Dawno nie było, a jak zobaczyłam, co się nazbierało, no to. Poniżej najlepsze. Wg częstości występowania (malejąco).

jak poderwać wode ze studni wierconej
obciągałam wujkowi
wiersze szkoda ze cie nie
kiedy nie ma ciebie z piekła mnie wygnali w wierszu
wymasuję panu i gratis dojadę
ptak z pudła na plastyke
czy znacie kurewkę z ciechanowa nie jaką magdę grochowską
najtrudniejsze słowa świata
co twoim zdaniem sprawia że dzieci w etiopii tak bardzo chcą się uczyć?
logika spoza rozumu
immoralizm w jądro ciemności
kazali mi rajstopy
zdanie okolicznikowe warunku gdybym
gdy śni się ksiądz i guziki na sutan nie
wiersz tak czy mnie lubi czy nie
kremy z jadem żmii
opiłek metalu głęboko w nodze
to co się nadaje do ruchania
piosenki o całowaniu i ruchaniu
czy człowiek jest dusza czy mózgiem
porno grafia ślimaków
lubisz gramatyka
nie ruchaj mnie
samoseksualizm kobiet
brak prądu strzeliły korki
grób spójniki
porno pokrzywy
sutanna nie ma 33 guzikow
kanał lewy kanał prawy

Poduszkę to akurat Lola długo miała tylko jedną. „I jeszcze, choć pewnie wyda się to Panu śmieszne, pisała, niech może weźmie Pan ze sobą poduszkę”. Więc przychodzili z ulubionymi jaśkami, z poduszkami samolotowymi, takimi w kształcie nerki, albo z nadmuchiwanymi, które szeleściły w nocy jak suche liście.
Na następny dzień pakowali szczoteczki do zębów, grzebienie, wczorajsze majtki, skarpetki i koszule. Zwijali poduszki; z tej turystycznej powietrze uchodziło z cichym sykiem. Zabierali wszystko, jakoś nigdy niczego nie zapominali. Lola też nie zostawiała śladów. Nawet jak dawała prezenty, to takie, żeby nie rzucały się w oczy. Książki bez dedykacji, które można było upchnąć na półce i zapomnieć od kogo, albo obrazki tak małe, że w razie czego dało się je po prostu schować do pudełka.
Ale któregoś dnia, w sumie przypadkiem, poszła do supermarketu. Kupiła płyn do udrażniania rur, paczkę irysów, litr whisky i poduszkę, chociaż nikogo się nie spodziewała. A potem nocowała u kolegi, też w sumie przypadkiem, dlatego bez szczoteczki. Kolega za to miał zapasową. Rozpakował ją i dał Loli. „Ta, powiedział, będzie twoja”.

Kliknąwszy itd.

dla Adama, z podziękowaniami za notatki

Najpierw był śmieszny steward. Kiedy Adam zapytał, z czym są kanapki, powiedział, że one is with cheese, and the other with, er – uśmiechnął się rozbrajająco – something… chicken, I think. Miał fajną kamizelkę, w paseczki. Spojrzeliśmy po sobie ucieszeni. Słodki jest, nie?

W Amsterdamie wylądowaliśmy trochę przed trzecią. Do odprawy paszportowej były dwie kolejki, nasza przesuwała się bardzo powoli, więc Kasia, Grażyna i Blanka zniecierpliwione poszły do tej drugiej. Adam i ja zostaliśmy, bo spodobali nam się celnicy. Jeden był rudy, drugi blady, trzeci miał odstające uszy; starali się zachowywać urzędową powagę, ale co chwila przebijało się spod niej nieco surrealistyczne rozbawienie; momentami wyglądali, jakby za chwilę wszyscy trzej mieli parsknąć śmiechem. Ten z uszami oglądał każdy paszport tak uważnie, jakby badał pod mikroskopem jakiegoś rzadkiego i niezwykle dziwnego owada, ten rudy co chwila wychylał się z celniczej budki i mówił do ubranej na różowo dziewczynki bawiącej się szklanymi drzwiami: Hi, candy girl! Don’t you think you’re too candy?
Odprawiłam się w końcu w drugiej budce, bo cała kolejka przeszła. Przede mną – powiedział Adam, kiedy spotkaliśmy się po drugiej stronie – była kobieta po pięćdziesiątce. Celnik zapytał ją: What’s the purpose of your visit? Business. What kind of business? Librarian – powiedział Adam pełną godności twardą angielszczyzną – I’m a librarian, powiedziała. A on na to: Librarian, you say. Like in Michael Jackson’s song? You know the song? Librarian girl. I zaczął śpiewać. I love you, librarian girl, all the time… A za nim ten drugi i trzeci.

Wieczorem odebrałam wiadomość od Mademoiselle Blanche:
Mademoiselle się w Londynie czyma, czegobądź, tęczy czy poręczy. Jakby Mademoiselle miała czas, siły i wolę, to ja bym chciała książkę z obrazkami, Bloomsbury Portraits, obojętnie jaką, jedna była wydana w 1994, druga w 2001 r., może też jest jakaś nowsza, obojętnie, najbardziej chodzi oczywiście o twórczość Duncana Granta, jego monografii żadnej onlajn nie znalazłam, toteż. Jest taki antykwariat przy Russel Sq., to jest nomenomen nieopodal Bloomsbury, tam jest dużo ciekawych i niemodnych książek.

Do Bloomsbury pojechaliśmy ostatniego dnia. Ze stacji wyszliśmy po kręconych schodach. W połowie drogi usłyszeliśmy z głośnika, że lepiej byłoby jechać windą, bo schody mają 175 stopni, co odpowiada iluśtam piętrom. Czekaj – zapytała Blanka na Russell Square, kiedy już złapała oddech – ale w tej piosence Michaela Jacksona jest Liberian, nie librarian, prawda?
Odwiedziliśmy trzy bardzo przyjemne antykwariaty, ale w żadnym nie było książki dla Mademoiselle Blanche, więc pojechaliśmy do sklepu z zabawkami, gdzie kupiliśmy skunksa, sowę i lukrecji za cztery funty. Kiedy wysiedliśmy na Earls Court, Adam złapał mnie za rękę. Guzik – powiedział. Poczekajmy. Blanka – krzyknęłam – poczekaj. Ludzie przeszli, metro pojechało, guzik leżał na krawędzi peronu.

Na tym samym zebraniu co ferdydurka.
Kliknąwszy itd.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Londyn, Earls Court, ukradkiem.
Kliknąwszy itd.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dear Karolina, ładne litery, trochę dziecinne, zawadiackie, wykaligrafowane ściętą stalówką na firmowym kartoniku, as promised I hereby send you a Xerox of the old translation of Nescio ‘De uitvreter’. With kind regards, Barbara; skośnooka, śliczna. Wydanie z roku, w którym się urodziłam. Na kilku ostatnich kartkach kserokopii odbiła się dłoń, najpierw dwa, potem trzy pomarszczone palce. Polski tytuł brzmi Pierwsze wzruszenie.

 

Bar Kawowy P, ósma wieczorem. Wchodzi pani I, była prostytutka. Odpina złotą agrafkę, kładzie ją na swoim stoliku, zdejmuje szal, poprawia złotą różę we włosach. Jeden z gości, pijany mimo wczesnej pory, rzuca się w stronę pani I, wyciągając obie ręce, jakby chciał jej pomóc zdjąć płaszcz albo jakby zwabił go blask złotej sukni pod spodem. Pani I, po królewsku wyprostowana, robi krok do tyłu.
– Nie dotykaj – mówi. Mówi takim tonem, jakby dawała mężczyźnie wachlarzem po łapach, ale się nie uśmiecha. – Nie dotykaj, za to trzeba płacić. Za każdy dotyk.

Kliknąwszy itd.

Spotkanie autorskie z T miało miejsce w dawnej Cafe S, obok dużej żółtej tablicy z napisem „Od dnia tego a tego zamknięta ul. S dla ruchu pieszego”. Nie wytrzymaliśmy długo. Żona Agi, Ola, była rozczarowana, że nie ma rozmowy, Agę zraziło słowo dekonstrukcja na samym początku, Adam wymiękł przy powinnościach pisarza, a ja już przy dekonstrukcji głęboko się zdekoncentrowałam. Kiedy T stwierdziła, że nawet pies jest polityczny – pies z kulawą nogą, mruknął Adam – uznaliśmy, że jużeśmy się nasycili kulturą i sztuką, i poszliśmy do Cafe A.
Usiedliśmy w dawnej części dla niepalących, przy lustrach na rogu, zamówiliśmy piwo, postawiliśmy Adze drinka, nie wyjaśniając za co, i tak długo snuliśmy heroiczne opowieści o wypadkach rowerowych, siniakach i błędach młodości, aż Ola zrobiła Adze scenę wyjścia. Wybiegłyśmy za nią na deszcz i namawiałyśmy do powrotu, ale nie chciała.

Potem przyszedł siwiejący mężczyzna w okularach i zapytał:
– Jak oceniacie to piwo w skali od jeden do pięciu?
– Osiem i pół – odpowiedział Adam.
Kiedy Aga, zapytana raz, drugi i trzeci, burknęła wreszcie, że trzy i pół, mężczyzna oznajmił, że idzie przekazać właścicielowi wyniki ankiety, i zniknął na zapleczu. Minęła mniej więcej godzina, pojawił się znowu. Usiadł.
– Jak się nazywacie?
Powiedzieliśmy. Powtórzył.
– A pan?
– Tomasz. Czym się zajmujecie?
– Książkami.
– Znalazłem w życiu dwie książki. Zbrodnię i karę i kryminalistykę…

– A czym pan się zajmuje, oprócz przeprowadzania ankiet w knajpach?
– Ogrodem. Czy pozwolicie, że zjem ciastko w waszym towarzystwie?
Pozwoliliśmy.
– Gdyby mnie ktoś zapytał – powiedziałam, przyglądając się, jak pod naciskiem widelczyka z wuzetki pana Tomka odskakuje wierzchnia warstwa czekolady – jak wygląda człowiek, który je pretekst, pokazałabym mu pana.
– A poza ogrodnictwem i jedzeniem pretekstów – zapytał Adam – czym się pan w życiu zajmuje?
– Nieruchomościami.
– Różnościami? – ucieszyłam się. – O, zostały panu już tylko okruchy.
– Okruchy pretekstu – roześmiała się Aga.

Pan Tomek zamówił herbatę, zamieszał, nie wyjął torebki i zwrócił się do Agi:
– Dasz mi swój numer telefonu?
– Nie ma mowy – odpowiedział Adam.
– Dlaczego mówisz za koleżankę?
– Bo jestem jej głosem rozsądku.
– A ja sumieniem – wtrąciłam.
– Ale może koleżanka sama się wypowie?
– Nie ma mowy – wypowiedziała się Aga i poszła do łazienki, gdzie przed chwilą zniknęła dziewczyna w szarej bluzie.
– Pan Tomek – powiedział Adam – miał niewysłowioną nadzieję.

przedtem »