Halo, wróciłam, więc tak.

Niedziela przed świtem, w krzakach słowiki/skowronki (kiedyś sądziłam, że rozróżniam, ale teraz naprawdę już nie wiem), zapowiedzi z dworca niosą się echem. Piękną mamy wiosnę tej zimy. Na schodach moneta w nowiu, czarna i lśniąca, nie ruszam, pewnie zatruta. Słońce wschodzi nad zachodnim. Pięć godzin później młody konduktor pokazuje – zabytkowy kościół, wiadukt i stacja, której już nie ma. Dojeżdżamy, konduktor mówi „koniec historii”, odchodzi. Wisła Głębce, śnieg topnieje. W schronisku światło jak z koszmaru, żółte i mdłe. Jestem sama.
Poniedziałek, idę w odradzanym kierunku („Szkoda, żeby pani tam gdzieś w zaspie została”). Śnieg po kolana, miejscami głębiej, mgła. Obiad w Kubalonce.
– Krzysztof jestem, Kolumb na mnie mówią… Pani tak sama chodzi? A miglanc gdzie?
– Do ciepłych krajów pojechał.
Kolumb cofa podbródek, patrzy na mnie spode łba.
– Jak to? Nie rozumiem… Znaczy, nie kocha…
Wzruszam ramionami, Kolumb zmienia temat. BMW kupił, kradzione, okazało się, teraz ma nadzór policyjny, dwa razy w tygodniu musi się meldować na komisariacie, kwitek pokazuje. Potem opowieść o życiu, rozchwiana, dziurawa. Patrzę uważnie w czarne oczy Kolumba, słucham, próbuję poskładać.
– Moja Lucuś… tak ją kochałem, a ona mi taki numer wycięła… Trzy lata temu się dowiedziałem, że mam szesnastoletnią córkę… Pod szkołę chodziłem, popatrzeć. Tyś jest, córuś, bardzo ładna, mówię jej, bo żeś się poczęła z wielkiej miłości… A gdzie ty będziesz spać? Do mnie chodź, napalę ci w kominku, sauna jest, wódka, pogadamy. No chodź… Nie zgwałcę cię.
Nie chcę, dziękuję, idę na pekaes („Tyś jest głupsza, niż ustawa przewiduje”), ląduję na kwaterach trzy przystanki dalej. Podwójne łóżko, drzwi obite skórą, zegar z widokiem, suszenie ubrań, prysznic i drzemka. Czytam powieść kolegi o tym, jak mu matka umarła.
Wtorek, ból głowy, aspiryna. Pastuję buty, robię plamę na dywanie, przystawiam ją stołem. W Koniakowie do pierogów nie dostaję noża. Radzą mi nie iść dalej przez góry, tym razem słucham, bo na szlaku śnieg do pół uda. Idę drogą, przez wsie. Schronisko w Zwardoniu nieczynne, nocleg na kwaterach, kolacja (znów tylko widelec), w telewizorze pułkownik, że się postrzelił. Telefon do schroniska, gdzie w środę, podobno śniegu metr, górami nie ma co, lepiej z dołu.
Odkąd wysiadłam z pociągu w Wiśle, pada bez przerwy. W rozmowach miejscowych o pogodzie coraz częściej wyczuwam mroczne i trochę niezdrowe podniecenie. I wciąż odradzanie, za głowę się łapanie, wciąż to „Pani tak sama?”.
Środa, wstaję przed świtem, wyjmuję z buta kamyk. Poranek. Po tych wszystkich ostrzeżeniach codzienne rytuały mają dziwny posmak. Tak, rano balsamuję własne zwłoki i zaklejam dziury plastrami, żeby potem zrobić sobie jednoosobową Antygonę, samej sobie siebie nie pozwolić pogrzebać, tylko w worku na śmieci położyć się w dwumetrowej zaspie, odczepcie się wszyscy, tak, sama, dam radę.
Przystanek, autostop (bus nie przyjechał, kierowca „miał do urzędu pilne załatwienie”), śniadanie (w Milówce do jajecznicy dostaję widelec nóż i łyżeczkę), kiosk pusty jak pudełko bez lalki, drzemka w peakesie, idę, kontempluję odcienie bieli, papier jest siny, słucham strumienia. Telefon wciąż gaśnie, pewnie zużywa zbyt dużo baterii, żeby utrzymać ciepło w plastikowym ciele. Wiem już, że nie uratuje mi życia, jeżeli.
W schronisku jest zimno jak w domu rodziców.