardzo głęboko spiłował kość, ale i tak szamotał się z moim zębem przez ponad piętnaście minut, podśpiewując od czasu do czasu. Leżałam z zamkniętymi oczami i czułam, jak z wysiłku drżą mu ręce.
Na koniec dostałam woreczek ze sztucznym lodem i szczegółowe instrukcje dotyczące leczenia, jedzenia, chłodzenia itd. Jeśli chodzi o chłodzenie, to przez około pięć godzin miałam sobie ten lód przykładać, z przerwami co dziesięć minut. Niestety roztopił się, zanim dojechałam do P-na.
Dopiero kiedy wysiadłam z autobusu, odważyłam się wyjąć z kieszeni wyrwany ząb. Odwinęłam go z gazy i zobaczyłam, że doktor M. wywiercił w nim dziurę do samego środka. Zadrżałam i poszłam kupić mrożonkę. Wahałam się chwilę, szpinak, groszek z marchewką. Wybrałam marchewki.
June 2009
256
wyrwanie ósemki
Po pracy. Jadę z kolegą tramwajem.
TRAMWAJ: Następny przystanek - Dworzec Centralny.
KOLEGA: To mój.
JA: No, jak centralny, to musi być twój.
205
wilgoć
Od jakiegoś czasu znowu mieszkam w domu, w którym spędziłam dzieciństwo. Nie potrwa to długo, bo dom już nie należy do nas, ojciec musiał go sprzedać Zarządowi Dróg. Wybudował nowy, trzydzieści kilometrów dalej, w P-cach.
Wkrótce nikogo tutaj nie będzie. Ojciec mieszka w nowym domu, pojawia się rzadko. Mama coraz więcej czasu spędza z ojcem. Starsza z moich młodszych sióstr wyprowadziła się parę lat temu, młodsza nie zawsze wraca na noc. Dwunastoletni brat po wakacjach zamieszka z rodzicami w P-cach. Ja chcę coś wynająć w mieście, w którym pracuję.
Dom ma jakieś sto dwadzieścia lat. Stoi w wielkim zapuszczonym ogrodzie. Skoro już prawie tu nie mieszkamy, nie chce nam się o to wszystko dbać. Sprzątamy rzadko, nie robimy remontów. Dom upada, ogród się rozrasta.
Dach komórki zawalił się i obrósł mchem. Rośliny pną się po ścianie, do okna, włażą wszędzie, zwieszają się górą przez płot opuszczonego od wielu lat ogrodu sąsiadki. W zaroślach lęgną się dziwne płochliwe ptaki. W rynnach zalegają butwiejące liście. W kuchni mieszkają myszy, które wygryzają tunele w chlebie. W łazience, pod prysznicem, pojawiły się ślimaki bez skorupek. Za muszlą klozetową wyrosła anemiczna roślinka. Ktoś ją później wyrwał, chyba się zawstydził. Woda smakuje, jakby w studni coś się utopiło. Wieczorem zlatują się ćmy i wyłażą ogromne pająki, które potrafią godzinami tkwić w bezruchu. Brat - z właściwym sobie ponurym fatalizmem - mówi, że to inwazja. Nocą w ścianach coś biega i chrobocze. Wszystko oblepia wilgoć. Powietrze w domu ma zatęchły, trochę kwaśny zapach. Tak pachną wnętrza bardzo starych szaf, od dawna nienoszone ubrania, książki z nalotem pleśni na pofałdowanych kartkach. Noszę ten zapach na sobie.
Przed zaśnięciem myślę czasem o roślinach, które wtargną do środka, kiedy już nikogo tutaj nie będzie.
Kiedyś dwunastoletni brat usiłował wyciągnąć ode mnie informację, której nie chciałam mu udzielić. Z uporem powtarzał w kółko to samo pytanie, a ja z uporem odmawiałam odpowiedzi.
- Ich się zapytaj.
- No co ty! Proszę, powiedz.
- Nie powiem.
- No powiedz.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- Jest ich wiele, jeden nie zaszkodzi.
154
tylko bez paniki
W komentarzu do notki w samolocie Iwasz napisał, pozwolę sobie przytoczyć:
To słuchaj tego: teściowa ostatnio wracała z wakacji samolotem. W pewnym momencie kazano wszystkim zapiąć pasy i się nie stresować, bo nic takiego się nie dzieje. Potem poleciał dym z silnika, a samolot zaczął zawracać i zmniejszać pułap. Przez jakiś czas spuszczał paliwo do morza, a potem wylądował. Na lotnisku pełno karetek, etc. Ludzie mdleli i płakali.
Nic takiego się nie dzieje. Pewnie. Wygląda na to, że w samolotach po prostu nigdy nic takiego się nie dzieje. Ani takiego, ani w ogóle nic złego.
Na przykład się nie umiera. Wiem od Michała. Bo Mistrz Instrukcji Bezpieczeństwa na tej samej imprezie, na której zrobił furorę odgrywając swój show, zdradził też kilka zawodowych tajemnic. Na przykład, że jeśli na pokładzie samolotu ktoś umrze (a to się zdarza, to znaczy oczywiście nigdy się nie zdarza, ale jak jest ktoś starszy, chory na serce albo coś, i jeszcze te wszystkie zmiany ciśnienia - no, może być różnie), to wtedy stewardesa przesadza pasażera z sąsiedniego fotela na inne miejsce - ten pan się źle poczuł, muszę się nim zająć, pozwoli pan - a potem opatula trupa kocykiem, siada obok i do końca podróży trzyma go za rękę. Bywa, jeżeli lot jest długi, że takiemu nieboszczykowi, siedzącemu dla niepoznaki z pochyloną głową, robią się na twarzy plamy opadowe. To nic takiego. Trochę gorzej się poczuł. Stewardesa zakłada mu maskę tlenową.
Ale może nie wszystkich się oszukuje. Może niektórzy mają dostęp do prawdy.
- Stał między fotelami - opowiadam Michałowi o pokazie Mistrza. - Plecami do zasłonki oddzielającej pierwszą klasę od drugiej…
- Bo to jest takie mydlenie oczu - mówi Michał. - Dla plebsu. W business class tego nie pokazują.
175
Michał Anioł
W marcu pojechałyśmy z Moniką nad morze. Chodziłyśmy na spacery i na obiady, zbierałyśmy kamyki, piłyśmy szkocką, robiłyśmy zdjęcia, czytałyśmy książki i spałyśmy do późna.
Jastarnia. Za kościołem dom, na podwórku Archanioł Michał na około półtorametrowym cokole. Biały, niewysoki, dość niezgrabny. Krótka sukienka, potężne uda, buty na obcasie, w ręku miecz. Nie pamiętam już, czy depcze tymi obcasami jakiegoś potwora i co jest napisane na postumencie. Chyba coś w rodzaju “Od powietrza, głodu, wojny”.
Oglądamy.
- Michał Anioł - mówi ktoś za nami.
Odwracamy się. Na ganku domu po drugiej stronie ulicy stoi gruby facet, pali papierosa.
I opowiada.
Przed wojną tam, gdzie teraz stoi ta rzeźba, była studnia. Którejś zimy Michał szedł w drewnianych laczkach po wodę. Pośliznął się, wpadł do środka i utonął. Ciała nie udało się wydobyć, więc ojciec Michała zalał studnię betonem i postawił na niej figurę.
Niedaleko dawnej siedziby firmy, w której pracuję, jest Cafe L. Przychodzi się tam raczej tylko na alkohol. Można chyba zamówić coś do jedzenia (bigos, flaczki, fasolka po bretońsku, frytki), ale nigdy nie próbowałam i nie widziałam, żeby ktokolwiek inny próbował.
Wystrój dość niedbały. Ubikacja z zepsutym zamkiem typu wrzuć monetę. Właściciel wygląda jak kapitalista z komunistycznych plakatów propagandowych. Ten gruby mężczyzna w garniturze, z nalaną twarzą, który siedzi na grzbiecie stojącego na czworakach robotnika i pali papierosa. Tylko okularów i wąsów nie ma. Za barem pracują dwie młode dziewczyny. Jedna ma dziwną bliznę w poprzek ust. Właściciel często przesiaduje przy kasie. Wygląda, jakby liczył pieniądze. Równie często znika za drzwiami na piętrze. Zawsze jest w garniturze.
Któregoś razu siedzimy w Cafe L. - Monika, Darek, Filip i ja. Po drugim czy trzecim piwie prosimy Kapitalistę (jest późno, dziewczyny poszły już do domu; właściciel w takich chwilach staje na wysokości zadania i chociaż Cafe L. jest samoobsługowa, to nawet przynosi klientom alkohol) o trzy piwa i jedną herbatę. Kapitalista odmawia. Jest późno, zaraz zamyka. Chwilę potem widzimy, jak przynosi piwo i wódkę gościom siedzącym parę stolików dalej. Nasze zamówienie nie zostało przyjęte najwidoczniej ze względu na tę herbatę.
- No tak - podsumowuje któryś z chłopaków. - Mężczyźni w takich krawatach nie sprzedają herbaty o 23:30.
[Ilustracja: fragment plakatu "Nie chcesz powrotu kapitalistów - głosuj trzy razy tak", zbiory Ośrodka KARTA, zamieszczam bez pytania.]
125
lekarz z kosmosu
Któregoś dnia obudziłam się i stwierdziłam, że prawym okiem widzę inaczej. Trochę jak chwilę przed utratą przytomności. Kolory wyblakły, wszystko było zielonkawe, obraz się ruszał i wyginał, pojawiła się mgła i świetliste otoczki na krawędziach przedmiotów.
Najpierw myślałam, że mam brudne okulary. Przecierałam, wycierałam - nie pomagało. Potem myślałam, że coś mi wpadło do oka. Obejrzałam w lustrze - nic nie było. Pogarszało się z godziny na godzinę. Po południu poszłam do okulistki. Zbadała wszystko. Ostrość widzenia, ciśnienie w gałce ocznej, dno oka, widzenie barw. Badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Ciekawa sprawa. Czy człowiekowi może się tylko wydawać, że jednym okiem widzi inaczej? Lekarka poradziła, żeby zgłosić się na ostry dyżur okulistyczny, jeśli do wieczora się pogorszy.
Zadzwoniłam do Marcina. Powiedział, że rozważać psychiczne podłoże moich problemów z widzeniem można dopiero wtedy, kiedy się wykluczy wszystkie przyczyny fizjologiczne. I że nagła śmierć raczej mi nie grozi, ale żeby rzeczywiście zgłosić się na ostry dyżur, jeśli do wieczora się pogorszy. Pogorszyło się.

Na ostry dyżur pojechałam z Moniką. Spędziłyśmy tam ponad sześć godzin. Niektórzy bardzo cierpieli. Co jakiś czas lekarka wpuszczała im krople znieczulające. Kolejne osoby wychodziły z zaklejonym lewym okiem. Wyglądało na to, że wszystkim po prostu wydłubują lewe oko, niezależnie od tego, co komu dolega. Niektórzy nie chcieli przepuszczać poza kolejnością rodziców z małymi dziećmi. Nie chcieli też przepuścić dziewczyny, która przyjechała z pogotowia z dziurą w oku. Innym włączył się czarny humor. W łazience patrzyłam w lustro zakrywając dłonią raz jedno, raz drugie oko. Za mgłą widziałam swoje zielonkawe odbicie. Wyginało się, przybliżało i oddalało. Koło północy zrobiło się cicho. Wszyscy byli już zmęczeni. Mężczyzna, któremu zakroplono atropinę i kazano czekać na korytarzu, po paru godzinach zrezygnował. Poszedł. Wołali go kilka minut później.
W gabinecie było ciemno, trochę światła dawały tylko te wszystkie okulistyczne maszyny, lampki i ekrany. Lekarzy było z pięcioro. Kłębili się, przekrzykiwali, badali kilka osób na raz. Nie dali dojść do głosu. Kazali czytać litery. Potem jedna z lekarek zaczęła mi coś zakraplać, a druga krzyknęła: “Przestań, najpierw kolory, bo jak panią oślepisz, to będziesz miała proces!”.
Badanie nie wykazało żadnych nieprawidłowości poza pogorszonym widzeniem barw. Diagnozę postawili natychmiast. “Jak pacjent nic nie widzi i lekarz nic nie widzi, to to jest zapalenie nerwu wzrokowego.” O pierwszej w nocy przyjęli mnie na oddział i podłączyli kroplówkę.
Następnego dnia rano razem z innymi pacjentami poszłam do ciemni. Ciemnie to pomieszczenia bez okien, z pomalowanymi na czarno ścianami. Odbywają się tam te same obrządki, co w gabinecie na ostrym dyżurze. Lekarze kłębią się, rozmawiają, pokrzykują, świecą pacjentom w oczy, zaglądają do środka.
Poświecili i zajrzeli. Nic się nie zmieniło.
Po wyjściu z ciemni rozmawiałam z lekarzem, wielkim facetem w chodakach, na korytarzu. Zapytałam, czy wizja w moim prawym oku wróci. A on na to:
- Czy wróci? To jest takie trochę pytanie skierowane w kosmos… Ale - dodał już idąc, z połowy korytarza - jako wysłannik kosmosu mogę powiedzieć, że tak, wróci.
Wróciła.
114
psy prawdziwe
Do pracy mam daleko. Jeżdżę pociągiem albo autobusem podmiejskim, jeśli nie zdążę na pociąg. Pociągiem jest szybko i jak na razie bez przygód. Co innego autobus. Są dwa. Jeden do P-na, drugi do G-wa przez P-no. Ten pierwszy ludzie nazywają osobowym, ten drugi - towarowym. Jeśli nie ma korków, do P-na jedzie się około pół godziny. Rano i wieczorem korki są prawie zawsze. Z pół godziny robi się godzina, czasem nawet więcej. I różne rzeczy się dzieją.
Ze dwa miesiące temu. Wsiadam wieczorem do tego autobusu. Za mną kilku dresiarzy. Pijani. Nadają bez przerwy, bardzo głośno, ciężkim bluzgiem. Wesoło im, żartują sobie, ohydnie i obrazowo. Od czasu do czasu któremuś włącza się agresor (”Co się prujesz!?”), od czasu do czasu któryś rzuca gotową formułkę (”Chwalisz się czy się żalisz?”). Jeden każdą kwestię powtarza po kilka razy, jakby miał poczucie, że inaczej do kolegów nie dotrze, że trzeba im do głowy wbijać jak gumowym młotkiem. Wygląda na to, że tak właśnie jest. Bo chłopaki gadają dużo i głośno, ale prawie nie ma między nimi komunikacji. Reagują z opóźnieniem, dopiero po kolejnej powtórce.
Po dziesięciu, może piętnastu minutach trochę się uspokajają. Ci dwaj, którzy siedzą zaraz za moimi plecami, zaczynają poważniejszą rozmowę. O życiu ogólnie. Że najlepiej to na budowie robić: dostajesz na rękę trzy tysie, domek sobie wynajmujesz, kupujesz żarcie, pełna lodówa, do tego cztery sztangi szlugów, krata wódy - i przez miesiąc spokój. Siedzisz, telewizję oglądasz. A coś mocniejszego? I zaczynają się sprzeczać, czy koks to to samo co kokaina. Potem schodzi na dilerkę. Że można na tym wyciągnąć tyle i tyle tysiów na miesiąc. A jeszcze więcej na przemycie.
- Ale to niebezpieczny kurwa interes, bo wiesz, na granicy są psy, ale takie psy prawdziwe…
111
gramatyka
Monika czasem zwraca się do mnie tak, jakbym była chłopcem. “Co zrobiłeś?”, “Gdzie byłeś?”, “Ale powiedziałeś”.
Wychodzimy z pracy. Pada, ja mam parasol, idziemy pod rękę. Monika kończy palić, odchodzi w stronę śmietnika, żeby wyrzucić niedopałek . Ja z parasolem za nią. Monika wyrzuca, odwraca się.
- O, podeszłeś!
- “Podeszłeś”? Jak ty mówisz?!