Idę dziś na ślub swoich rodziców.
Miało mnie nie być, chciałam wziąć urlop. Raczej się tym nie martwili, zresztą na jednym ich ślubie już byłam - a właściwie nawet na dwóch, bo wtedy cywilny i kościelny były osobno - jako pięciomiesięczny płód. Mama uszyła sobie z jedwabiu spadochronowego taką fajną sukienkę, że nic nie było widać.
Ale została mi w pracy jedna sprawa na poniedziałek, urlop musiałam przełożyć, no to idę.
Moje młodsze siostry będą świadkami. Starsza z nich i ja zrzuciłyśmy się na sukienkę, młodsza właśnie poszła po wiązankę.
Założyłam białą koszulę, idę.

Pod koniec roku rozmowy przestały się kleić. Zdania się urywały, frazy strzępiły, brakowało słów. Zwłaszcza tych najprostszych, najbardziej zwyczajnych. Szukaliśmy ich za każdym razem coraz dłużej. I coraz częściej na próżno.
Wyglądało na to, że wyczerpaliśmy roczny zapas. Nie całkiem, oczywiście. Zostały nam jakieś słowa. Takie, których rzadko się używa. Trudne, obce, przestarzałe, wulgarne albo specjalistyczne, z wąskich dziedzin.
Żeby prowadzić najzwyklejsze codzienne rozmowy, musieliśmy strasznie się gimnastykować. Bo jak powiedzieć “Cześć. Co słychać, wszystko w porządku?” albo “Dzień dobry. Poproszę dwa kilo ziemniaków.”, kiedy ma się do dyspozycji już tylko wyrazy takie, jak: azaliż, brucella, chuj, deiktyczny, deranżować, izochroniczny, jebać, koperwas, kurwa, metopa, nitratyn, okulizować, optatyw, pegmatyt, pizda, repryza, suhak, tedy, ulem i wersor?

Ostatnio na zajęciach z angielskiego mieliśmy listening task o malarstwie. Jak zwykle najpierw trzeba było work in pairs i discuss questions concerning the issue. Jedno z pytań dotyczyło malowania autoportretów. Czy jest trudniejsze od malowania portretów i na czym ewentualna trudność polega. Odwołałam się do my own experience - że przenosząc wzrok z lustra na kartkę, nie można zmieniać pozycji, że to się nie zawsze udaje, i tak dalej. Nasza teacher na chwilę się zawiesiła, a potem zapytała:
- Ale zaraz… Kiedy malujesz patrząc w lustro, to co właściwie malujesz? Odbicie w lustrze czy autoportret?

img379Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to - tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych - rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.

Czarny obszar w górnej części rysunku to mózg. To, że mózg jest w głowie, też nietrudno stwierdzić - doświadczenie poucza, że myśli znajdują się w głowie; Dorośli mówią, że myśli są wytwarzane przez mózg; zatem mózg jest w głowie.

Sformułowałam też kilka istotnych tez dotyczących życia płodowego człowieka. Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). “Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).
Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.

Potem natrafiłam na problemy nieco subtelniejszej natury. Dotarły do mnie wzmianki o duszy, czyli niewidzialnej części człowieka, która nigdy nie umiera, a po śmierci ciała idzie do nieba, czyśćca lub piekła, w zależności od tego, czy dana osoba była grzeczna, czy nie.
Wcześniej sądziłam, że człowiek to ciało, ale z tych nowych informacji wynikało, że człowiek to raczej dusza albo ciało i dusza połączone ze sobą w jakiś sposób. Dorośli mówili, że dusza jest najważniejszą częścią człowieka, ale proszeni o udzielenie dokładniejszych informacji mówili niejasno i trochę się plątali, więc szczegóły musiałam ustalić sama.
Nie było to łatwe. No bo tak: najważniejsza część człowieka, na przykład mnie, to ja. Ja to jest to, co myśli. Jeśli, jak można było wnosić z wypowiedzi Dorosłych, człowiek jest duszą, to albo dusza jest mózgiem (bo, jak pamiętamy, myśli są wytwarzane przez mózg), albo znajduje się w mózgu i tak naprawdę to ona wytwarza myśli. Jednakże dusza nie może być mózgiem, ponieważ jest niewidzialna. Zatem jeżeli człowiek jest duszą, to dusza znajduje się w mózgu. Jeśli człowiek jest połączeniem duszy i ciała, to sprawa przedstawia się o wiele prościej - dusza znajduje się wewnątrz ciała, stanowi jego niewidzialną kopię i szczelnie je wypełnia. Początkowo przyjęłam właśnie tę koncepcję - choć w późniejszym okresie skłonna byłam twierdzić, że dusza znajduje się w lewym ramieniu - ale z czasem odrzuciłam ją na rzecz twierdzenia o duszy znajdującej się w mózgu.

A potem poszłam do szkoły.
Ala ma kota.

Wyszłam z domu chwilę przed zmierzchem. Od ganku do bramy prowadziły kocie ślady odciśnięte w głębokim śniegu. Miasto było puste, chodniki i ulice zaśnieżone - dziś rano nikt ich nie sprzątał.
Potrzebowałam maści cynkowej. Nie spodziewałam się, że apteka będzie otwarta, ale była. Chłopak, który przyszedł chwilę po mnie, kupował Alka-Seltzer. Aptekarz mówił cicho i powoli.
Kiedy wracałam, w niebo wystrzeliwały resztki fajerwerków.

Zimą znajdują sobie miejsca chłodne, ciemne i ustronne. Układają się jedna obok drugiej, w kręgi, półkola, szeregi - znaki diabelskich alfabetów. Czarne, tłuste, połyskliwe. Śpią. Półprzejrzyste skrzydełka drżą w powiewach cieplejszego powietrza.

A ja siedzę przy kominku, czyszczę pokryte zaciekami soli buty i mamroczę strasznym gardłowym głosem: Muszki, muszki, moje służki…

Jeśli nie dasz mi wina - mówię do mamy - to je obudzę…

Koło dworca kolejowego w P-nie są trzy kioski.

Pierwszy jest biały, duży, z tych, do których się wchodzi. Przy wejściu stoi plastikowy stolik z dwoma krzesełkami, a zewnętrzną ścianę zdobi krzepiący napis GORĄCA KAWA (litery naklejone, różnokolorowe). Sprzedawca ma siwą brodę, jest powolny i smutny.
Któregoś razu, kiedy przechodziłam tamtędy wcześniej niż zwykle, widziałam, jak zdejmuje kłódkę z drzwi stojącego nieopodal tojtoja. I zrozumiałam, że tak naprawdę jest Strażnikiem Tojtoja, a kiosk prowadzi tylko dla niepoznaki - żeby ukryć swoją właściwą profesję, której nie lubi i której się wstydzi. Potem zauważyłam jeszcze jeden napis na ścianie. NAPRAWA OBUWIA. I aż mi się serce ścisnęło. On był kiedyś szewcem.
Nie kupuję w tym kiosku. Sam jego widok napełnia mnie głębokim smutkiem. Kiedy tamtędy przechodzę, spuszczam wzrok.

Drugi kiosk jest zielony, mały, z tych z okienkiem. Sprzedawca nie ma brody, jest szybki i wesoły.
Od paru miesięcy codziennie rano kupuję u niego puszkę coli. Wesoły kioskarz wyjmuje puszkę z lodówki, zanim cokolwiek powiem. Potem ja mówię dzień dobry, on podaje mi colę i uśmiecha się, trochę jakby rozbawiony, a ja dziękuję, uśmiecham się i wyciągam z kieszeni płaszcza zawczasu przygotowane dwa złote.
Tylko raz było inaczej. Dostałam colę, podziękowałam i poprosiłam jeszcze o paczkę chusteczek higienicznych. A on podał mi chusteczki, uśmiechnął się i powiedział: “To i tak będzie dwa złote”.

Do trzeciego kiosku nigdy nie zaglądam.

Kiedy pod koniec sierpnia po kontrolnej wizycie w szpitalu okulistycznym dostałam skierowanie na VER, od razu zadzwoniłam do Marcina, żeby zapytać na czym to badanie polega. Zaniepokoiło mnie zwłaszcza użyte przez okulistkę słowo “elektrody”. Marcin nie wiedział dokładnie. “Chyba zakłada się taką płaską elektrodę na oko… Nie no, w znieczuleniu oczywiście… Ale lepiej sprawdź, bo nie jestem pewny.” Płaską elektrodę na oko. Jezu. Sprawdziłam w internecie. Okazało się, że elektrody przyczepia się do skóry głowy. I że nie boli, tylko czasem może być wylew krwi do oka.

W wyznaczonym terminie, 1 grudnia, przyjechałam do szpitala. Miałam ze sobą maszynkę do golenia i jedwabną chustkę - na wypadek, gdyby okazało się, że muszą mi ogolić głowę w miejscach umocowania elektrod. Maszynkę i chustkę ukryłam głęboko, bo wstydziłam się swojej, jak podejrzewałam, zbytecznej zapobiegliwości. Pani w recepcji była bardzo miła i ładnie się uśmiechała. Gabinet nr 42.

W korytarzach szpitala okulistycznego można zobaczyć straszne rzeczy, jeżeli się widzi. Na ścianach wiszą plakaty z wielkimi kolorowymi zdjęciami chorych oczu. Na ławkach siedzą ludzie z chorymi oczami. Przeszłam ze spuszczonym wzrokiem. Usiadłam. Naprzeciwko, na wprost drzwi gabinetu nr 42, siedziała starsza pani w kraciastej spódnicy. Na oczach miała okrągłe gaziki, zachodzące schodkami jeden na drugi, po siedem na każdym, całość przewiązana bordową wstążką. Wyglądała przerażająco. Trochę jak jakiś wielki owad. Robiła wrażenie speszonej, była dość sztywna. Starałam się nie myśleć, co ma pod tym opatrunkiem.

Czas mijał. Z gabinetu nr 33 wyszła ciemnowłosa lekarka, uśmiechnęła się do mnie, zapytała: “Ktoś czeka na pole widzenia?” Nikt nie odpowiedział. Uśmiechnęłam się do lekarki. “Nikt nie chce do mnie czekać?” Nikt nie chciał. A pole widzenia - z tego, co czytałam, bo nigdy mi nie robili - to takie miłe badanie! Jakaś “czasza”, zapalające się w różnych miejscach światełka… W każdym razie na pewno nie powoduje wylewów i nie trzeba zakładać przerażających opatrunków.

Do kobiety z gazikami przysiadła się dziewczyna. Kobieta zaczęła do niej mówić. Dziewczyna w ogóle nie słuchała, była czymś bardzo zmartwiona. Kobieta z opatrunkiem oczywiście nie mogła tego zobaczyć.

A potem z gabinetu nr 42, z tego gabinetu, w którym miałam mieć przyczepiane do głowy elektrody, ale w sumie nic strasznego, tylko ewentualnie wylew krwi do oka, wyszła młoda lekarka w gumowych rękawiczkach, podeszła do kobiety owada, podała jej obie ręce i idąc powoli do tyłu, wciągnęła ją do środka, po czym przekręciła klucz w zamku.

Wyobraziłam sobie siebie z takimi gazikami i bordową wstążką. I z tym, co tam mogło być pod spodem. Włożyłam płaszcz do plecaka, żeby mieć tylko jeden pakunek. Telefon ustawiłam tak, żeby móc dwoma kliknięciami w zieloną słuchawkę dodzwonić się do mamy, Michała albo Marcina. Obiecałam sobie, że jeżeli koś usiądzie obok, nie będę do niego mówić. I czekałam.

Wreszcie kobieta owad wyszła. Już bez opatrunku. Poruszała się trochę niepewnie, ale nie jak ktoś, kto nie widzi. Jej oczy wyglądały normalnie.
Chwilę potem poproszono mnie do środka.

- Czy ktoś wyjaśnił pani, na czym polega to badanie?
- Nie, nikt mi nie wyjaśniał.
- Przyczepimy pani do głowy elektrody: na czole, na czubku i z tyłu. Zasłonimy jedno oko. Będzie pani patrzyła w monitor, na czerwony krzyżyk pośrodku. Szachownica na ekranie będzie się zmieniała. Przez minutę. Potem zrobimy to samo z drugim okiem. W porządku?
- W porządku.

Lekarka podeszła, żeby umocować elektrody. “Muszę zrobić peeling i odtłuszczanie”, powiedziała. Nie było to zbyt przyjemne, ale nie miało nic wspólnego z goleniem głowy.

Kiedy miałam jakieś  cztery, może pięć lat, jedną z moich ulubionych dobranocek była Pszczółka Maja.
Po każdym odcinku rodzice opowiadali mi swoją wersję. W tej alternatywnej dobranocce występowała antagonistka Pszczółki Mai - Osa Kosa. Niebezpieczna, zła i okrutna. Robiła Mai różne świństwa, uprzykrzała życie, pragnęła jej śmierci.
Zazwyczaj, chociaż działy się rzeczy przerażające, to jednak wszystko kończyło się dobrze. Ale któregoś razu rodziców poniosło. Opowiedzieli mi o tym, jak Osa Kosa zabiła Gucia. Złapała, poddała najstraszliwszym torturom, a na koniec zabiła. Zrozpaczona Pszczółka Maja włożyła zmasakrowane zwłoki przyjaciela do pudełka po zapałkach i zalewając się łzami, zaczęła kopać grób…
No i nie wiem, co było dalej, bo w tym momencie wybuchnęłam płaczem, zrobiłam awanturę z krzykiem i tupaniem i kazałam rodzicom wszystko odkręcić.

[Kadr z Pszczółki Mai skopiowałam bez pytania z bloga wspomnieniostan.]

Biorę z półki książkę, którą dostałam od Marcina. Dostałam już jakiś czas temu, 23 grudnia zeszłego roku. Wiem, bo zapisałam tę datę na stronie przedtytułowej, razem ze swoim imieniem i nazwiskiem. Często tak robię.

Przerzucam kartki. Na piątej stronie - wpisana przez Marcina dedykacja:
…a mąż kupił wczoraj kapustę i była za słona (to tak à propos niespodziewanego prezentu)
twój brat Marcin.

A obok, na stronie redakcyjnej, dopisane przeze mnie ołówkiem uzupełnienie:
…więc kapustę trzeba było wypłukać, ale wtedy zrobiła się za mało kwaśna, więc trzeba było dodać cytryny. I nie jest to historia o mężu, ani o kapuście, ale o ZMIANIE. O przemianach.

Next Page »