[Dawno nie było, a u Szumona już prawie trzydziesty odcinek!
Najlepsze frazy wyszukiwarek z ostatnich 30 dni w formie wiersza, proszę. Jeden wers odpowiada jednej frazie. Frazy przytaczam w oryginalnym brzmieniu, poprawiam tylko ortografię.]
dziewczyny z karpiem
kiedy szedłem szukać szynki
umysł jako podmiot poznający
pokój starszej pani
księżyc to placebo
smutno jest być solipsystą
całuj mnie jesienią
amatorka
szczupła miesięcy kochasz a
zimna bez serca
wiersze o cipce
ślimak do nasion
zamknięta pistacja
definicje logika
milosc szkic
wenflon krew
ruchaj mnie
medycyna śmierć
powiesiła się
skup złomu
koniec świata
maszyna snów
zęby szczura
dwa księżyce na niebie
klatka schodowa
stopnie do piekła
milosc szkic
medycyna śmierć
pistacje
jak się otwierają pistacje
zęby szczura
powiesiła się
Dla Vrubliniego / Caviardage’a, ze względu na prośbę wyrażoną tutaj, proszę bardzo.
Kliknąwszy, można obejrzeć w większym rozmiarze (zalecane).
Któregoś zimowego wieczoru Lola Amatorka jechała tramwajem do Inkasenta o Białych Dłoniach. Stała przy drzwiach, tyłem do kierunku jazdy, oparta plecami o ścianę kabiny motorniczego. Na przystanku Rondo B wsiadł niski starszy pan z dziwnym błyskiem w oku. Stanął obok Loli i nie patrząc na nią, powiedział półgłosem:
– Stoję obok pani.
Lola spojrzała na niego, uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
– Z tyłu oparcie – kontynuował starszy pan – z przodu pustka… Jak zahamuje, to polecimy. Ma pani spadochron? …Ja też nie.
– Jak gwałtownie ruszy – poprawiła go Lola po chwili namysłu.
– Tak… Niech nie rusza. Niech tylko hamuje. Narzeczony jedzie?
– Tym tramwajem nie.
Poprzednia część tutaj, zdjęcia tutaj, teraz ostatnia.
Piątek, goprowcy odradzają, tłumaczą fachowo i szczegółowo, że wiatr, że gwałtowne zmiany pogody, zaspy, nawisy („pani będzie szła i nawet nie zauważy, kiedy już nie grzbietem, ale po nawisie”), topograficzne nieoczywistości. Można na przełęcz i ewentualnie w stronę małej Babiej, „to pani zobaczy, o czym mówimy”.
Na przełęczy pięknie i widoki, idę kawałek w stronę Małej Babiej. Śniegu według goprowskich pomiarów ponad półtora metra, ale twardy, a ja bez plecaka jestem na tyle lekka, że zapadam się najwyżej do kolan. Kusi mnie, żeby jednak na tę Babią, ale wracam do schroniska.
Dobroduszny turysta z kijkami pokazuje mi zdjęcia wilczych oczu, zrobione poprzedniej nocy w lesie. Pyta o warunki na górze, może jutro spróbuje. Schodzę do Zawoi, do mojej gubiącej słowa miłej gospodyni. W Zawojance notuję podsłuchane „Ja mam czas… Co, stary, rok kurwa, to jest czas?”.
Sobota, gospodyni pyta, czy słyszałam syrenę. Słyszałam, śniła mi się. Że to ja ją włączyłam, niechcący, i nie umiałam zatrzymać, i było mi strasznie głupio.
Spacer po wsi, potem na górę do Z. Z, stary hipis, prowadzi w Zawoi dom otwarty. Bywaliśmy tam kiedyś, Iwasz, starsza z moich młodszych sióstr i ja, w czasach pierwszego w życiu piwa. Z nie ma, pisał mi, że jest w podróży, ale poznaję sympatycznego młodego filozofa, który liczy wilki, oraz grupę młodych, ładnych i sympatycznych dziewczyn i chłopców. Czuję się obco, żegnam się ze wszystkimi, odchodzę.
Śnieg skrzy się w słońcu, idę na dół z rękami w kieszeniach. Pod górę brnie długowłosy chłopak w arafatce na szyi. Uśmiecham się i mówię cześć, bo tak się robi.
– Cześć – odpowiada wesoło. – Od Z?
– Tak, od Z.
– A ja do Z – podaje mi rękę – Kwinto.
– Karo.
– Do zobaczenia wieczorem.
– Nie nie, ja już nie wracam – mówię. – To tylko taka kurtuazyjna wizyta.
– Kurtuazyjna wizyta… – powtarza z namysłem. Przez chwilę stoimy naprzeciwko siebie w krępującym milczeniu, wreszcie Kwinto znajduje wyjście z sytuacji. – To do zobaczenia innym razem – mówi wesoło.
– Do zobaczenia – odpowiadam, bo tak się robi.
Wieczorem telefon od starszej z młodszych sióstr, czy to nie ja utknęłam na Babiej, bo podobno ktoś, a warunki są tak złe, że goprowcy nie mogą się tam dostać. Uspokajam siostrę i zagrzebuję się w łóżku. Strasznie wieje, przy każdym podmuchu myślę, że ktoś, i mam nadzieję, że nie ten od wilczych oczu nocą.
Niedziela, w południe zaczyna padać deszcz, śnieg na ulicach Suchej Beskidzkiej zmienia się w obrzydliwą breję. Mam wrażenie, jakbym spędziła te dwa tygodnie w jakimś innym wszechświecie. Pięć godzin w pociągu, wieczorem wysiadam na wschodniej.
Wróciłam, wiosna się skończyła, w krzakach nic nie śpiewa.
Poprzednia część tutaj, zdjęcia tutaj, a teraz część trzecia, więc tak.
Poniedziałek, w stronę Hali Rysianka, najpierw drogą, potem śladami, na oko wczorajszymi. Dostaję esemesa od ojca, który od dawna się do mnie nie odzywa. Że się niepokoją. Mama pisze, że w Beskidach od pięćdziesięciu lat tyle śniegu nie było.
Po dwóch godzinach ślady schodzą ze szlaku, po następnych trzydziestu minutach urywają się w zaspie. Widać próby brnięcia na przełaj pod górę, też próbuję, za głęboko, rezygnuję, wracam do szlaku, usiłuję sprawdzić, czy na nieprzetartej drodze są oznaczenia, po paru krokach odpuszczam, za głęboko. Wracam do zaspy, ale obejrzawszy mapę i sprawdziwszy godzinę, podejmuję jedynie słuszną decyzję o odwrocie, chociaż bardzo mi szkoda, bo wszystko wskazuje na to, że jestem już naprawdę blisko.
Pekaes do Żywca. Restauracja ze zmęczonymi kelnerkami komponującymi się w coś jak obraz Hoppera (zbieram się nawet na odwagę i pytam, czy mogę im zrobić zdjęcie, ale nie chcą), bus do Suchej Beskidzkiej. W schronisku młodzieżowym oprócz mnie tylko kobieta w średnim wieku. Spotykamy się przypadkiem w kuchni.
– Dobry wieczór – mówię.
– Dobry wieczór – odpowiada ona. – Daleko jeszcze do Żywca? – pyta, dziwnie, jakbyśmy były pielgrzymkami zmierzającymi w to samo miejsce.
Esemes od Marcina. Śniło mi się że umarłaś spokojnie i staczasz się po zboczu z różnych powodów wiedziałem że to znaczy że wszystko ok :-)
Wtorek, na tubce z pastą do zębów widzę napis „Chroń uczucia przed próchnicą”. Śniadanie, bankomat, rozkład jazdy, zakupy, dalej. Jakaś kobieta krzyczy za mną:
– Czy pani roznosi?
– Słucham?
– Czy pani jest listonoszką?
Zawoja po zmroku napełnia mnie niezrozumiałym smutkiem. Znajduję nocleg u bardzo miłej choć nieco zbyt gadatliwej gospodyni, która gubi słowa – peszę się, nie podpowiadam, bo nie jestem pewna, czy nie chodziło o jakieś inne, jeszcze poczułaby się urażona sugestią, że takiego prostego nie może znaleźć, „syrena”, „emerytka”, „muzyka”, „wspomnienia”… – a wszystkie dłuższe kwestie kończy przeprosinami, na co nie wiedząc jak reagować, odpowiadam za każdym razem „dziękuję”.
Wieczór w Zawojance, gdzie wypiłam pierwsze w życiu piwo. Lokal trochę się zmienił, ale jest ten sam barman, który te piętnaście lat temu pijaków ścierką przeganiał.
Środa, kupuję igłę i nitkę, bo mój płaszcz gubi piórka przez szczelinę w okolicach lewej kieszeni. Na Halę Krupową dostaję się bez problemu, śnieg tylko po kolana, przedeptane. Na górze mgła i zaspy, ale zamarznięte po wierzchu w mocną skorupę. W schronisku remont, nikogo oprócz mnie.
Czwartek, z powrotem na dół, planowaną trasę górą zdecydowanie odradzają, za głęboko, nikt nie szedł. Bus, kawa w restauracji pod wyciągiem (nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy jeżdżą na nartach). Cztery godziny śladami psów i saren (diabłów, krów?). Ślady zwierząt są lepsze, zwierzęta chodzą po płytkim.
Na Markowych Szczawinach nowe schronisko postawili, wielkie, na wysoki połysk. Pustawo. Pytam, czy na Babią się da. Z kuchni wygląda goprowiec. „No chyba że jest pani kamikadze albo robokopem. To byłoby pani ostatnie wejście. Śnieg mokry, ciężki, cały czas pracuje, a przy tym wietrze to na górze zaspy mogą być po trzy, cztery metry… Nawet byśmy po panią nie dojechali”. Mówię, że ja nie teraz, ciemno przecież, jutro chciałam. Goprowiec radzi zajrzeć rano do dyżurki, zapytać, może się coś poprawi.
[Ciąg dalszy tutaj.]
Po rozstaniu z Pilotem Balonu Loli Amatorce zostały trzy opakowania pigułek antykoncepcyjnych. Ponieważ nie miała akurat żadnych innych kochanków, poszła do apteki, żeby je oddać.
– Przykro mi – powiedział Złotooki Magister – „leki zakupione w aptece nie podlegają zwrotowi”. Ale – spojrzał na pudełko i dodał z rozbrajającym uśmiechem – to ma termin do listopada 2013, przez ten czas dużo się może wydarzyć…
– Racja! – odparła Lola wesoło. – Choćby koniec świata, planowany przecież na rok bieżący.
Poprzednia część tutaj, zdjęcia tutaj, a teraz ciąg dalszy, więc tak.
Czwartek, wychodzę rano, prawie nic nie widać, mgła, śnieg, ślad skutera. Piszę do P „Świat zniknął, proszę Pana”, i jest to ostatnia wiadomość, jaką tego dnia wyślę, bo telefon co chwila gaśnie, a jeśli uda mi się go włączyć na dłużej niż parę sekund, to nie ma zasięgu – i będzie tak przez następnych dwadzieścia siedem godzin.
Nie ma świata, nie ma znaków, gubię się w wymazywanym krajobrazie, zapadam w pustce, której nawiało. Oczy z braku bodźców głupieją i wyświetlają na pozbawionej głębi mgle tętniące szare meduzy. Świat zniknął, proszę Pana, i jest to widok piękny i niebezpiecznie kuszący.
Szukam szlaku, nie znajduję, grzęznę w śniegu, dwa razy wracam w to samo miejsce. Po trzech godzinach odpuszczam, cofam się, schodzę na dół. Do schroniska na Przegibku docieram równo ze zmrokiem. Pozbawiona kontaktu ze światem, który zniknął, zaskoczona stwierdzam, że chyba właśnie tego było mi trzeba.
Piątek, pan ze schroniska radzi iść śladem skutera, „żebyś mi się nie straciła w tym śniegu”. Idę. Na wycince parę razy się przewracam, bo pod śniegiem lód. Na zboczu dwóch mężczyzn z końmi zwozi drzewo, spada im ogromna kłoda, podskakując, turla się w dół, jeden z mężczyzn wykrzykuje „Dzięki ci, panie Boże!” i dalej coś, czego nie rozumiem, i nie wiem, czy serio, czy kpi. Idę, przez wsie. Potem Rajcza i, dla równowagi po pustce, ziemskie przyjemności.
Sobota, śniadanie, apteka, plaster, niebieski szlak. Ślady. Dobre, jak się później okaże. Mężczyzna, bo za duże dla mnie kroki, w rakietach, ja zapadam się głębiej. Idę bardzo powoli, z trzech godzin robi się pięć, potem sześć, zbliża się wieczór. I właśnie wtedy – trzy hale: nawiane, śnieg do pasa, ślady zasypane, oznaczenia szlaku brak, nie bardzo wiadomo, w którą stronę. Robi się całkiem ciemno, zaczynam wyrzucać sobie lekkomyślność i rozważać telefon po pomoc. Kiedy już naprawdę mało brakuje, trafiam na ślady skutera.
W schronisku na Boraczej czekają jeszcze na ekipę idącą z Milówki. Gospodarz i jego niedorozwinięty dorosły syn puszczają przez okno Presleya i świecą największą z latarek, żeby tamci trafili. Dostaję pokój nr 7 z Jezusem ukrzyżowanym nad drzwiami.
Niedziela, przy śniadaniu jeden z tych, co w sobotę z Milówki, zagaduje:
– O, pani pamiętnik pisze, będziemy sławni! …Choć pewnie bardziej byśmy byli, gdybyśmy nie doszli…
– Zawsze mogę – mówię, trochę zła – zafałszować rzeczywistość.
Ruszam w stronę Lipowskiej. Rozwala mi się półnogawka, podjeżdża starszy mężczyzna na nartach, bezceremonialnie instruuje:
– Zdejmij z nogi, będzie łatwiej… Daj – wyciąga rękę.
– Poradzę sobie, dziękuję – odpowiadam, widać nieprzyjemnie, bo twarz mu tężeje.
– Nie pomagać? Okej, nic na siłę.
Odjeżdża. Idę po jego śladach. Wymiękam w młodniku – on przejechał po szczytach drzewek, ja grzęznę tak głęboko, że nawet wycofać mi się trudno. Idę inną drogą, nie jestem pewna, czy dobrą. Puszczam przodem dwóch chłopaków i dziewczynę. We czwórkę wchodzimy na najbliższy szczyt i tam się rozstajemy. Pytają mnie jeszcze, jak się nazywam i dokąd idę, żeby w razie czego. Mówię, odchodzę, próbuję znaleźć ślady przemądrzałego narciarza. Zaczyna się zamieć. Nic nie widać, tracę orientację, marznę, zapadam się, lód skleja mi rzęsy, kostnieją dłonie i stopy. Poddaję się, wracam. Nie zdobywam szczytów, nie pokonuję odległości. Nie ma w mojej podróży żadnego heroizmu, żadnego brania w posiadanie. Tylko brnięcie, gramolenie się, lekcje rozsądku, ćwiczenia z rezygnacji.
Herbata w schronisku, telefon na Lipowską, że zmiana planów, żeby później nie szukali, i na dół. Znowu brak zasięgu. W nocy walczę ze śpiworem, który krępuje mi nogi jak głęboki śnieg.
[Ciąg dalszy tutaj.]
Agt napisała wczoraj do mnie między innymi tak: kiedyś mama mi wykrzyczała, że przecież „do lasu nie chodzi się samemu!”. Zapytałam ją dlaczego i spodziewałam się opowieści o gwałcicielach. Ale mama mnie zaskoczyła. Odpowiedziała śmiertelnie poważnie: „Bo można się natknąć na wisielca”.
A mnie się przypomniała jedna z moich ulubionych piosenek.
Chciałabym się chociaż bać…
Sans frayeur dans ce bois, seule je suis venue. | J´y vois Tircis sans être émue | Ah! N’ai-je rien à ménager? | Qu´un jeune coeur insensible est à plaindre! | Je ne cherche point le danger, | Mais du moins, je voudrais le craindre.
[Tutaj przekład na angielski.]
Halo, wróciłam, więc tak.
Niedziela przed świtem, w krzakach słowiki/skowronki (kiedyś sądziłam, że rozróżniam, ale teraz naprawdę już nie wiem), zapowiedzi z dworca niosą się echem. Piękną mamy wiosnę tej zimy. Na schodach moneta w nowiu, czarna i lśniąca, nie ruszam, pewnie zatruta. Słońce wschodzi nad zachodnim. Pięć godzin później młody konduktor pokazuje – zabytkowy kościół, wiadukt i stacja, której już nie ma. Dojeżdżamy, konduktor mówi „koniec historii”, odchodzi. Wisła Głębce, śnieg topnieje. W schronisku światło jak z koszmaru, żółte i mdłe. Jestem sama.
Poniedziałek, idę w odradzanym kierunku („Szkoda, żeby pani tam gdzieś w zaspie została”). Śnieg po kolana, miejscami głębiej, mgła. Obiad w Kubalonce.
– Krzysztof jestem, Kolumb na mnie mówią… Pani tak sama chodzi? A miglanc gdzie?
– Do ciepłych krajów pojechał.
Kolumb cofa podbródek, patrzy na mnie spode łba.
– Jak to? Nie rozumiem… Znaczy, nie kocha…
Wzruszam ramionami, Kolumb zmienia temat. BMW kupił, kradzione, okazało się, teraz ma nadzór policyjny, dwa razy w tygodniu musi się meldować na komisariacie, kwitek pokazuje. Potem opowieść o życiu, rozchwiana, dziurawa. Patrzę uważnie w czarne oczy Kolumba, słucham, próbuję poskładać.
– Moja Lucuś… tak ją kochałem, a ona mi taki numer wycięła… Trzy lata temu się dowiedziałem, że mam szesnastoletnią córkę… Pod szkołę chodziłem, popatrzeć. Tyś jest, córuś, bardzo ładna, mówię jej, bo żeś się poczęła z wielkiej miłości… A gdzie ty będziesz spać? Do mnie chodź, napalę ci w kominku, sauna jest, wódka, pogadamy. No chodź… Nie zgwałcę cię.
Nie chcę, dziękuję, idę na pekaes („Tyś jest głupsza, niż ustawa przewiduje”), ląduję na kwaterach trzy przystanki dalej. Podwójne łóżko, drzwi obite skórą, zegar z widokiem, suszenie ubrań, prysznic i drzemka. Czytam powieść kolegi o tym, jak mu matka umarła.
Wtorek, ból głowy, aspiryna. Pastuję buty, robię plamę na dywanie, przystawiam ją stołem. W Koniakowie do pierogów nie dostaję noża. Radzą mi nie iść dalej przez góry, tym razem słucham, bo na szlaku śnieg do pół uda. Idę drogą, przez wsie. Schronisko w Zwardoniu nieczynne, nocleg na kwaterach, kolacja (znów tylko widelec), w telewizorze pułkownik, że się postrzelił. Telefon do schroniska, gdzie w środę, podobno śniegu metr, górami nie ma co, lepiej z dołu.
Odkąd wysiadłam z pociągu w Wiśle, pada bez przerwy. W rozmowach miejscowych o pogodzie coraz częściej wyczuwam mroczne i trochę niezdrowe podniecenie. I wciąż odradzanie, za głowę się łapanie, wciąż to „Pani tak sama?”.
Środa, wstaję przed świtem, wyjmuję z buta kamyk. Poranek. Po tych wszystkich ostrzeżeniach codzienne rytuały mają dziwny posmak. Tak, rano balsamuję własne zwłoki i zaklejam dziury plastrami, żeby potem zrobić sobie jednoosobową Antygonę, samej sobie siebie nie pozwolić pogrzebać, tylko w worku na śmieci położyć się w dwumetrowej zaspie, odczepcie się wszyscy, tak, sama, dam radę.
Przystanek, autostop (bus nie przyjechał, kierowca „miał do urzędu pilne załatwienie”), śniadanie (w Milówce do jajecznicy dostaję widelec nóż i łyżeczkę), kiosk pusty jak pudełko bez lalki, drzemka w peakesie, idę, kontempluję odcienie bieli, papier jest siny, słucham strumienia. Telefon wciąż gaśnie, pewnie zużywa zbyt dużo baterii, żeby utrzymać ciepło. Wiem już, że nie uratuje mi życia, jeżeli.
W schronisku jest zimno jak w domu rodziców.
[Ciąg dalszy tutaj.]
Wyjeżdżam, może gdzieś będzie śnieg.





