Są takie wspomnienia z dzieciństwa, dla których nie zostało rozstrzygnięte, czy należą do starszej z moich młodszych sióstr, czy do mnie. Czasami się o to kłócimy. Rodzice, świadkowie tamtych zdarzeń, wiadomo: są stronniczy (oczywiście tylko wtedy, gdy przyznają rację siostrze). Dlatego nie wiem, która z nas mówiła na koty “nionio” i która asystowała pradziadkowi przy porannym goleniu a potem jadła z nim jajecznicę.

Nie wiem też, która z nas dzieliła wszystkie żywe stworzenia na dwie grupy: “gizące i scypiące” oraz pozostałe, i gdy natykała się na jakąś nieznaną istotę, zaczynała od przypisania jej do jednej z tych kategorii.
Któregoś razu właśnie ta z nas miała nocować u babci. Nad łóżeczkiem wisiał obrazek.
- Kto to jest? - zapytała właśnie ta z nas.
- Matka Boska - opowiedziała babcia.
- Giząca i scypiąca?

Smutny kioskarz rozszerzył ofertę o pieczywo i ciastka. Na ścianie nakleił reklamę piekarni, a przed kioskiem wystawił tablicę, na której starannym, trochę dziecinnym pismem napisano:
Do każdego zakupu powyżej 1 zł pączek gratis!
To samo hasło znajduje się na dużej płachcie papieru przyklejonej do pobliskiego słupa ogłoszeniowego. Poniżej jest jeszcze dopisek drukowanymi literami:
DO WYCZERPANIA.

[trzy kioski 1]

Byłam na urlopie. Pojechałam w góry na osiem dni. Sama.

Góry zimą są niebezpieczne. Jeśli się gdzieś utknie, można po prostu zamarznąć. Trzeba chodzić ostrożnie, żeby sobie czegoś nie złamać, trzeba dobrze się odżywiać, oszczędzać siły i docierać do celu przed zmrokiem. Trzeba mieć tabliczkę czekolady i naładowany telefon. I lepiej nie błądzić. Niby można w razie czego wrócić po własnych śladach, ale one potrafią bardzo szybko zniknąć - kiedy mocno wieje, wystarczy kilka minut.

Jeżeli szlak jest nieprzetarty, trzeba wypatrywać zagłębień, nierówności, zarysów ścieżek. Niektórzy idą po prostu najkrótszą drogą, niezależnie od głębokości śniegu. Ja starałam się chodzić po najpłytszym. Znajdowałam miejsca, gdzie wystawały rośliny, szukałam śladów zwierząt, szłam zygzakiem między zaspami.

Jeżeli szlak jest przetarty, to idziesz po wydeptanym, więc się tak bardzo nie męczysz. Kiedy śnieg jest głębszy, trzeba celować nogami w dołki zrobione przez poprzednika - jest trochę niewygodnie, jeśli ten stawiał dużo mniejsze lub dużo większe kroki, ale zawsze to jakieś ułatwienie. I przede wszystkim - jak są ślady, to wiadomo, którędy iść.

Bo odruchowo przyjmowałam, że ten, kto szedł przede mną, szedł w tym samym kierunku co ja i nie błądził. Ale - myślałam, idąc - mógł mieć bardzo kiepską orientację. Mógł iść gdzieś indziej. Może się w końcu zgubił. Niechcący albo celowo. Może się zmęczył i nie miał siły wrócić. Ślady, zamiast do wsi czy do schroniska, mogą przecież prowadzić do zamarzniętego trupa.

[zdjęcia]

Ślub był krótki i zabawny. Wszyscy obecni (oprócz urzędniczki) - rodzice, świadkowie, fotograf (ja) i jedyny gość (mój trzynastoletni brat) - mieli tak samo na nazwisko. Najlepsze było pod koniec, kiedy urzędniczka zapytała czy mama chce przyjąć nazwisko męża, czy zostać przy swoim.

[zdjęcia]

Idę dziś na ślub swoich rodziców.
Miało mnie nie być, chciałam wziąć urlop. Raczej się tym nie martwili, zresztą na jednym ich ślubie już byłam - a właściwie nawet na dwóch, bo wtedy cywilny i kościelny były osobno - jako pięciomiesięczny płód. Mama uszyła sobie z jedwabiu spadochronowego taką fajną sukienkę, że nic nie było widać.
Ale została mi w pracy jedna sprawa na poniedziałek, urlop musiałam przełożyć, no to idę.
Moje młodsze siostry będą świadkami. Starsza z nich i ja zrzuciłyśmy się na sukienkę, młodsza właśnie poszła po wiązankę.
Założyłam białą koszulę, idę.

Pod koniec roku rozmowy przestały się kleić. Zdania się urywały, frazy strzępiły, brakowało słów. Zwłaszcza tych najprostszych, najbardziej zwyczajnych. Szukaliśmy ich za każdym razem coraz dłużej. I coraz częściej na próżno.
Wyglądało na to, że wyczerpaliśmy roczny zapas. Nie całkiem, oczywiście. Zostały nam jakieś słowa. Takie, których rzadko się używa. Trudne, obce, przestarzałe, wulgarne albo specjalistyczne, z wąskich dziedzin.
Żeby prowadzić najzwyklejsze codzienne rozmowy, musieliśmy strasznie się gimnastykować. Bo jak powiedzieć “Cześć. Co słychać, wszystko w porządku?” albo “Dzień dobry. Poproszę dwa kilo ziemniaków.”, kiedy ma się do dyspozycji już tylko wyrazy takie, jak: azaliż, brucella, chuj, deiktyczny, deranżować, izochroniczny, jebać, koperwas, kurwa, metopa, nitratyn, okulizować, optatyw, pegmatyt, pizda, repryza, suhak, tedy, ulem i wersor?

Ostatnio na zajęciach z angielskiego mieliśmy listening task o malarstwie. Jak zwykle najpierw trzeba było work in pairs i discuss questions concerning the issue. Jedno z pytań dotyczyło malowania autoportretów. Czy jest trudniejsze od malowania portretów i na czym ewentualna trudność polega. Odwołałam się do my own experience - że przenosząc wzrok z lustra na kartkę, nie można zmieniać pozycji, że to się nie zawsze udaje, i tak dalej. Nasza teacher na chwilę się zawiesiła, a potem zapytała:
- Ale zaraz… Kiedy malujesz patrząc w lustro, to co właściwie malujesz? Odbicie w lustrze czy autoportret?

img379Jako dziecko niestrudzenie odkrywałam i objaśniałam świat. Zaczęłam od rzeczy najbliższych swojemu doświadczeniu, to znaczy od ludzkiego ciała. Ustaliłam, że jest ono czymś w rodzaju skórzanego worka wypełnionego krwią. Można to łatwo wywnioskować z faktu, że gdy przedziurawi się skórę, to z dziury leci krew. Moja koncepcja nie przewidywała istnienia szkieletu i mięśni, ale za to - tym razem w oparciu o wiedzę pochodzącą od autorytetów, czyli Dorosłych - rozpracowałam konstrukcję układu pokarmowego. Otóż przez środek ciała przebiega łącząca usta z odbytem rura, która na wysokości pępka znacznie się rozszerza. To rozszerzenie to oczywiście żołądek. W oparciu o te ustalenia sporządziłam rysunek przedstawiający człowieka w przekroju.

Czarny obszar w górnej części rysunku to mózg. To, że mózg jest w głowie, też nietrudno stwierdzić - doświadczenie poucza, że myśli znajdują się w głowie; Dorośli mówią, że myśli są wytwarzane przez mózg; zatem mózg jest w głowie.

Sformułowałam też kilka istotnych tez dotyczących życia płodowego człowieka. Obserwując swoją ciężarną mamę i zadając jej liczne pytania, ustaliłam, że: U mamy w brzuchu mieszka dziecko (świadectwo mamy). “Mieszka” to znaczy: ma tam małe mieszkanko, z meblami utworzonymi z substancji kostnej, ze zwisającą z wewnętrznego sklepienia mamy lampą oraz z kredensem pełnym konserw, bo coś przecież musi jeść (wniosek mój). Dziecko cały czas rośnie i kiedy będzie odpowiednio duże, wydostanie się z mamy przez specjalny otwór (świadectwo mamy), a razem z nim wydostaną się także mebelki, które będą w sam raz dla moich lalek (uzupełnienie moje).
Nie muszę chyba dodawać, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy po powrocie mamy ze szpitala nie dostałam kościanych mebelków. Podejrzewałam, że przywłaszczyła je sobie jakaś pielęgniarka.

Potem natrafiłam na problemy nieco subtelniejszej natury. Dotarły do mnie wzmianki o duszy, czyli niewidzialnej części człowieka, która nigdy nie umiera, a po śmierci ciała idzie do nieba, czyśćca lub piekła, w zależności od tego, czy dana osoba była grzeczna, czy nie.
Wcześniej sądziłam, że człowiek to ciało, ale z tych nowych informacji wynikało, że człowiek to raczej dusza albo ciało i dusza połączone ze sobą w jakiś sposób. Dorośli mówili, że dusza jest najważniejszą częścią człowieka, ale proszeni o udzielenie dokładniejszych informacji mówili niejasno i trochę się plątali, więc szczegóły musiałam ustalić sama.
Nie było to łatwe. No bo tak: najważniejsza część człowieka, na przykład mnie, to ja. Ja to jest to, co myśli. Jeśli, jak można było wnosić z wypowiedzi Dorosłych, człowiek jest duszą, to albo dusza jest mózgiem (bo, jak pamiętamy, myśli są wytwarzane przez mózg), albo znajduje się w mózgu i tak naprawdę to ona wytwarza myśli. Jednakże dusza nie może być mózgiem, ponieważ jest niewidzialna. Zatem jeżeli człowiek jest duszą, to dusza znajduje się w mózgu. Jeśli człowiek jest połączeniem duszy i ciała, to sprawa przedstawia się o wiele prościej - dusza znajduje się wewnątrz ciała, stanowi jego niewidzialną kopię i szczelnie je wypełnia. Początkowo przyjęłam właśnie tę koncepcję - choć w późniejszym okresie skłonna byłam twierdzić, że dusza znajduje się w lewym ramieniu - ale z czasem odrzuciłam ją na rzecz twierdzenia o duszy znajdującej się w mózgu.

A potem poszłam do szkoły.
Ala ma kota.

Wyszłam z domu chwilę przed zmierzchem. Od ganku do bramy prowadziły kocie ślady odciśnięte w głębokim śniegu. Miasto było puste, chodniki i ulice zaśnieżone - dziś rano nikt ich nie sprzątał.
Potrzebowałam maści cynkowej. Nie spodziewałam się, że apteka będzie otwarta, ale była. Chłopak, który przyszedł chwilę po mnie, kupował Alka-Seltzer. Aptekarz mówił cicho i powoli.
Kiedy wracałam, w niebo wystrzeliwały resztki fajerwerków.

Zimą znajdują sobie miejsca chłodne, ciemne i ustronne. Układają się jedna obok drugiej, w kręgi, półkola, szeregi - znaki diabelskich alfabetów. Czarne, tłuste, połyskliwe. Śpią. Półprzejrzyste skrzydełka drżą w powiewach cieplejszego powietrza.

A ja siedzę przy kominku, czyszczę pokryte zaciekami soli buty i mamroczę strasznym gardłowym głosem: Muszki, muszki, moje służki…

Jeśli nie dasz mi wina - mówię do mamy - to je obudzę…

Next Page »