Agt napisała wczoraj do mnie między innymi tak: kiedyś mama mi wykrzyczała, że przecież „do lasu nie chodzi się samemu!”. Zapytałam ją dlaczego i spodziewałam się opowieści o gwałcicielach. Ale mama mnie zaskoczyła. Odpowiedziała śmiertelnie poważnie: „Bo można się natknąć na wisielca”.
A mnie się przypomniała jedna z moich ulubionych piosenek.
Chciałabym się chociaż bać…

Sans frayeur dans ce bois, seule je suis venue. | J´y vois Tircis sans être émue | Ah! N’ai-je rien à ménager? | Qu´un jeune coeur insensible est à plaindre! | Je ne cherche point le danger, | Mais du moins, je voudrais le craindre.

[Tutaj przekład na angielski.]

Halo, wróciłam, więc tak.

Niedziela przed świtem, w krzakach słowiki/skowronki (kiedyś sądziłam, że rozróżniam, ale teraz naprawdę już nie wiem), zapowiedzi z dworca niosą się echem. Piękną mamy wiosnę tej zimy. Na schodach moneta w nowiu, czarna i lśniąca, nie ruszam, pewnie zatruta. Słońce wschodzi nad zachodnim. Pięć godzin później młody konduktor pokazuje – zabytkowy kościół, wiadukt i stacja, której już nie ma. Dojeżdżamy, konduktor mówi „koniec historii”, odchodzi. Wisła Głębce, śnieg topnieje. W schronisku światło jak z koszmaru, żółte i mdłe. Jestem sama.

Poniedziałek, idę w odradzanym kierunku („Szkoda, żeby pani tam gdzieś w zaspie została”). Śnieg po kolana, miejscami głębiej, mgła. Obiad w Kubalonce.
– Krzysztof jestem, Kolumb na mnie mówią… Pani tak sama chodzi? A miglanc gdzie?
– Do ciepłych krajów pojechał.
Kolumb cofa podbródek, patrzy na mnie spode łba.
– Jak to? Nie rozumiem… Znaczy, nie kocha…
Wzruszam ramionami, Kolumb zmienia temat. BMW kupił, kradzione, okazało się, teraz ma nadzór policyjny, dwa razy w tygodniu musi się meldować na komisariacie, kwitek pokazuje. Potem opowieść o życiu, rozchwiana, dziurawa. Patrzę uważnie w czarne oczy Kolumba, słucham, próbuję poskładać.
– Moja Lucuś… tak ją kochałem, a ona mi taki numer wycięła… Trzy lata temu się dowiedziałem, że mam szesnastoletnią córkę… Pod szkołę chodziłem, popatrzeć. Tyś jest, córuś, bardzo ładna, mówię jej, bo żeś się poczęła z wielkiej miłości… A gdzie ty będziesz spać? Do mnie chodź, napalę ci w kominku, sauna jest, wódka, pogadamy. No chodź… Nie zgwałcę cię.
Nie chcę, dziękuję, idę na pekaes („Tyś jest głupsza, niż ustawa przewiduje”), ląduję na kwaterach trzy przystanki dalej. Podwójne łóżko, drzwi obite skórą, zegar z widokiem, suszenie ubrań, prysznic i drzemka. Czytam powieść kolegi o tym, jak mu matka umarła.

Wtorek, ból głowy, aspiryna. Pastuję buty, robię plamę na dywanie, przystawiam ją stołem. W Koniakowie do pierogów nie dostaję noża. Radzą mi nie iść dalej przez góry, tym razem słucham, bo na szlaku śnieg do pół uda. Idę drogą, przez wsie. Schronisko w Zwardoniu nieczynne, nocleg na kwaterach, kolacja (znów tylko widelec), w telewizorze pułkownik, że się postrzelił. Telefon do schroniska, gdzie w środę, podobno śniegu metr, górami nie ma co, lepiej  z dołu.

Odkąd wysiadłam z pociągu w Wiśle, pada bez przerwy. W rozmowach miejscowych o pogodzie coraz częściej wyczuwam mroczne i trochę niezdrowe podniecenie. I wciąż odradzanie, za głowę się łapanie, wciąż to „Pani tak sama?”.

Środa, wstaję przed świtem, wyjmuję z buta kamyk. Poranek. Po tych wszystkich ostrzeżeniach codzienne rytuały mają dziwny posmak. Tak, rano balsamuję własne zwłoki i zaklejam dziury plastrami, żeby potem zrobić sobie jednoosobową Antygonę, samej sobie siebie nie pozwolić pogrzebać, tylko w worku na śmieci położyć się w dwumetrowej zaspie, odczepcie się wszyscy, tak, sama, dam radę.
Przystanek, autostop (bus nie przyjechał, kierowca „miał do urzędu pilne załatwienie”), śniadanie (w Milówce do jajecznicy dostaję widelec nóż i łyżeczkę), kiosk pusty jak pudełko bez lalki, drzemka w peakesie, idę, kontempluję odcienie bieli, papier jest siny, słucham strumienia. Telefon wciąż gaśnie, pewnie zużywa zbyt dużo baterii, żeby utrzymać ciepło w plastikowym ciele. Wiem już, że nie uratuje mi życia, jeżeli.
W schronisku jest zimno jak w domu rodziców.

Wyjeżdżam, może gdzieś będzie śnieg.

Stary rysunek na nowy rok, bardzo proszę. I wszystkiego, co tego, proszę. Tak.
W zeszłym roku w F po obiedzie. Dookoła notatki. Po lewej: Jak rano dojechać na lotnisko? Po prawej: Kim jest starsza pani, która przyszła potem?

Wstaję ciemno, idę zimno. Nad parkiem słońce, jak demokracja, głupio okrągłe. W tramwaju pachnie żelazkiem, gorąco. Dziewczyny śpią, każda nad książką, mężczyźni ze skruchą patrzą w podłogę. Z ust czuć im grobem – bo nie myją zębów.
Na szybie para, rysuję. Za oknem miasto psuje się z zimna, ja beznadziejnie w tym mieście, w kałużach błoto pod lodem. Czas się kurczy, przestrzeń dłuży, moc truchleje. Zagłada Centrum Handlowe. Galeria fryzur obcięte głowy, święty Mikołaj dług narodowy, dworzec centralny całkiem jak nowy. Karetka fałszuje, tramwaj hamuje i dzwoni. Daj pani daj, dużo zdrowia na cała rodzina. Widok ze złego oka, wysiadam kurwa kurtyna.


[Zainspirowane, choć raczej na zasadzie bardzo odległych skojarzeń i nie wiem, czy ten, który inspiracji dostarczył, będzie z tego zadowolony, notką telemacha o karpiu.
Podziękowania dla Szumona za konsultację lingwistyczną.]

Tym razem nie z pudła, dziś narysowane. W pracy, na liście obecności.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 

 

 

Onanikot tracił z siebie nasienie na ziemię, aby nie wzbudził potomstwa bratu swemu.
Brzydkie, wiem, ale od dawna chciałam to tutaj.
Narysowane u Szumona na przyklejonej do drzwi lodówki karteczce. Wtedy co krul LIR.
 

[Cytat w pierwszym zdaniu za Biblią Gdańską.]

Skończył mi się notes, więc kupiłam nowy. Przepisałam ze starego hasła, piny i loginy, numery telefonów i daty urodzin. Przepisałam listę książek do kupienia i filmów do obejrzenia. Przepisałam datę ostatniej wizyty u doktor K. Zatrzymałam się na notatce 17.01.2011, xxx.
Czarne cyfry wyprężyły się na papierze jak pajęcze nóżki. Nie wiem, jak to możliwe, ale naprawdę o tym zapomniałam.

Nie chciałam tego. Nie umiem nawet powiedzieć, jak to się stało. Pamiętam, co było przed i po, ale najistotniejszy moment jakby mi wycięło. Wiem tylko, na pewno, że to był przypadek. Przeraziłam się, każdy by się przeraził, i uciekłam. Nie wiem, na co wtedy liczyłam. Że nikt nie zauważy? W sumie słusznie – już prawie rok minął i nic. Ale przecież w każdej chwili mogą ją znaleźć. I co im wtedy powiem? I kto mi po tych wszystkich miesiącach uwierzy? Do takich rzeczy trzeba się przyznawać od razu.

Wzięłam skalpel, zdrapałam cyfry, wyrwałam kartkę, podarłam. To straszne, wiem, ale nie miałam wyrzutów sumienia, ani wtedy, ani wczoraj. Po prostu się bałam. Że znajdą, pewnie całkiem zgniła, przyjdą, będą pytali. A ja nie będę umiała przekonująco kłamać, bo już pamiętam.

Obudziłam się dzisiaj trochę po ósmej. Spojrzałam na smugę światła na podłodze, pościel była przyjemnie ciepła i gładka. Nie poczułam ulgi. Z całej siły próbuję sobie wmówić, że tylko mi się to przyśniło. Jeżeli w to uwierzę, może uda mi się ich oszukać.

W ramach wietrzenia jesieni ze szpitalnych zapachów – trochę starej tektury, czyli kolejny rysunek z pudła. Czwarty rok studiów, ćwiczenia z antropologii filozoficznej.

– Dzień dobry, kto jest ostatni?
– Ja.
– To ja za panem.
Siadam.

Szczupła staruszka w przybrudzonych okularach wstaje za każdym razem, kiedy otwierają się drzwi. Za każdym razem to jeszcze nie jej kolej.
– Ja mam dziewięćdziesiąt dziewięć lat, wie pani? – mówi cicho do siedzącej obok grubej kobiety w kapelusiku. W jej słabym głosie jest jakaś pogodna obojętność.
– I sama pani przyjechała?!
– Sama! Sama przyjechałam, bo wszyscy poumierali.

Czytam, notuję na marginesach książki.
– Jak już nie będę widziała – ciągnie staruszka tonem człowieka, któremu jest raczej wszystko jedno, czy go ktoś słucha, czy nie – to nie wiem, kto mnie będzie prowadzał… Wszystko poszło w ziemię, nie mam nikogo.
– To nie lepiej iść do domu opieki? – pyta szczerze przejęta kobieta w kapelusiku.
– Tam piekło. Piekło w tym domu opieki. Podobno.

Zamykam jedno oko, wyciągam przed siebie rękę, patrzę.
– To jest nic nie warte wszystko – mówi staruszka. – Dolina cierpień. Jak robaki chodzą, po tej ziemi. Patrzę czasem na tych ludzi i myślę, takie robaczki, tak się plączą po świecie. I cierpią. Ja w każdym człowieku widzę Boga, wie pani? Chrystusa, który cierpi.

W korytarzu na ostrym dyżurze jest jak w komedii dell’arte albo w filmie katastroficznym. Ludzie redukują się do jednej cechy, wyrazistego rekwizytu, stereotypowej roli. Pod ścianą stoi trzech frasobliwych dresów, którzy na pewno spodobaliby się Szumonowi. Elegancki mężczyzna po pięćdziesiątce, ten przede mną, zapada się w sobie. Robotnik w poplamionym farbą ubraniu trzyma przy oku chusteczkę. Energiczna młoda kobieta w amarantowym swetrze dyryguje kolejką.

– Państwo przepuszczą tego pana! Pan idzie z tym okiem, przecież panu wypłynie! Pan będzie tak czekać tutaj?
– Taaa – robotnik wzrusza ramionami i głupawo się śmieje.
– Zaraz mu oko wypłynie, a on czeka!
– Jeszcze nie wypłynęło? – dopytuje pani w czerwonym sweterku.
– Nie, chyba bym zemdlała, gdyby wypłynęło – mówi ta w amarantowym.

Staruszka znika za drzwiami. Jej miejsce zajmuje starsza pani w beżowym żakiecie. Ta w kapelusiku zaczyna o polityce, ta w żakiecie jej przytakuje, razem powtarzają końcówki fraz.
– W tym sejmie ci posłowie tymi samochodami jeżdżą, kierowców mają, a skąd oni to wszystko mają? Skąd oni pieniądze mają? Od nas!
– Od nas, od nas mają!

Wciąż przychodzą nowi pacjenci, za każdym razem razem kolejka samą siebie sobie przepowiada.
– Przepraszam państwa, kto jest ostatni?
– Pan.
– Pani za panem.
– Za panem pani, tak?
– Za mną pani, tak.
– Tak, za panem będzie taka pani i potem my, i potem pani.
– O, to jest ta pani, co jest za panem.
– Tak, ja jestem za tym panem, a za mną jest pan.

Pani w kapelusiku i pani w żakiecie podsumowują jakąś opowieść.
– To już nieodwracalne.
– Nieodwracalne.

przedtem »