2009 May

May 2009


Firma, w której pracuję, ma siedzibę w domu z ogródkiem. Po jednej stronie ogródka jest ulica o brzydkiej nazwie, po drugiej - park.
Któregoś razu stoimy w tym ogródku, Monika i ja. Monika w spodniach, ja w sukience. Stoimy i rozmawiamy. W parku dziewczynka, wiek okołozerówkowy, na rowerze. Jedzie, obok idzie jej mama.
Dziewczynka krzyczy: “Ej, chłopaki, co robicie?”. Nie bierzemy tego do siebie. Ale dziewczynka podjeżdża do bramy naszego ogródka, nawiązuje z nami kontakt wzrokowy i znowu krzyczy:
- Ej, chłopaki, co robicie?
- Rozmawiamy - odpowiadam rzeczowo.
Dziewczynka, chyba usatysfakcjonowana, odjeżdża. I mówi do mamy, tak samo głośno, jak głośno pytała, co robimy:
- Mama, widziałaś?! Chłopak w sukience!
Na co mama, karcąco:
- Ćś! Przestań! Ta pani jest tak krótko ostrzyżona!

Całkiem niedawno, pod koniec kwietnia, pierwszy raz w życiu leciałam samolotem. Trochę się ze mnie śmiali wszyscy (no, prawie wszyscy; niektórzy, jak się okazało, też jeszcze nigdy samolotem nie lecieli), bo to dość późno jak na pierwszy w życiu lot samolotem.

Najstarsza z moich młodszych sióstr zaczęła opowiadać o swoich licznych podróżach. Ojciec o tym, że ma kartę Frequent Traveller i może mieć większy bagaż podręczny niż zwykły traveller. Dwunastoletni brat, że to nic strasznego, że nieprzyjemne są tylko turbulencje, bo nie można spać.
- Ale turbulencje są głównie w nocy. No, przynajmniej, jak ja latałem, to zawsze były w nocy.
- A ile razy leciałeś?
- Cztery… Nie, dwa. Do Kazachstanu i z powrotem.

Mimo tych uspokajających opowieści trochę się obawiałam. Przede wszystkim tego, że kiedy już znajdę się na pokładzie samolotu i kiedy już ten samolot wystartuje, okaże się, że panicznie się boję. Że mam taki sam irracjonalny lęk przed lataniem, jak przed pająkami. I co wtedy? Nie będzie możliwości ucieczki. Około dwóch godzin męki. Wysiądę na Heathrow jako wrak człowieka… No i wstyd. Inni tacy światowi, latają tymi samolotami wte i wewte, wszystko mają obcykane, tylko turbulencje są “trochę nieprzyjemne” - a ja?

Na szczęście poszło dobrze. Kolega z pracy przeprowadził mnie bezpiecznie przez lotniskowe procedury, bramki i kontrole. W samolocie nie było bardzo strasznie. Za trzecim razem leciałam już sama, sama przechodziłam przez procedury, bramki i kontrole, i byłam światowa, i wszystko miałam obcykane. Za czwartym razem mogłam nawet patrzeć przez okno przy startowaniu i lądowaniu i nie mieć wbijających w fotel zawrotów głowy.

Usiedliśmy w tym moim pierwszym w życiu samolocie, zapięliśmy pasy. Samolot zaczął się toczyć po płycie lotniska. Rozglądam się - a w przejściu między fotelami stoi steward. Stoi i robi miny, jakby się szykował do czegoś. Jakby głupio mu było tak stać i jakby się miał zaraz roześmiać, trochę z zażenowania, a trochę, żeby pokazać, że ma dystans. Kiedy zobaczył, że się mu przypatruję, uśmiechnął się porozumiewawczo.

A potem się zaczęło. Nie byłam na to przygotowana.  Zwłaszcza że  robił to bardzo teatralnie. I cały czas z tym wieloznacznym wyrazem twarzy. Pewnie każdy, kto choć raz leciał samolotem, wie, o co chodzi. Nagrany głos mówi - o pasach bezpieczeństwa, maskach tlenowych, wyjściach ewakuacyjnych i nadmuchiwaniu kamizelek ratunkowych. Po polsku, potem po angielsku. Albo w jakichś innych językach, zależnie od trasy i linii. A steward pokazuje. Zapinanie, zakładanie, nadmuchiwanie, uciekanie.

Ale jak! Póki co widziałam ten show jeszcze pięć razy i żaden temu pierwszemu nie dorównał. Te kolejne były jakieś bez uczucia, bez wyrazu, rutynowe. Odgrywane z zupełnie niepasującą do gestów powagą albo z całkowitą obojętnością, która czyniła pokaz jeszcze bardziej absurdalnym. Za pierwszym razem najwidoczniej trafiłam na mistrza.

Po powrocie opowiedziałam Michałowi o podróży, bo Michał jest jedną z tych osób, które jeszcze nigdy samolotem nie leciały.
- A był przegięty steward?
Przypomniałam sobie, że Mistrz rozdawał mokre chusteczki i coś do kogoś powiedział, a ja skrawkiem świadomości zarejestrowałam, że mówi z gejowską intonacją.
- Tak, był! A skąd wiesz?
- To mógł być D., były chłopak Marcina. On czasem lata na liniach LOT-u.
- Wiesz jaki zrobił niesamowity pokaz? - I opisuję, gestykuluję, robię miny.
- No to pewnie był on. - I Michał opowiada, jak kiedyś na imprezie u drugiego Michała D. zrobił furorę, odgrywając swój show. Wszyscy się zgromadzili i oglądali. Podziwiali, zachwycali się i domagali bisów. A D. pokazywał. Zapinanie, zakładanie, nadmuchiwanie, uciekanie. Przeginał się. Wdzięczył. Królował. Jak profesjonalna drag queen.

I podobno kiedyś D. leciał do Rzeszowa samolotem, w którym była tylko jedna pasażerka. I chociaż się broniła, chociaż mówiła, że nie trzeba, że ona to wszystko wie, że dla jednej osoby nie ma sensu - zrobił dla niej pokaz.

Rozmawiam z Olem o pornografii. Że na Śląsku w kiosku te gazety tak na wierzchu. Gwałt przez oczy.
A Olo mówi, że takie gazety są coraz mniej popularne, że teraz jest pornografia w internecie, a w kioskach to niedługo będzie tylko “Poradnik Działkowca”.
- “Poradnik Działkowca”? Olo, to nie pornografia?! Pomyśl tylko. Grządki. Rowki. Nasiona. Kompost. Butwiejące liście. I ślimaki, które uwielbiają to jeść…

Ostatnio sporo pada i pełno ślimaków wszędzie. Nie ma siły, żeby chociaż jednego dziennie nie rozdeptać. Źle mi z tym, bo bardzo lubię ślimaki.

Miniony piątek - idziemy z Michałem do Marcina. Noc, mokro, Michał z rowerem. Przednią lampkę włączył i oświetla drogę. Wypatrujemy ślimaków, żeby móc je ominąć. Idziemy powoli. Michał wyjaśnia:
- Bo ślimaki są bardzo niezdecydowane. Na przykład co do płci: taki ślimak nie wie, czy jest płci męskiej, czy żeńskiej…
- One są obupłciowe - prostuję. I dodaję, z satysfakcją, bo to jedna z rzeczy, za które lubię ślimaki - i się nawzajem kochają i nawzajem zapładniają.
- Ślimaki są bardzo niezdecydowane - ciągnie Michał - i jak na ślimaka nadepniesz, to on długo nie może się zdecydować, czy jest jeszcze żywy, czy już martwy…
- No tak. W dodatku są bardzo powolne, to jeszcze wszystko wydłuża…
- I taki ślimak trwa w zawieszeniu.
- Między życiem a śmiercią.
- I to się ciągnie całą wieczność.

Temat śmierci powrócił w sobotę rano. Jeśli istnieje dusza, ale nie jest nieśmiertelna, to ci, którzy w nieśmiertelność duszy wierzą, nigdy nie dowiedzą się o swojej pomyłce. A właściwie czemu nie?
- Może - mówi Marcin - wyświetla się jakiś ekran powitalny?
- O! Jakiś komunikat. “Nie ma życia po śmierci. Kliknij OK, aby kontynuować.”
- A można zrobić “Anuluj”?
- Czasami. Potem się mówi, że to była śmierć kliniczna.

A jak ktoś nie chce, jak ktoś się boi, to nie naciska “OK”. I tak trwa, w zawieszeniu. I widzi tylko ten komunikat. I to właśnie jest piekło.

W pierwszych słowach mojego bloga chciałabym bratu podziękować. Brat wie. Dziękuję.

W słowach drugich chciałabym potępić operatora, który mi internetem operuje. Bo sprawić, żeby w ogóle zaczął, było bardzo trudno. Piętrzył przeszkody. Zniechęcał. Odradzał. Nie miał tego. Nie miał owego. Miał, ale nie teraz. Miał, ale nie tu. Może nie chciał, zwyczajnie. Nie wiem. Potępiam. Tfu.

W trzecich słowach chciałabym oddać sprawiedliwość milion któremuś przedstawicielowi operatora. No bo jak widać. Oddaję.

Tyle na razie.